Wielokrotnie opisywałem na blogu, jak działaniami inwestora żądzą dwa uczucia: chciwość i strach. Umiejętność panowania nad nimi, stanowi wyznacznik sukcesu. Dzisiaj omówię jeszcze jeden bardzo istotny czynnik – skłonność do ryzyka.
Zacznę od trywialnego stwierdzenia – inwestowanie nie jest hazardem. Działaniami inwestora nie rządzi ślepa siła, fatum, przypadek, czy jak tam chcemy nazwać okoliczności niezależne i niemożliwe do kontrolowania. Jednocześnie, pomimo iż poszczególne osoby, działają na tym samym rynku w tym samym czasie, osiągają diametralnie różne wyniki. Dlaczego?
Decydują o tym emocje i wrodzona bądź wyuczona skłonność do ryzyka oraz zastosowane narzędzia kontroli (pomijam tu celowo dane poufne, bo te dostępne są dla wąskiej grupy). Tyle.
Wrodzona skłonność do ryzyka. Każdy z nas rodzi się z określonym poziomem tolerancji na ryzyko. Nie jest on uwarunkowany genetycznie, ale istnieje. Dwóch braci a choćby bliźniaków może mieć zbliżony pułap tolerancji, ale i zupełnie inny. Obserwuję takie zjawisko regularnie. Spośród rodzeństwa, jedno wykazuje się od dziecka (co składnia do tezy, iż mamy do czynienia z cechą wrodzoną), znacznie wyższą tolerancję na ryzyko w każdym aspekcie życia, przede wszystkim interesującego nas postępowania z pieniędzmi i lokowania ich. Widzę to i w swojej rodzinie, widzę wśród znajomych. Jeden brat potrafi być poukładanym, konkretnym urzędnikiem, księgowym etc. a drugi kompletnym krejzolem, bez stałej pracy, znoszącym gigantyczne wahania kursów, inwestującym we wszelkie nowinki. Wpływu wrodzonej tolerancji na ryzyko nie da się całkowicie usunąć, aczkolwiek wracając do własnego dzieciństwa da się go ustalić. O dziwo, w mojej rodzinie, zawsze byłem ten najbardziej ostrożny.
Doświadczenia. Po konkluzji o wrodzonym poziomie tolerancji na ryzyko czas na najważniejszą część wpisu – wskazanie jak doświadczenia zmieniają nasze podejście i zachowania. Cała psychologia behawioralna prowadzi do wniosku, iż swoje zachowania możemy modyfikować i mogą je modyfikować też inni (czynnik wpływu). Jestem właśnie po drugiej lekturze książki „Biedni w bogatym kraju”, opisującej losy dzieci z jednej klasy, gdzieś w interiorze USA. Wszystkie chodziły do tej samej szkoły, dojeżdżały tym samym autobusem, jednak ich tolerancja na ryzyko była diametralnie inna. Wychowani przez rodziców ze stabilnej klasy średniej (np. nauczycieli), wykazywały wysoką subordynację i niską skłonność do zachowań ryzykownych. Wzrastający w rodzinach dysfunkcyjnych, bez miłości, ale z przemocą, podejmowali ryzyko skrajnie wysokie (np. handel i produkcja narkotyków). W końcu ponosili tego skutki, często bardzo brutalne, z przedwczesną śmiercią włącznie. Co więcej, autorzy wywodzą, w jaki sposób rodzina, jej dążenia, wyuczone mechanizmy kontroli nad ryzykiem różnego rodzaju, stanowią doskonały predykat późniejszego powodzenia.
Osobiście, jestem przykładem człowieka niezmiernie ostrożnego, którego doświadczenia życiowe skłoniły do przemodelowania podejścia. Dzisiaj, mam wrażenie, iż spotkani ludzie oraz wszystkie sytuacje, które przeżyłem, pozwoliły dojść do modelu idealnego – pośrodku skali.
Wrodzony zachowawczy sposób podejścia do ryzyka, skutkował wybraniem bezpiecznego zawodu, trzymaniem się etatu, oszczędzaniem (uwaga: ludzie nie oszczędzający mają zwykle wysoki poziom tolerancji na ryzyko).
Część analityczna mojego umysłu, skłoniła do szukania luk w systemie i tworzenia zabezpieczeń. To zjawisko wzmacniały obserwacje. Opisywałem chyba pewną księgową – mamę mojej studenckiej narzeczonej. Efekty jej wykorzystania skromnych pensji, dały mi do myślenia i spowodowały, iż stałem się super oszczędzaczem.
