Przeciętny obiad na mieście kosztuje dzisiaj około 42 zł. Przy takich cenach trudno się dziwić, iż aż 47 proc. zatrudnionych rezygnuje w pracy z pełnowartościowego posiłku. Rozwiązaniem mogłyby być karty lunchowe zapewniane przez pracodawcę. Zapotrzebowanie na takie wsparcie jest ogromne, bo w ostatnim roku w 81 proc. firm pracownicy wprost dopytywali o tę opcję. Mimo to benefit ten oferuje zaledwie 8 proc. pracodawców, a odsetek osób, które z niego korzystają, spadł w ciągu roku z 20 do 12 proc. Gdzie leży problem? Miesięczny limit 450 zł nie zmienił się od 2023 roku i zjadła go inflacja. w tej chwili pracodawca może dorzucić do obiadu podwładnego najwyżej 21 zł dziennie, jeżeli chce, aby ta kwota była zwolniona ze składek ZUS. Co gorsza, sam ZUS wymaga od firm zbierania papierowych paragonów i drobiazgowego rozliczania każdej złotówki pozostałej na karcie. Najnowszy raport WEI pokazuje, jak można wyjść z tego absurdu bez wydawania choćby złotówki z budżetu państwa.
Zapotrzebowanie na takie wsparcie jest ogromne, bo w ostatnim roku w 81 proc. firm pracownicy wprost dopytywali o tę opcję.
Jak działają karty lunchowe dla pracowników?
Warsaw Enterprise Institute wziął pod lupę mechanizm dofinansowania posiłków dla pracowników. Zasada działania tego benefitu jest prosta: pracodawca z własnej kieszeni przekazuje zatrudnionemu dodatkowe środki na przykład w formie karty lunchowej, z przeznaczeniem wyłącznie na jedzenie. Co ważne, od tej kwoty nie trzeba odprowadzać składek ZUS, a państwo nie dopłaca do programu z budżetu. Mechanizm jest w pełni dobrowolny i łatwy w kontroli, bo środków nie da się wypłacić w gotówce. Niestety w praktyce ten mechanizm psują sztywne limity, które gwałtownie zżera inflacja, oraz nieżyciowa biurokracja narzucana przez urzędników ZUS.
Co wynika z najnowszego raportu WEI o dofinansowaniu posiłków?
Najważniejsze ustalenia raportu:
- Między 2023 a 2026 rokiem płaca minimalna skoczyła o około 34 proc., ceny w restauracjach i hotelach o około 16 proc., a zwolniony ze składek limit nie zmienił się wcale. Podwyżkę o 50 proc. z 2023 roku całkowicie pochłonęła inflacja i rosnące pensje w niecałe trzy lata.
- Obecne przepisy zupełnie rozmijają się z realiami. Limit pozwala dopłacić zaledwie 21,43 zł na dzień roboczy. W mniejszych miastach, gdzie obiad kosztuje około 35 zł, pokrywa to 61 proc. miesięcznych kosztów jedzenia. W dużych ośrodkach jest to 36 proc., a w biurowych dzielnicach Warszawy, Krakowa czy Wrocławia przy cenie 80 zł za lunch limit wystarcza już tylko na 27 proc. wydatku.
- W Polsce taki dodatek oferuje od 5 do 8 proc. pracodawców, podczas gdy we Francji, Belgii, Rumunii czy Czechach z tego samego mechanizmu korzysta od 25 do 55 proc. firm. Problem nie leży w samej kwocie, bo polska dzienna dopłata rzędu 5,04 euro kilka różni się od czeskiej, wynoszącej 5,10 euro. Różnica polega na absurdalnych regulacjach, ponieważ u sąsiadów limit rośnie automatycznie i jest odgórnie zwolniony także z podatku PIT.
- Między 2025 a 2026 rokiem odsetek pracowników z dofinansowaniem spadł z 20 do 12 proc.. Wsparcie straciło około 511 tysięcy etatów bez jakiejkolwiek zmiany ustawy w Sejmie. Winna jest rygorystyczna interpretacja przepisów przez ZUS, w tym żądanie od firm papierowych paragonów i zmuszanie do drobiazgowego rozliczania każdej złotówki niewydanej w danym miesiącu.
- Zapotrzebowanie ze strony zatrudnionych jest ogromne, bo w zeszłym roku w 81 proc. firm dopytywano o dofinansowanie posiłków. Z kolei 87 proc. pracodawców nieoferujących dziś tego benefitu rozważyłoby jego wdrożenie, gdyby dawał on około 1000 zł oszczędności rocznie na pracowniku.
- Dla 72 proc. osób to atrakcyjny dodatek, a 77 proc. uważa, iż realnie odciąża on domowy budżet. Jednocześnie aż 47 proc. zatrudnionych przyznaje, iż rezygnuje w pracy z pełnowartościowego jedzenia z powodu oszczędności. Wśród zarabiających do 4 tys. zł netto, 36 proc. regularnie wybiera tanie zamienniki zamiast żywności dobrej jakości.
- Obawy o to, iż takie świadczenie obniży w przyszłości emerytury, są bezpodstawne. Rok korzystania z kart lunchowych zmniejsza świadczenie emerytalne zaledwie o kwotę od 4 do 16 zł miesięcznie, a w najgorszym scenariuszu najwyżej o 25 zł.
Z drugiej strony realny dochód pracownika rośnie w tym czasie aż o 2301 zł.
Jednocześnie aż 47 proc. zatrudnionych przyznaje, iż rezygnuje w pracy z pełnowartościowego jedzenia z powodu oszczędności.
Dlaczego obecny limit kart lunchowych przestał odpowiadać realnym kosztom?
Limit pozwala dopłacić zaledwie 21,43 zł na dzień roboczy.
Czy wyższy limit kart lunchowych może być korzystny również dla budżetu państwa?
Autorzy raportu proponują, aby powiązać limit kart lunchowych ze średnią pensją w sektorze przedsiębiorstw. Kwota miałaby stanowić 15 proc. tego wynagrodzenia i być automatycznie aktualizowana co kwartał. Przy obecnych zarobkach dawałoby to pracownikom ponad 1400 zł miesięcznie na jedzenie. Eksperci WEI uważają, iż gdyby karty lunchowe zwolniono także z podatku PIT, budżet państwa paradoksalnie by na tym zarobił. Mechanizm jest prosty. Ludzie zaczną wydawać zaoszczędzone pieniądze w restauracjach i sklepach, co wygeneruje znacznie większe wpływy z podatku VAT.
Eksperci szacują, iż sektor finansów publicznych zyska na tym na czysto blisko 260 milionów złotych rocznie.
Zyski z tego tytułu z nawiązką zrekompensują państwu brak podatku dochodowego. Eksperci szacują, iż sektor finansów publicznych zyska na tym na czysto blisko 260 milionów złotych rocznie. Jedynym potencjalnym ryzykiem dla budżetu jest scenariusz, w którym firmy zaczęłyby masowo zastępować normalne wynagrodzenia kartami jedzeniowymi. Doświadczenia z podwyżek limitu w ubiegłych latach wyraźnie jednak pokazują, iż pracodawcy tego po prostu nie robią.

2 godzin temu












