Przewaga inwestora indywidualnego – czego fundusze nie mogą zrobić (i jak to wykorzystać)?

1 godzina temu

Wielu inwestorów na początku swojej rynkowej drogi doświadcza poczucia niższości względem potężnych instytucji finansowych. Uczucie to nierzadko towarzyszy wielu graczom także i na późniejszych etapach tradingowej kariery. Obserwując rynki z perspektywy domowego fotela, łatwo ulec złudzeniu, iż wielkie fundusze hedgingowe, banki inwestycyjne i zarządzający aktywami dysponują absolutną przewagą na każdym możliwym polu. Posiadają oni przecież dostęp do najszybszych łączy światłowodowych, potężnych algorytmów, sztabów analityków z dyplomami najlepszych uczelni oraz informacji, które do przeciętnego śmiertelnika docierają z opóźnieniem. W wyniku takiego spojrzenia na świat, część inwestorów popada w marazm inwestycyjny, w konsekwencji którego wydaje im się, iż mają związane ręce i cokolwiek by nie zrobili, to i tak nie uda im się “wygrać z wielkimi”. Takie podejście to klasyczny strzał w kolano, który pozbawia inwestora indywidualnego jego być może największej, a z pewnością unikalnej i trudnej do skopiowania przez Wall Street broni, jaką jest całkowita mobilność kapitału i brak wpływu na cenę rynkową.

Jakie dokładnie przewagi względem wielkich instytucji posiada inwestor indywidualny i jak je wykorzystać?

Jak grają inwestorzy indywidualni, a jak instytucje finansowe?

Zanim przejdziemy do konkretów, należy stanowczo obalić pewien powszechny mit. Niemała część inwestorów detalicznych traktuje Wall Street jako monolit, zakładając, iż każda instytucja dysponuje takimi samymi lub bardzo zbliżonymi celami i strategiami inwestycyjnymi. Nic bardziej mylnego.

Ekosystem instytucjonalny jest niezwykle zróżnicowany, a poszczególni gracze operują w zupełnie innych reżimach, mają inne podejście do ryzyka i horyzonty czasowe. Z jednej strony mamy potężne, ociężałe państwowe fundusze majątkowe i fundusze emerytalne, które muszą lokować setki miliardów dolarów w wysoce płynne aktywa, skupiając się niemal wyłącznie na ochronie kapitału, minimalizacji zmienności i replikowaniu rynkowych średnich. Z drugiej strony barykady stoją wysoce agresywne fundusze hedgingowe typu quant, które opierają swoje działanie na handlu algorytmicznym o wysokiej częstotliwości, czyli tak zwanym HFT. Te ostatnie zatrudniają najwybitniejszych fizyków i matematyków, inwestując setki milionów dolarów w infrastrukturę. Potrafią one kłaść własne transatlantyckie kable światłowodowe i kolokować swoje serwery dosłownie w tych samych budynkach co systemy giełdowe, aby urywać nanosekundy w procesie przesyłania zleceń. Istnieją również potężne działy wewnątrz banków inwestycyjnych zajmujące się animowaniem rynku i zarabiające na samej różnicy między ceną kupna i sprzedaży milionów akcji dziennie, kompletnie ignorując kierunek, w którym podąża rynek. Między tymi instytucjami “dryfuje” cała gama dyskrecjonalnych inwestorów indywidualnych z najróżniejszymi strategiami.

Zrozumienie tej ogromnej różnorodności jest absolutnie kluczowe, ponieważ unaocznia, dlaczego kopiowanie pewnych strategii przez małego inwestora jest czystym szaleństwem. Skoro nie mamy najmniejszych szans w bezpośrednim, technologicznym starciu z algorytmami na milisekundy, nasz wzrok naturalnie kieruje się w stronę klasycznych, potężnych funduszy inwestycyjnych, które operują na fundamentach i wycenach. I to właśnie tutaj, w starciu z tym konkretnym typem instytucji, ujawnia się największy rynkowy paradoks. Ich najpotężniejsza broń, czyli niewyobrażalnie wielki kapitał, staje się na wielu polach ich największym, strukturalnym obciążeniem.

Na czym polega przewaga “małego portfela”?

