W jednym z lipcowych komentarzy, napisałem zdanie, iż rozumiem tych, którzy z racjonalnych przyczyn odrzucają FIRE. Dzisiaj czas tę myśl rozwinąć. Oto właśnie dowód, iż FIRE nie jest wcale dla wszystkich.
Nie stać mnie. Z czym ja mam dyskutować. Ktoś zarabia minimalną (obecnie 3600 zł netto) i ledwie oszczędza 200 zł. Nie miał „lepszych lat”, nic nie odziedziczył. Faktycznie nie stać go na wczesną emeryturę. Matematyki nie oszukasz. Z 200 zł miesięcznych oszczędności, nie odłożysz miliona do pięćdziesiątki, ponieważ oznaczałoby to stopę zwrotu ok. 20% rocznie. Nie każdy nazywa się Buffet.
Nie mówię przy tym o ludziach, którzy usprawiedliwiają swoją rozrzutność, a jedynie o takich, których istotnie nie stać.
Kocham swoją pracę. Ktoś całe życie chciał być skrzypkiem w orkiestrze, lekarzem albo maszynistą. Po co ma porzucać zajęcie, bez którego jego życie jest puste? Bez sensu.
I znowu, odróżniam pasję od racjonalizacji. Praca kierownika w biurze w 99% nie oznacza miłości do papierów/Excela, ale właśnie usprawiedliwianie. Tomsi opisał tę postawę doskonale „wolę być kimś”.
Nie mam co robić na emeryturze. Może komuś brak fantazji, a może faktycznie – nie ma kompletnie pomysłu. Rezygnacja z prący, po to, by siedzieć przy Netflixie przez 6 godzin dziennie, albo w inny sposób zabijać czas, istotnie już lepiej zostać za biurkiem.
Tylko ten powód gwałtownie zmienia się w usprawiedliwienie oraz niechęć do wypowiedzenia głośno bolesnej konkluzji. Nie mam co robić równa się nie wiem co mam robić, moje życie pozbawione jest pasji, a choćby jakiegokolwiek pomysłu. Jak powiedział mój „room mate” – „Przecież lepiej jest patrzeć na ocean na Kanarach, niż na brudną ścianę w biurze”. 100% racji. Ktoś, kto choćby do takiego wniosku nie doszedł, warto aby poszedł na długi urlop.
W domu mnie zajeżdżą. choćby nie wiecie, jak często słyszę takie słowa. Zła żona, zły mąż, niewdzięczne dzieci. Być w domu, aby słuchać wiecznych wymówek, narzekań itp. Komuś, kto woli spokój firmy, serdecznie współczuje, i jako szczęśliwy małżonek i ojciec, doskonale go rozumiem. Widzę takie historie codziennie. Od mojego kumpla, który w wieku 45 lat stał się cieniem dawnego wesołego gościa (a choćby nie cieniem, ale złośliwym dla otoczenia koboldem), ponieważ zasady religijne powstrzymały go od rozwodu z wariatką, przez koleżankę, poświęcającą się przez 20 lat, aż wreszcie doszła do wniosku, iż najlepszym lekarstwem jest alkohol. Do innej, żony emeryta wojskowego, wykonującego obowiązki dowódcy, teraz już nie kompanii, a trójki domowników.
I tylko w tym punkcie nie czynię żadnych zastrzeżeń. Rozumiem i współczuje bezwarunkowo.








