Roaring twenties – czy czeka nas powtórka krachu sprzed 100 lat?

2 godzin temu

Historia ludzkości rzadko powtarza się w sposób dosłowny, ale jak mawia klasyk, bardzo często się rymuje. Zjawisko to jest szczególnie widoczne na rynkach kapitałowych, gdzie ludzka psychologia od stuleci podąża podobnymi ścieżkami. Kiedy spojrzymy wstecz, na początek lat dwudziestych ubiegłego stulecia, zauważymy fascynujący i zarazem niepokojący obraz. Świat, wycieńczony koszmarem I wojny światowej oraz niszczycielskim żniwem pandemii hiszpanki, zamiast popaść w stagnację, wszedł w erę niebywałego, wręcz euforycznego optymizmu. Rozpoczęła się epoka gigantycznej hossy, nieokiełznanej konsumpcji i rewolucji technologicznej, która na zawsze zmieniła oblicze globalnej gospodarki. Czas ten zapisał się na kartach historii jako “roaring twenties”. Pamięć o tamtym okresie, zakończonym najbardziej niszczycielskim krachem w historii giełdy, stanowi do dziś istotny kontekst dla wielu uczestników rynku.

Obecnie, analizując sytuację makroekonomiczną, trudno nie odnieść wrażenia, iż bierzemy udział w swoistym rynkowym déjà vu. Jesteśmy w latach dwudziestych XXI wieku. Mamy za sobą globalną pandemię, która wstrząsnęła łańcuchami dostaw i wywołała powszechną niepewność w wielu branżach. “Toczymy” największą ilość konfliktów zbrojnych od ponad 70 lat. Doświadczyliśmy bezprecedensowego, potężnego dodruku pieniądza przez banki centralne całego świata, który zalał rynki finansowe płynnością na skalę dotąd niespotykaną w historii nowożytnej ekonomii. Co więcej, na rynki weszła z impetem nowa, absolutnie przełomowa technologia w postaci sztucznej inteligencji, która rozpala wyobraźnię inwestorów i winduje wyceny spółek technologicznych do poziomów przyprawiających o zawrót głowy. Zestawiając te fakty, naturalnie rodzi się pytanie, które stanowi główną tezę niniejszych rozważań: czy historia właśnie na naszych oczach zatacza koło?

Na czym zatem polegają uderzające podobieństwa obu tych epok? Gdzie leżą kluczowe, strukturalne różnice? Jak w związku z tym poruszać się po współczesnych rynkach giełdowych?

Anatomia „Roaring Twenties”

Innowacje technologiczne

Aby w pełni zrozumieć obecny kontekst rynkowy i ocenić ryzyko powtórki z historii, musimy dokonać głębokiej dekonstrukcji tego, co napędzało oryginalne “ryczące lata dwudzieste”. Sukces gospodarczy tamtej dekady nie wziął się znikąd i nie był wyłącznie efektem ulgi po zakończeniu działań wojennych. Był on napędzany przez niezwykłą zbieżność czynników technologicznych, finansowych i społecznych. W centrum tego bezprecedensowego boomu znajdowała się tak zwana Wielka Trójka innowacji, która całkowicie przeobraziła ówczesną rzeczywistość: masowa elektryfikacja, wdrożenie taśmy montażowej w produkcji samochodów przez Henry’ego Forda oraz komercjalizacja radia. Elektryfikacja nie tylko rozświetliła miasta, ale przede wszystkim zrewolucjonizowała przemysł, pozwalając fabrykom na pracę całą dobę i drastyczne zwiększenie efektywności maszyn, które przestały być zależne od scentralizowanych źródeł zasilania parowego. Taśma montażowa Forda sprawiła z kolei, iż samochód z luksusowego dobra dla wąskich elit stał się produktem masowym, dostępnym dla rosnącej klasy średniej. To pociągnęło za sobą gigantyczny rozwój infrastruktury drogowej, przemysłu paliwowego, gumowego i stalowego. Radio natomiast zrewolucjonizowało komunikację i rozrywkę, tworząc pierwsze globalne rynki reklamowe i informacyjne, co połączyło kraj w jedną, zsynchronizowaną sieć konsumencką. Te trzy siły połączone razem wywołały skokowy, bezprecedensowy wzrost produktywności, co w naturalny sposób napędziło zyski korporacji do poziomów wcześniej niewyobrażalnych, w pełni uzasadniając w oczach ówczesnych inwestorów coraz wyższe i odważniejsze wyceny giełdowe na Wall Street.