Aby zrozumieć, z czego dokładnie wynika ta słabość gigantów i dlaczego otwiera ona przed inwestorem indywidualnym niezwykle zyskowne drzwi, należy najpierw pojąć “fizykę” wielkiego kapitału.

Kiedy na rynek wchodzi inwestor detaliczny i decyduje się na zakup akcji za równowartość kilku czy kilkunastu tysięcy dolarów, jego zlecenie jest realizowane natychmiastowo. Kliknięcie myszką przenosi kapitał z gotówki w aktywa w ułamku sekundy, a cena rynkowa choćby nie drgnie. W slangu giełdowym mówi się, iż taki kapitał nie zostawia śladu w arkuszu zleceń. Sytuacja wygląda diametralnie inaczej, gdy zarządzający wielomiliardowym funduszem decyduje się na zajęcie pozycji.

Dla instytucji zarządzającej na przykład dziesięcioma miliardami dolarów, pozycja, która ma realnie wpłynąć na ostateczny wynik funduszu, musi stanowić przynajmniej jeden lub dwa procent całego portfela. Mówimy tu o konieczności ulokowania stu lub dwustu milionów dolarów w jednej spółce. Tak ogromnego kapitału nie da się po prostu wrzucić na rynek, wysyłając jedno zlecenie kupna po cenie rynkowej. Wykonanie takiego manewru natychmiast wyczyściłoby całą dostępną po stronie sprzedających płynność, drastycznie windując cenę akcji w górę i sprawiając, iż fundusz kupowałby coraz drożej, działając na własną niekorzyść. Zjawisko to nazywane jest poślizgiem cenowym i stanowi zmorę zarządzających. Aby tego uniknąć, duże instytucje muszą dzielić swoje zlecenia na tysiące mniejszych transakcji, maskować swoje intencje przy pomocy zaawansowanych algorytmów realizujących zakupy w oparciu o średnią cenę ważoną wolumenem i rozkładać proces budowania pozycji na wiele dni, a czasem choćby tygodni lub miesięcy. W tym czasie są oni narażeni na ryzyko zmiany sentymentu rynkowego, wycieku informacji i podłączenia się innych graczy pod ich ruchy.

Ilustracja obrazująca impakt cenowy (ang. slippage) dużych zleceń giełdowych. Źródło: babypips.com

Inwestor indywidualny dysponuje w tym kontekście przywilejem “niewidzialności” i natychmiastowości. Trader dyskrecjonalny może rano przeanalizować sytuację, dojść do wniosku, iż rynek zmierza w złym kierunku, i w ciągu zaledwie kilku chwil zlikwidować sto procent swojego portfela, przechodząc do bezpiecznej gotówki. Wiele funduszy inwestycyjnych nie ma fizycznej możliwości wykonania takiego manewru.

Próba nagłego upłynnienia wielomiliardowego portfela wywołałaby krach na obsługiwanych przez nich walorach. Zarządzający są więc więźniami własnego rozmiaru, zmuszonymi do trwania w pozycjach i stosowania drogich instrumentów zabezpieczających, podczas gdy mały inwestor może po prostu opuścić tonący statek bez ponoszenia nadmiernych kosztów ewakuacji. Z tej gigantycznej różnicy w elastyczności wynika bezpośrednio kwestia dostępu do specyficznych rynków, które dla dużego kapitału są po prostu terytorium zakazanym. Mowa tu o tak zwanych strategiach o ograniczonej pojemności kapitałowej. Są to rynkowe anomalie, “nieefektywności” i okazje inwestycyjne, które mogą wygenerować gigantyczne stopy zwrotu, ale są w stanie wchłonąć zaledwie miliony, a nie miliardy dolarów.

