Czwartkowy wieczór przyniósł potężną dawkę emocji dla inwestorów posiadających akcje giganta streamingowego. Netflix opublikował wyniki za pierwszy kwartał 2026 roku, które na papierze wyglądają znakomicie – a mimo to kurs spółki natychmiast po sesji zanurkował o blisko 9 proc. Do tego doszła informacja, którą trudno było zignorować: Reed Hastings, współzałożyciel i wieloletni szef firmy, definitywnie żegna się z Netflixem.
Zacznijmy od twardych liczb. Przychody Netflixa w pierwszym kwartale wyniosły 12,25 mld USD, co oznacza wzrost o 16 proc. rok do roku i wynik nieznacznie przewyższający konsensus rynkowy na poziomie 12,18 mld USD. Zysk netto wystrzelił do 5,28 mld USD, a zysk na akcję (EPS) ukształtował się na poziomie 1,23 USD – niemal dwukrotnie więcej niż rok wcześniej i znacząco powyżej oczekiwań analityków, którzy szacowali go na 76 centów. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość – w kwocie tej ukryte jest jednorazowe wsparcie w postaci 2,8 mld USD opłaty za zerwanie transakcji przejęcia Warner Bros. Discovery, którą Netflix otrzymał od konsorcjum Paramount-Skydance po tym, jak w lutym wycofał się z nieudanej akwizycji.
Marża operacyjna utrzymała się na solidnym poziomie 32,3 proc., lekko powyżej wyniku sprzed roku. Przychody reklamowe rosną w tempie, które powinno satysfakcjonować – spółka potwierdziła, iż w 2026 roku zamierza osiągnąć 3 mld USD z reklam, czyli dwukrotnie więcej niż w roku ubiegłym. Segment reklamowy odpowiada już za 60 proc. nowych rejestracji na rynkach, gdzie tańszy plan z reklamami jest dostępny.
Dlaczego więc inwestorzy sprzedają?
Problem leży tam, gdzie Wall Street od lat szuka potknięć wielkich spółek technologicznych – w prognozie na kolejny kwartał. Netflix zapowiedział wzrost przychodów za drugi kwartał na poziomie 13 proc., co przełożyłoby się na ok. 12,57 mld USD. Tymczasem analitycy oczekiwali 12,64 mld USD. Różnica wydaje się kosmetyczna, ale w przypadku spółki wycenianej z wysokim mnożnikiem choćby delikatny sygnał hamowania dynamiki wzrostu wystarczy, by uruchomić presję sprzedażową. Prognozowany zysk na akcję za Q2 – 0,78 USD – także okazał się niższy od rynkowego konsensusu wynoszącego 0,84 USD. Do tego spółka zapowiedziała, iż w drugim kwartale czeka ją najwyższe w skali roku tempo wzrostu amortyzacji kosztów treści, co będzie przejściowo ciążyć na marżach.
Efekt? Kurs Netflixa, który na zamknięciu regularnej sesji wynosił 107,79 USD (po splicie akcji z 2025 roku), w handlu posesyjnym spadł choćby o 10 proc., ostatecznie oscylując w okolicach 98-99 USD. Dla inwestorów, którzy cieszyli się 15-procentowym wzrostem kursu od początku roku, był to zimny prysznic.
Koniec ery, Hastings odchodzi po 29 latach
Jeśli słabsza prognoza nie wystarczyła, by wstrząsnąć nastrojami, to drugie ogłoszenie z pewnością dopełniło obrazu. Reed Hastings, 65-letni współzałożyciel Netflixa, poinformował, iż nie będzie ubiegał się o reelekcję do zarządu spółki na czerwcowym walnym zgromadzeniu. Oznacza to, iż po blisko trzech dekadach – od założenia firmy w 1997 roku, przez epokę wypożyczalni DVD, aż po globalną rewolucję streamingową – Hastings definitywnie rozstaje się z firmą, którą stworzył.
Hastings zrezygnował z funkcji CEO już w 2023 roku, przekazując stery tandemu Ted Sarandos – Greg Peters. Od tego czasu pełnił rolę przewodniczącego rady dyrektorów, stopniowo angażując się w działalność filantropijną, inwestycje w nieruchomości (ośrodek narciarski Powder Mountain w Utah) oraz zasiadając w zarządzie firmy Anthropic, jednego z liderów wyścigu o sztuczną inteligencję.
Naturalnie rynek od razu zaczął szukać związku między odejściem Hastingsa a nieudaną próbą przejęcia Warner Bros. Discovery – transakcją wartą ponad 80 mld USD, z której Netflix wycofał się w lutym po tym, jak Paramount złożyło wyższą ofertę. Ted Sarandos stanowczo zdementował te spekulacje podczas rozmowy z analitykami, podkreślając, iż Hastings był gorącym zwolennikiem tej akwizycji, a decyzja zarządu o jej wsparciu była jednomyślna. Odejście założyciela ma wynikać wyłącznie z chęci skoncentrowania się na filantropii.
Co dalej z Netflixem?
Paradoksalnie, fundamenty biznesu streamingowego giganta wyglądają solidnie. Baza subskrybentów – której dokładnych danych kwartalnych Netflix już nie ujawnia – na koniec 2025 roku liczyła 325 mln użytkowników, a spółka mówi otwarcie o ambicji zbliżenia się do miliarda widzów globalnie. Niedawna podwyżka cen abonamentów, wprowadzona pod koniec marca, jak dotąd nie wywołała niepokojącej fali rezygnacji. Spółka rozwija ofertę live – transmisje Światowego Klasyka Baseballu przyniosły rekordowy dzień rejestracji w Japonii – i prowadzi rozmowy z NFL o rozszerzeniu współpracy w zakresie futbolu amerykańskiego. Na koniec kwietnia planowane jest wdrożenie nowego pionowego feeda wideo na urządzeniach mobilnych, a strategia obejmuje też ekspansję w podcasty wideo.
Roczna prognoza przychodów (50,7-51,7 mld USD) i marży operacyjnej (31,5 proc.) pozostaje bez zmian. Prognoza wolnych przepływów pieniężnych została wręcz podwyższona do 12,5 mld USD z wcześniejszych 11 mld USD – głównie dzięki wspomnianej opłacie od Paramount.
Czwartkowa reakcja rynku po sesji jest więc typowym przykładem zjawiska, które regularnie dotyka wielkie spółki technologiczne: wyniki lepsze od oczekiwań, ale prognozy choćby o ułamek poniżej konsensusu – i natychmiastowa wyprzedaż. W przypadku Netflixa nałożył się na to dodatkowy czynnik emocjonalny w postaci odejścia legendarnego założyciela. Piątkowa sesja pokaże, czy inwestorzy potraktują spadek jako okazję do zakupów – bo patrząc na same fundamenty, Netflix wciąż jest maszyną do zarabiania pieniędzy, tyle iż rynek oczekuje od niego już nie solidności, a nieprzerwanej akceleracji.
Źródło: Netflix, CNBC

2 godzin temu