Zacznijmy od globalnego problemu, czyli kryzysu klimatycznego. W 2026 roku wiemy już, jak wielkie szkody wyrządza środowisku sektor budowlany. Budynki są głównymi emitentami CO2 na świecie – za ich sprawą wytwarza się ok. 40% wszystkich emisji. Za ponad ¼ z tej liczby odpowiadają nowe budynki.
Coraz większy nacisk kładzie się również na lokalne koszty środowiskowe. Oprócz miejsc o oczywistych walorach przyrodniczych, którym należy się ochrona przed zabudową, nauczyliśmy się doceniać także ,,czwartą przyrodę”, czyli ekologiczną rolę nieużytków.
Na kryzys ekologiczny nakłada się także problem z mieszkaniami. To, jak wygląda w tej chwili ich rynek, wynika z głównie z migracji do dużych miast. Stały napływ nowych mieszkańców pozwala na obniżanie jakości proponowanych lokali, windowanie marż, a także zarabianie na spekulacji. Rosną ceny robót budowlanych i materiałów. Im więcej migracji, tym jest gorzej.
Słusznie zauważono, iż podnoszenie popytu wpływa negatywnie na rynek mieszkaniowy. Programy takie jak rozwój budownictwa społecznego czy komunalnego mogą stanowić realną alternatywę dla rynku prywatnego i tym samym ograniczyć marżowość tego biznesu.
Program wielkich inwestycji publicznych w budownictwo nie rozwiąże jednak obiektywnego problemu braku wykwalifikowanych rąk do pracy w budownictwie czy też wysokich cen materiałów budowlanych, wywindowanych boomem poprzednich lat i zerwanymi łańcuchami dostaw. Co więcej, szeroko zakrojone państwowe prace budowlane mogą doprowadzić do ponownego skoku cen, wywołanego nie przez spekulację, ale niedobór materiałów i pracowników.
Tanie mieszkania na wynajem w dużych miastach nie sprawią też, iż zniknie praprzyczyna problemu, czyli wspomniane wcześniej wyludnianie się prowincji i migracja do wielkich miast. Tzw. kryzys mieszkaniowy to zjawisko, które występuje w Polsce od ponad 100 lat, mimo tego, iż wybudowano w tym czasie miliony nowych mieszkań.
Kolejne fale migracji do największych miast to recepta na dalszą atomizację społeczną, gigantyczne zyski dla deweloperów, ceny materiałów budowlanych szybujące pod niebiosa i prawdziwą eksplozję wszelkich patologii na rynku budowlanym.
Zachęty do pozostania czy do powrotu w rodzinne strony to z tego punktu widzenia jedyna szansa na zmniejszenie presji migracyjnej na wielkie miasta, a więc, w długiej perspektywie – realna możliwość zażegnania kryzysu mieszkaniowego.
Polska demografia znajduje się w stanie zapaści. Młodzi Polacy mają problem z cenową dostępnością mieszkań. Wiele osób wskazuje na to jako kluczową przyczynę, dla której dzieci rodzi się mniej.
Jako jednej z ważnych powodów wymienia się także migrację do dużych miast i związaną z nią atomizację społeczną. „Kiedy dalej drążyliśmy temat, ustaliliśmy, iż matki, które wyprowadziły się z rodzinnego domu, najczęściej mieszkają w promieniu 50 km od niego, natomiast kobiety bezdzietne – w odległości od 100 do 300 km lub powyżej 300.
Można więc powiedzieć, iż migracje nie korelują z brakiem potomstwa, natomiast dalekie migracje już tak. Brakowi dzieci sprzyjają również częste przeprowadzki na więcej niż 20 km (3 i więcej w życiu)” – wyjaśniał kiedyś Michał Kot, dyrektor zlikwidowanego w 2024 r. Instytutu Pokolenia. Wiele osób argumentuje, iż mamy do czynienia nie tylko z kryzysem demograficznym, ale szerzej – kryzysem relacji.
Podstawową formą ochrony przed atomizacją jest zakorzenienie we wspólnocie. Wykres współczynnika urbanizacji, czyli największej migracji nowoczesnego świata, jest de facto odwróconym wykresem wskaźnika dzietności.
Przez lata to tereny wiejskie zapewniały zastępowalność pokoleń – miasta, które nie miały tej zdolności, przyjmowały nadwyżkę ludności i przerabiały ją na PKB. Tzw. korzyści aglomeracji traktowano jako oczywistość.
Dziś jednak widać, iż wieś nie była demograficzną studnią bez dna. Powoli zaczynamy się orientować, iż bez proaktywnej polityki wspierania osób, które chcą pozostać na prowincji, nie może być mowy o jakiejkolwiek odbudowie demografii.
Na całe szczęście nie musimy zawsze być pionierami takich rozwiązań i przynajmniej czasem możemy odwołać się do sprawdzonych wzorców. W Bawarii od prawie 20 lat prowadzone są kompleksowe działania mające na celu zatrzymanie depopulacji obszarów wiejskich i degradacji zabudowy. Ekspert CAKJ Bartosz Mielniczek miał okazję przyjrzeć się tym rozwiązaniom w Dolnej Frankonii w ramach wyjazdu zorganizowanego przez Hanns Seidel Stiftung.
By przeciwdziałać depopulacji, związki gmin prowadzą na swoich obszarach dokładną ewidencję budynków, ze szczególnym uwzględnieniem pustostanów, budynków o skomplikowanym statusie prawnym czy takich, w wypadku których przewiduje się degradację w przyszłości. Po zebraniu danych związek koordynuje proces sprzedaży, w tym poprzez umieszczanie na dedykowanym, publicznym portalu, działając de facto jako publiczny pośrednik w handlu nieruchomościami.
Oprócz samej platformy samorządy podejmują szereg aktywnych działań mających na celu przywrócenie problematycznych mieszkań do używalności – opłaty za pustostany, możliwość zamiany na łatwiejsze w utrzymaniu mieszkania. Tam, gdzie mieszkania wydawały się ,,niesprzedawalne”, gminy odkupowały je i po remoncie włączały do zasobu samorządowego.
Dla osób, które chcą zakupić nieruchomość samorząd ma wachlarz udogodnień – od pomocy w sprawach formalnych, bezpłatne doradztwo architektoniczne, aż do dofinansowania remontów pustostanów. W połączeniu z ograniczaniem możliwości zabudowy pól taka rola samorządowca-pośrednika potrafi przynieść fantastyczne rezultaty.
https://klubjagiellonski.pl/2026/05/11/pomysl-czarnka-ma-sens-ratowanie-pustostanow-z-perspektywy-architekta/