Małe spółki

Doskonałym przykładem takiego środowiska są spółki o małej i mikro kapitalizacji. Firmy wyceniane na giełdzie na kilkaset milionów dolarów są dla wielu potężnych funduszy inwestycyjnych obszarem całkowicie nieużytecznym. Powód jest czysto matematyczny. jeżeli wspomniany wcześniej fundusz potrzebuje ulokować sto milionów dolarów w jednej pozycji, nie może tego zrobić w spółce, której cała wartość rynkowa wynosi 400 milionów. choćby gdyby chciał ulokować mniejszą kwotę, na przykład 50 milionów dolarów, napotyka na barierę płynności oraz przepisy prawa. Zakup tak dużego pakietu akcji oznaczałby przejęcie dwunastu procent udziałów w firmie, co wiąże się z koniecznością zgłoszenia tego faktu do odpowiednich komisji nadzoru finansowego, stania się prawnym insiderem i wzięcia na siebie szeregu obowiązków sprawozdawczych, co drastycznie ogranicza możliwość późniejszej szybkiej sprzedaży tych akcji. Co więcej, w akcjonariacie takich spółek często brakuje odpowiedniej podaży, więc sama próba skupienia dziesięciu procent akcji z rynku wywindowałaby ich cenę o setki procent w górę. Z tego powodu analitycy wielu wielkich banków inwestycyjnych rzadko kiedy w ogóle śledzą małe i mikro spółki. Nie ma tam raportów analitycznych, nie ma prognoz kwartalnych publikowanych przez wiodące domy maklerskie, nie ma zgiełku informacyjnego. Panuje tam relatywna informacyjna próżnia, w której to właśnie zwinny, dobrze przygotowany merytorycznie inwestor detaliczny może odnaleźć prawdziwe perełki.

Analizując sprawozdania finansowe i dostrzegając nadchodzące zmiany w fundamentach małej firmy, trader z małym portfelem może spokojnie zająć pozycję na wczesnym etapie, nie obawiając się, iż wielcy gracze ubiegną go w tej transakcji. Kiedy spółka ostatecznie urośnie, udowodni swoją wartość i jej kapitalizacja przekroczy próg miliarda dolarów, nagle pojawi się na radarach pierwszych instytucji. Wtedy to część funduszy, wchodząc potężnym kapitałem na rynek w celu zabezpieczenia ekspozycji, będą napędzać dalsze wzrosty, od których to inwestor detaliczny odetnie największe kupony, sprzedając im swoje akcje z zyskiem.

nLight oraz Kraken Robotics – spółki, które złapały ogromny wzrost wartości na przestrzeni ostatnich 2 lat, a których kapitalizacje, w momencie startu ruchów wzrostowych, wahały się między 200-400 milionów dolarów. Źródło: tradingview.com

Long Term Equity Anticipation Securities (LEAPS)

Jeszcze bardziej wyrazistym polem bitwy, na którym Dawid ma miażdżącą przewagę nad Goliatem, jest rynek opcji na małe i średnie spółki, a w szczególności rynki długoterminowych opcji znanych pod skrótem LEAPS. Instrumenty te oferują możliwość zajęcia silnie lewarowanej pozycji z ograniczonym ryzykiem maksymalnym równym zapłaconej premii, co przy odpowiednim przewidywaniu długoterminowych trendów daje wybitnie asymetryczny stosunek zysku do ryzyka. Problem z opcjami LEAPS na małe spółki polega na tym, iż są one ekstremalnie niepłynne. Różnice między najlepszą ofertą kupna a najlepszą ofertą sprzedaży są tam często horrendalnie wysokie.

Przykładowe ceny opcji LEAPS na spółkę Seals Corp. z NASDAQ – 650 milionów dolarów kapitalizacji. Jak widać, spread jest spory. Źródło: interactivebrokers.com

Dla wielu instytucji, zaangażowanie się w taki rynek jest absurdem. Fundusz nie jest w stanie kupić wystarczającej liczby kontraktów opcyjnych, ponieważ z góry ograniczona liczba wystawców sprawia, iż każda próba agresywnego kupna wywołałaby skokowy wzrost zmienności implikowanej, drastycznie zawyżając cenę samej opcji. Co więcej, instytucje potrzebują płynności, aby móc w dowolnym momencie zarządzać ryzykiem i rolować pozycje. W przypadku mało płynnych opcji na małe spółki, wyjście z tak potężnej pozycji mogłoby trwać tygodniami i pochłonąć większość wypracowanych zysków w kosztach transakcyjnych i spreadzie. Tymczasem inwestor dysponujący na przykład kapitałem stu tysięcy złotych, który chce przeznaczyć dziesięć tysięcy na wysoko ryzykowny, ale potencjalnie wybitnie lukratywny zakład na wzrost spółek kwantowych, może po prostu zakupić te opcje po cenie rynkowej lub ustawić zlecenia z limitem ceny pośrodku szerokiego spreadu i cierpliwie czekać, aż animator rynku lub inny drobny uczestnik zrealizuje jego transakcję. Po zbudowaniu takiej pozycji może on spokojnie czekać na realizację swojego scenariusza, posiadając na rachunku instrument z potencjałem wzrostu rzędu kilku czy kilkunastu tysięcy procent, co dla instytucji na tym konkretnym rynku jest matematyczną i logistyczną fikcją.