A za podniesienie poziomu tolerancji odpowiadają moi przyjaciele-kompletni krejzole i znowu analiza przypadków. Potem doszło pozytywne wzmocnienie w postaci efektów. I tak odkryłem pokłady cech, o które nigdy nikt mnie nie podejrzewał. Obracając się w gronie ludzi, dla których rzucenie wszystkiego (i to dosłownie, a nie zaryzykowanie 20 tys. zł) nie stanowi żadnego problemu, zacząłem tworzyć pewien system, którym dzielę się z Wami. Czas na jego części.
Nie da się żyć bez ryzyka. Oczywista konkluzja. Każda decyzja niesie ze sobą niebezpieczeństwo. Wychodząc z domu, już ryzykujemy. Mniej lub więcej, ale zawsze. Ktoś, kto stworzył iluzję „bezpiecznego świata”, powinien zostać przywiązany goło do słupa na rynku (pozwolę sobie na niedosłowny cytat z pewnego polityka). Absolutnego bezpieczeństwa nie ma. Wiedząc to, wyzbywamy się maksymalnej ostrożności. Niesie ona bowiem szereg …. niebezpieczeństw. Bojąc się ryzyka, młodzi nigdy nie wyprowadzą się z domu. W Japonii raportują trzydziestolatków, którzy nie opuszczają własnego pokoju. Zjawisko, jeżeli nie masowe, to zauważalne. Dlaczego? Ponieważ wykształcili w sobie nadmierną potrzebę bezpieczeństwa. Czy takie zachowanie nie niesie ryzyk? Ależ tak, tylko innego rodzaju. Podejście do dziewczyny, która mi się podoba, zaryzykowanie telefonu, zagadania, było często początkiem pięknej znajomości. Dokładnie ten sam mechanizm działa w inwestycjach. Skupiając się na lokatach bankowych, o ile nie zarabiamy wiele. Idąc na rynek akcyjny – podejmujmy ryzyko, w zamian otrzymując potencjalnie wyższy zysk. Dokonując flipa – dokładnie tak samo. o ile wiemy, iż bez ryzyka nie ma życia, zaczynamy ryzykować i… żyć.
Skrajne ryzyko jest skrajnie niebezpieczne. Nie powinno się iść po drugim końcu skali, wiecznie „jechać po bandzie”. Znam paru ludzi, którzy wyznawali maksymę „żyj szybko, umieraj młodo” i faktycznie już nie żyją. Uznali handel narkotykami, kradzieże za „zajęcie jak każde inne, tylko bardziej zyskowne” i dostali nożem, zaćpali się, a ich koledzy księgowi żyją. Podobnie w inwestycjach – skrajna tolerancja na ryzyko zmiata z planszy, czyści rachunek. Nie da się wiecznie wchodzić za pełną pulę. Przypominam tutaj rosyjską babuleńkę z „Gracza” Fiodora Dostojewskiego, która zawsze stawiała na „zero” w rulecie. Wygrała wiele razy (co samo w sobie było matematyczną aberracją), aż seria przegranych wyczyściła jej zasoby.
Zachowajmy złoty środek w ryzykowaniu. Francuzi mają piękne określenie „Juste milieu”. Cała gra słów opiera się na „juste”, które jest wieloznaczne. Może być zatem „środek: adekwatny, sprawiedliwy, realny, uzasadniony, słuszny, celny czy należyty. Pomyślmy o tych przymiotnikach, ponieważ niosą one za sobą pewną akuratność, wartościując zachowania. Umiejmy zachować się adekwatnie, podejmować uzasadnione ryzyko, oceniać sprawiedliwie, patrzeć realnie itd. Wtedy i tylko wtedy zmieścimy się między skrajnościami. Nie stawiajmy wszystkiego na jedną kartę, nie atakujmy bez sensu i nie składajmy broni przed walką. Tak oceniam nasze podejście do ryzyka, do inwestowania, ale i do życia. Znowu przywołajmy przykład inwestora. Nie oczekuje 100% bezpieczeństwa, akceptuje stratę, ale nie całości lub 50% kapitału. Co robi? Analizuje, dywersyfikuje, kontroluje.
