„QE” w wydaniu Trumpa, czyli plan zakupu MBSów na kwotę 200 mld USD. Jakie mogą być tego konsekwencje?

16 godzin temu

W Stanach Zjednoczonych raty kredytów pochłaniają rekordową część domowych budżetów. W odpowiedzi administracja Donalda Trumpa sięga po nadzwyczajne środki i uruchamia plan, który ma sztucznie wymusić obniżkę rat, omijając przy tym powolne decyzje banku centralnego i brak wpływu stóp Fed bezpośrednio na oprocentowanie hipotek, ponieważ te w USA zależą od stóp na długim końcu krzywej, nad czym Fed bezpośrednio nie ma kontroli. Prezydent nakazuje wpompowanie w rynek 200 miliardów dolarów ze środków agencji rządowych.

Dostępność nieruchomości w USA jest najniższa od przełomu lat 80. i 90.

Decyzję o tak radykalnej interwencji najlepiej tłumaczy rzut oka na Indeks Dostępności Nieruchomości w USA (Housing Affordability Index). Wskaźnik ten odpowiada na pytanie, czy przeciętną amerykańską rodzinę stać na kredyt na przeciętny dom. Jak wskazuje indeks, po 2021 roku nastąpiło bezprecedensowe załamanie, a linia indeksu runęła pionowo w dół, przebijając poziomy notowane ostatnio w latach 80., czyli w czasach szalejącej inflacji. w tej chwili wskaźnik balansuje na granicy 100 punktów, co oznacza, iż statystyczne gospodarstwo domowe znajduje się na skraju wypłacalności przy obecnych cenach i stopach procentowych. Dla milionów młodych Amerykanów zakup własnego „M” stał się po prostu matematycznie niemożliwy.

Plan Trumpa, czyli jak ominąć Fed i uderzyć w marże kredytów

Prezydent USA nie posiada uprawnień, by bezpośrednio nakazać bankom komercyjnym obniżenie oprocentowania, ponieważ o kosztach pieniądza decyduje niezależna Rezerwa Federalna (ale nie bezpośrednio o długim końcu krzywej rentowności). Administracja znalazła jednak tylne drzwi do systemu finansowego poprzez państwowych gigantów hipotecznych, czyli agencje Fannie Mae i Freddie Mac. Instytucje te na co dzień skupują kredyty od banków i pakują je w obligacje, zapewniając płynność na rynku.

Plan Białego Domu zakłada, iż agencje te natychmiast przeznaczą 200 miliardów dolarów na agresywny skup obligacji hipotecznych. Mechanizm jest prosty, gdy rząd wchodzi na rynek jako potężny kupiec, cena obligacji rośnie, co technicznie wymusza spadek ich rentowności. Banki komercyjne, widząc, iż mogą taniej i łatwiej upłynnić swoje portfele kredytowe, są w stanie zaoferować klientom niższe oprocentowanie nowych kredytów. Jest to próba manualnego sterowania rynkiem w celu zbicia raty dla obywateli.

Celem administracji jest teraz domknięcie tak zwanego spreadu (MBS – Treasury). w tej chwili rentowność bezpiecznych obligacji skarbowych (10-letnich) wynosi około 4,18%, podczas gdy kredyty hipoteczne są oprocentowane na 6,21%, co daje różnicę ponad 2 punktów procentowych. Zdaniem Tumpa ta różnica powinna być znacznie mniejsza. jeżeli planowany skup o wartości 200 miliardów dolarów zadziała zgodnie z założeniami, spread powinien się skurczyć, sprowadzając rynkowe oferty kredytów w okolice 5,5% – 5,7%, choćby bez oficjalnych obniżek stóp przez Rezerwę Federalną.

Gwałtowne poluzowanie finansowego gorsetu

Konsekwencje tego ruchu wykraczają jednak daleko poza rynek nieruchomości i mogą wpływać na najważniejszy dla ekonomistów, ale też i finansowych algorytmów, Indeks Warunków Finansowych (FCI). Wskaźnik ten jest swoistym termometrem gospodarki, mierzącym jak łatwo pieniądz przepływa przez system, uwzględniając nie tylko oficjalne stopy procentowe, ale także m.in. ceny akcji, kurs dolara i właśnie koszty kredytów hipotecznych. Interwencja Trumpa powoduje natychmiastowe i sztuczne poluzowanie tych warunków. Gdy raty spadają, a wyceny spółek deweloperskich rosną, w gospodarce pojawia się więcej optymizmu i płynności. Dla Rezerwy Federalnej jest to jednak sygnał alarmowy, ponieważ luźniejsze warunki finansowe zwykle oznaczają szybszy wzrost gospodarczy i powrót presji inflacyjnej.

Skąd wziąć 200 miliardów? Rozbijanie świnki skarbonki

Kluczowym pytaniem, które można sobie zadać, jest źródło finansowania tej operacji. W przeciwieństwie do znanych z przeszłości programów „luzowania ilościowego” (QE), w tym przypadku nie dochodzi do druku nowych pieniędzy przez bank centralny. Środki te pochodzą z zysków, które agencje Fannie Mae i Freddie Mac zatrzymywały przez ostatnie lata. Po bolesnej lekcji z kryzysu finansowego w 2008 roku, agencje te mozolnie budowały kapitałową poduszkę bezpieczeństwa, która miała chronić podatników przed koniecznością kolejnego ratowania ich z budżetu państwa. Decyzja Trumpa oznacza w praktyce zmianę przeznaczenia tych oszczędności. Zamiast służyć jako bufor na czarną godzinę, zgromadzona gotówka ma zostać rzucona na rynek w celu wywołania krótkoterminowego efektu stymulacyjnego.

Ryzyko to hazard na zdrowym organizmie

Choć dla przeciętnego wyborcy wizja tańszego kredytu jest kusząca, rodzić to może pewne zagrożenia długoterminowe. Przede wszystkim system zostaje pozbawiony bezpieczników, gdyż ogołocone z kapitału agencje w razie recesji mogą stać się niewypłacalne, co ponownie przerzuci gigantyczne koszty ich ratowania na amerykańskie społeczeństwo. Ponadto wpompowanie 200 miliardów dolarów uśpionej dotąd gotówki wprost do sektora bankowego zadziałać może jak silny impuls inflacyjny. Poluzowanie warunków finansowych i zwiększona dostępność tańszego kredytu mogą paradoksalnie doprowadzić do odwrotnego skutku, czyli gwałtownego wzrostu cen samych nieruchomości, co zniweluje korzyści wynikające z niższej raty. Trump gra ostro, wykorzystując przepisy awaryjne sprzed niemal dwóch dekad, by ożywić rynek przed wyborami, ryzykując jednak stabilnością całego systemu finansowego i ponownie rynku nieruchomości.

Idź do oryginalnego materiału