Inwestorzy indywidualni vs instytucje na rynku kryptowalut

Kolejnym obszarem, który doskonale obrazuje potęgę małego, zwinnego portfela, jest szeroko pojęty rynek kryptowalut, a w szczególności zdecentralizowane finanse i tokeny o niskiej kapitalizacji. Fundusze hedgingowe i ramienia inwestycyjne banków są ściśle spętane gorsetem regulacyjnym, swoimi własnymi mandatami ryzyka oraz wymogami dotyczącymi bezpiecznego przechowywania aktywów. Z tego powodu instytucje te mogą obracać niemal wyłącznie najbardziej płynnymi i najlepiej uregulowanymi aktywami cyfrowymi, takimi jak Bitcoin czy Ethereum, a i to często wyłącznie poprzez rynki regulowanych kontraktów terminowych lub wyspecjalizowane fundusze.

Cały ekosystem zdecentralizowanych giełd i tysiące projektów kryptowalutowych są dla nich strefą niedostępną. Instytucja nie może połączyć swojego portfela z protokołem opartym o smart kontrakty w celu zakupu tokenów o niskiej kapitalizacji, prawie, iż na wycenie z rynku Venture Capital. Ich działy prawne i audytorzy nigdy nie wyraziliby na to zgody.

Właśnie w tym miejscu inwestor detaliczny ma większą wolność działania. Śledząc i analizując nowe projekty kryptowalutowe, może on inwestować na etapach, które w tradycyjnym świecie finansów zarezerwowane są wyłącznie dla zamkniętych funduszy podwyższonego ryzyka. Może angażować się w rynki, na których nie operują jeszcze algorytmy wysokich częstotliwości z Wall Street, eksploatując gigantyczne nieefektywności wyceny, czy to technologiczne czy zwyczajnie informacyjne. Do momentu, w którym dany projekt kryptowalutowy urośnie na tyle, by zdobyć notowania na największych scentralizowanych giełdach i stać się akceptowalnym dla kapitału instytucjonalnego ze względu na wystarczającą płynność i transparentność, inwestor indywidualny może już dysponować wielokrotnie pomnożonym kapitałem początkowym. To fundusze będą wchodzić na rynek w fazie końcowej, zapewniając płynność wyjścia dla wczesnych, małych graczy, którzy w pełni wykorzystali swoją strukturalną przewagę.

$WIF – przykład kryptowaluty, która w ubiegłej hossie na rynku kryptowalut urosła dosłownie “od zera” do ponad 5 miliardów dolarów kapitalizacji rynkowej. Część najbardziej wnikliwych, oraz szczęśliwych, inwestorów zarobiła fortuny, wielu zrobiło wspaniałe interesy na wyższych wycenach. Rynek $WIF, w początkowym okresie, był praktycznie tylko i wyłącznie dla “retailu”. Źródło: dexscreener.com

Wielkość kapitału, a elastyczność zarządzania

Istnieje jeszcze jeden najważniejszy wymiar przewagi małego portfela, o którym rzadko się wspomina, a który ma charakter ściśle strukturalny i organizacyjny. Profesjonalni zarządzający obracają kapitałem powierzonym przez zewnętrznych klientów, co wiąże się z rygorystycznymi wymogami powierniczymi, ścisłymi mandatami inwestycyjnymi oraz koniecznością ścisłego zarządzania ryzykiem. Ich działalność jest systematycznie audytowana i porównywana do rynkowych benchmarków w określonych cyklach sprawozdawczych. Wynika to z konieczności transparentnego i bezpiecznego zarządzania miliardami dolarów. W praktyce oznacza to, iż fundusze muszą stale monitorować odchylenie swoich wyników od szerokiego rynku, a także dbać o płynność niezbędną do ewentualnej obsługi wypłat. o ile instytucja zajmie silnie kontrariańską pozycję, której realizacja wymaga na przykład trzech lat, a w międzyczasie pozycja ta wygeneruje krótkoterminowe obsunięcia, może to czysto mechanicznie naruszyć wewnętrzne limity ryzyka portfela. Dlatego właśnie wielki kapitał musi optymalizować swoje działania pod kątem kwartalnych wyników i odpowiedniej płynności, co naturalnie kieruje go w stronę największych, najbardziej przewidywalnych rynków.