Ryzyko da się policzyć i kontrolować. Nie wszyscy zgodzą się ze mną, ale unikanie ryzyka nie jest jego kontrolowaniem (patrz pkt „Nie da się żyć bez ryzyka”). Oznacza życie-nieżycie. Tak samo w inwestycjach. Akceptując mentalnie 4% stopy zwrotu, skazujemy się (o ile nie zarabiamy na poziomie klasy wyższej i nie oszczędzamy 70% dochodu) na niedostatek. Wyłączamy, więc w głowie podejście „zero ryzyka”. Jak mawiają „kto nie ryzykuje, ten nie…” i tu możemy dodać różne pointy, z których najłagodniejsza brzmi „nie pije szampana”. Powoli dochodzimy do sedna. Żeby coś kontrolować, trzeba to najpierw policzyć. Służą temu albo skomplikowane modele matematyczne oparte na analizie prawdopodobieństwa i skutku, dostępne jednak dla niewielu (w tym nie dla mnie, ponieważ tzw. wyższa matematyka jest mi obca). Na szczęście możemy poradzić sobie nieźlej, jeżeli znamy 5 działania (dodawanie, odejmowanie, mnożenie, dzielenie, obliczenie procentów) plus ułamki czyli mamy wiedzę ze szkoły podstawowej ewentualnie zastosujemy, lepszy dla humanistów model analityczno-opisowy, który doskonale definiuje Tim Ferriss w „Narzędziach tytanów” i rozdziale „Sztuka opanowywania lęku”. Otóż, powróćmy do inwestycji.
Jeżeli wiemy, iż statystycznie bessa na giełdzie zdarza się raz na 7 lat, możemy policzyć prawdopodobieństwo bessy na 1/7 x 100%= 14,28%. Co nam da ta wiedza? W sensie praktycznym – niewiele. Idźmy dalej. Największa historyczna bessa sprzed 100 lat wyniosła -90%, czyli indeksy spadły o 90%. I tutaj już mamy większą wiedzę. Szansa, iż stracimy 90% kapitału na giełdzie nie jest wielkie – wynosi 1%. Załóżmy, iż szukamy odpowiedzi na prawdopodobieństwo spadku co najmniej 30%. Raz na dekadę – 1/10 x 100% =10%. Zdefiniowaliśmy i prawdopodobieństwo w procentach i skutek (ile stracimy). Dla wielu powoduje to ruch „uciekam”. No i głupio. Policzenie prawdopodobieństwa stanowi tylko połowę. Teraz czas na drugą – kontrolowanie. Czy wszyscy, którzy weszli na rynek w 1929 r. stracili 90%? Nie. Albowiem zastosowali narzędzia kontroli, o których jeszcze napiszę w całym cyklu:
- zlecenia stop loss (stop-straty),
- dywersyfikację,
- analizę wielkości pozycji,
- uciekanie z zyskami,
- optymalizacja podatkowa,
- niskie opłaty.
Wszyscy współcześni guru inwestowania, którzy nie przeżyli spadku choćby 50%, zaproponują Wam jeszcze dwie: fundusze indeksowe i uśrednianie ceny nabycia. Ja się z nimi nie zgadzam, ale to czas na kolejną opowieść.
Tworząc klasyczny portfel, w którym mamy akcje i obligacje w proporcji 50:50, zmniejszamy ryzyko straty 90% praktycznie do zera.
Teraz przejdźmy do opisowego modelu Tima Ferrissa. Polega on na odpowiedzeniu sobie na dwa pytania: W skali 1-10 jak bardzo trwałe i niszczące będą negatywne skutki? Co zrobię, żeby ich uniknąć? Pierwsze jest prostym sposobem policzenia (analizy) ryzyka. Drugie narzędziem kontroli. Ferriss, cytując Marka Twaina, zauważa, iż większość ryzyk w ogóle się nie wydarzy, przyniesie niewielkie negatywne skutki, da się kontrolować. Wróćmy na chwilę do życia.
Jeżeli posiadam:
- 12-miesięczny fundusz awaryjny,
- umiejętności praktyczne,
- kontakty,
- własną działalność gospodarczą,
- ubezpieczenie chorobowe i od bezrobocia,
- możliwość życia w „państwie socjalnym”,
- niskie koszty stałe.
jak poważne jest dla mnie ryzyko postawienia się pracodawcy i utraty pracy wraz z żoną? Czy wyrzucą nas z domu? Czy nasze dzieci będą głodować? Czy umrzemy do chorób? Przecież nie.
W gruncie rzeczy doświadczymy niewielkich, czasowych perturbacji. Stosując terminologię Ferrisa, skutki utraty pracy będą wynosić 2 – przejściowe zakłócenia. Z łatwością pokonam przeszkody. Zupełnie w innej sytuacji jest zatrudniony na wysokim stanowisku 54-letni urzędnik samorządowy, z pensją 15 tys. zł netto, wydatkami sztywnymi 10 tys. zł, 3-ma kredytami na łączną sumę ok. 700 tys. zł (przykład z oświadczenia majątkowego). On uznał, iż zabezpieczeniem przed ryzykiem jest tzw. pewna praca z dobrymi poborami i akonto zarobków zadłużał się przez lata, ani nie spłacał zobowiązań przed terminiem. I musi się bać.
Teraz przenieśmy te rozważania na inwestowanie. o ile inwestuję pieniądze, których nie mogę stracić, narażam się na ryzyko. Nierozsądnie. Tracąc jednak 10% z kapitału zazgrzytam zębami i pójdę dalej. Znowu – skutek 2. O to chodzi w analizie ryzyka: o ocenę skutków straty określonej wysokości dla mojego życia (choćby w skali 1-10) i zmniejszeniu tego ryzyka (kontrola).
Ryzykiem możemy zarządzać, ale zawsze zdarzy się nieprzewidywalne. Pewien John kupował tylko akcje poważnych firm, z branży finansowej i energetycznej. Ludzie zawsze potrzebują pożyczek i prądu. Firmy audytorskie oceniają ryzyka. Czego się bać, jeżeli ma się w portfelu takie pewniaki jak Enron czy Lehman Brothers? Nadchodzi rok 2001 potem 2008. Portfel spada do zera, obie spółki po kolei upadają. Przez giełdy przesuwa się faza bessy. John uważa wszystkie akcje za oszustwo i nigdy nie wraca na rynek.
Zawsze zdarzy się: kryzys dotcomów, Wielki Kryzys, wojny, Covid-19, prezes ucieknie z kasą i sekretarką, księgowy kupi opcje walutowe, urośnie chińska gospodarka, pojawi się Hitler lub Osama bin Laden. Nie jestem w stanie wymienić wszystkiego, ale jestem pewien – w następnej dekadzie usłyszymy o ryzyku, którego nie zidentyfikowaliśmy. I pojawia się dobre pytanie – Co wtedy? Jak zabezpieczyć się przed niewiadomym? Właśnie ten lęk skłania wielu do unikania giełdy, albo szukania „cudownych rozwiązań”, które przed niczym nie chronią, ale dają iluzję „przypilnowałem”. Ładnych parę lat temu, opisywałem Wam Piotra Wajdę, który namawiał na zakup i trzymanie złota, które miało wtedy cenę ok. 1300 USD za uncję. Ale nie zwykły zakup, tylko ulokowanie całej własnej forsy w złocie. Kto go posłuchał, przeżył wzrost do 5500 USD, a potem spadek do 4000 USD. Nie każdy dobrze to zniesie. W długim okresie, zapewniam Was i ceny złota spadną do jakiegoś poziomu równowagi. Ktoś kto wszedł za 1300 USD może stracić. Kto zaczął przy 5500 USD już traci, a ten kto kupi dzisiaj, ma spore prawdopodobieństwo zejścia na poziom 3000 USD, a może i 1000 USD. Nazywa się to kupowaniem na górce. Zdarzy się coś takiego, co zepchnie złoto poniżej poziomów ostatnich lat, które stanowią długoterminową aberrację.
Podobnie jest na giełdzie, w nieruchomościach itp. Każdy z tych rynków podlega cyklom. Warto o tym pamiętać, kiedy zaczną się spadki. W przypadku zaistnienia nieprzewidywalnego, ruchome zlecenie stop loss może uratować nam tyłki. Podobnie dywersyfikacja.
Wnioski. Wrodzona i wyuczona skłonność do ryzyka może nas kierować w stronę działań niebezpiecznych dla życia i portfela. Zignorujemy analizę i mechanizmy kontroli, uznamy, jak dwóch profesorów ekonomii, iż ryzyko jest za niskie, aby w ogóle się przejmować. Nasi maklerzy mają wysoki poziom etyki i przestrzegają reguł, myśleli menedżerowie Baringsa, nie wiedząc o niecnych działaniach Nicka Leesona. I popełnimy błąd. Kosztowny błąd. Warto jeszcze raz przemyśleć swoje podejście do ryzyka. Nie można być ani przesadnym optymistą, ani nadmiernym pesymistą. Polecam środek, sprawiedliwy środek.