Z kolei detaliczny trader dyskrecjonalny operuje własnymi środkami. Nie jest związany prospektem emisyjnym, nie musi raportować przed komitetem inwestycyjnym i nie ma wobec niego zastosowania ryzyko nagłego wycofania środków przez deponentów w chwilach rynkowej zmienności. Ta niezależność operacyjna pozwala mu na tolerancję na krótkoterminowe wahania cen, na które wielki kapitał ze względów formalnych nie może sobie pozwolić. Drobny inwestor może tym samym angażować się w strategie wymagające dłuższego czasu w realizację założeń fundamentalnych, dysponując luksusem cierpliwości, który w zinstytucjonalizowanym świecie ustrukturyzowanych funduszy po prostu nie istnieje.

Dodatkowo, przewaga ta jest wyśmienicie widoczna podczas skrajnych zawirowań na rynkach, tak zwanych czarnych łabędzi lub po prostu głębokich korekt. Instytucje często podlegają wymogom przymusowej sprzedaży. Kiedy zmienność na rynku drastycznie rośnie, ich modele ryzyka matematycznego zaczynają alarmować o przekroczeniu dopuszczalnych limitów, co wymusza automatyczną wyprzedaż aktywów, niezależnie od tego, jak absurdalnie niskie stały się w danym momencie ceny świetnych biznesów. Taka zmechanizowana ewakuacja pogłębia panikę i tworzy luki płynnościowe. To właśnie w takich momentach zwinny inwestor z wolną gotówką na koncie może bez najmniejszego problemu wkroczyć na rynek, podnosząc z podłogi wspaniałe aktywa wyceniane na ułamki ich rzeczywistej wartości, skupując je od instytucji, które są matematycznie i prawnie zmuszone do ich wyrzucania.

Działa tu prosta zasada transferu bogactwa od uczestników zmuszonych do działania przez sztywne ramy regulacyjne do tych, którzy zachowują absolutną swobodę decyzyjną. Podobne anomalie można zaobserwować wokół cyklicznych wydarzeń, takich jak kwartalne równoważenie wielkich funduszy indeksowych czy coroczny proces tak zwanej optymalizacji podatkowej, w którym na koniec roku masowo wyprzedawane są spółki notujące straty. Fundusze grają otwarte karty, ich zachowanie i daty rebalansowania są przewidywalne z racji opublikowanych prospektów emisyjnych. Drobny inwestor może analizować te wymuszone przepływy wielkiego kapitału i pozycjonować się odpowiednio wcześniej, absorbując podaż lub wyprzedzając popyt z ogromną precyzją, wykorzystując transparentność gigantów jako swoją własną trampolinę do zysków.

Podsumowanie

Traktowanie małego portfela jako wady to po prostu błąd. Co prawda, próba ślepego kopiowania strategii potężnych funduszy czy ścigania się z algorytmami to dobrowolne wchodzenie do gry, w której giganci ustalają zasady i zawsze mają technologiczną czy informacyjną przewagę. Siła inwestora indywidualnego nie wynika jednak z dostępu do lepszych narzędzi, ale z jego operacyjnej elastyczności. Brak wpływu na cenę rynkową podczas składania zleceń, możliwość inwestowania w niepłynne aktywa oraz luksus zarządzania własnym kapitałem bez presji ze strony zniecierpliwionych klientów to twarde, wymierne atuty. Zamiast frustrować się rozmiarem instytucji finansowych, warto zauważyć, iż ich wielki kapitał jest mocno ograniczony regulacjami i barierami płynnościowymi. Zaakceptowanie swojej zwinnej rynkowej roli i szukanie okazji w tych niszach, do których fundusze z racji swoich rozmiarów nie mogą wejść, to całkowicie pragmatyczne podejście, które może ułatwić pomnażanie środków.

Idź do oryginalnego materiału