Ford Model T – samochód Ameryki lat 20-tych. Źródło: hotcars.com

Inwestowanie na lewarze

Jednak innowacje technologiczne to tylko jedna strona medalu. Na ich fali rósł powszechny optymizm, ale same w sobie nie stanowiły “zagrożenia” w żadnym kontekście. Innym, znacznie bardziej niebezpiecznym i zwodniczym zjawiskiem, był łatwy pieniądz oraz bezprecedensowy wzrost lewarowania inwestycji w systemie finansowym. Lata dwudzieste dwudziestego wieku przyniosły rewolucję w sposobie finansowania konsumpcji i inwestycji. Wprowadzono na masową skalę zakupy na raty, co pozwoliło obywatelom nabywać dobra znacznie przekraczające ich bieżące możliwości dochodowe. Ta sama mentalność życia na kredyt i opierania się na mechanizmie kupowania teraz i płacenia później bardzo gwałtownie przeniosła się na parkiet giełdowy. Inwestowanie z potężną dźwignią finansową, w oparciu o tak zwane margin loans, stało się powszechną i w pełni akceptowaną praktyką. Kredyt maklerski na spekulację pozwalał na zakup akcji przy wniesieniu zaledwie dziesięciu procent ich wartości w gotówce, podczas gdy resztę finansował broker. Ten mechanizm działał jak wysokooktanowe paliwo w czasie wzrostów, ale wbudowywał w system finansowy tykającą bombę zegarową, napompowując gigantyczną bańkę spekulacyjną podatną na najmniejszy wstrząs.

Tabela ilustruje historyczną dynamikę zadłużenia z tytułu kredytów maklerskich w USA, które tuż przed krachem w 1929 roku osiągnęło swój bezprecedensowy szczyt na poziomie ponad 8,5 miliarda dolarów. Obrazuje to jednoznacznie, jak potężna dźwignia finansowa i powszechna spekulacja oparta na pożyczonym kapitale napompowały giełdową bańkę. Źródło: fraser.stlouis.com

Pożyczki pod zastaw akcji (mln USD) – wykres na podstawie tabeli 142 z fraser.stlouis.com. Źródło: Opracowanie własne.

Demokratyzacja giełdy

Trzecim, niezwykle istotnym filarem anatomii tamtej dekady była strukturalna demokratyzacja giełdy. Choć historia finansów znała już przypadki masowej spekulacji, takie jak chociażby siedemnastowieczna tulipanomania w Holandii, to wejście amerykańskiej “ulicy” na rynek kapitałowy w latach dwudziestych zmieniło całkowicie dynamikę i skalę obrotu. Giełda przestała być wyłączną domeną arystokracji finansowej ze Wschodniego Wybrzeża, zamożnych bankierów i magnatów przemysłowych. Prawdziwym, często pomijanym katalizatorem tej zmiany była pierwsza wojna światowa i potężna, rządowa kampania sprzedaży obligacji wojennych, znanych jako Liberty Bonds. Kiedy wojna się skończyła, ten oswojony z rynkiem finansowym kapitał klasy średniej stał się idealnym celem dla dynamicznie rozwijającej się branży maklerskiej. Dzięki rozbudowie sieci telegraficznej, która dostarczała giełdowe notowania do najdalszych zakątków kraju, bezpieczne oszczędności z obligacji zaczęły masowo płynąć w stronę akcji. Inwestowanie stało się modne i powszechne, a narracja o tym, iż rynek może wyłącznie rosnąć, na dobre zawładnęła umysłami mas. Ludzie zastawiali swoje domy i brali pożyczki, aby uczestniczyć w tym rzekomo nieskończonym bogaceniu się. Powszechny optymizm, całkowite ignorowanie miar wyceny oraz masowy udział osób szukających wyłącznie szybkiego zysku stanowiły klasyczne, podręcznikowe wręcz symptomy końcowej fazy gigantycznej manii spekulacyjnej.

Wykres indeksu Dow Jones z lat 20-tych XX wieku. Źródło: nber.org

Lata 20. XXI wieku: Nowe dekoracje, ten sam spektakl?

Przenosząc się o równe sto lat do przodu, do współczesnych realiów rynkowych, możemy zaobserwować zjawiska, które w zadziwiający sposób korespondują z minioną epoką. Zestawienie historycznych faktów z obecną sytuacją rynkową pokazuje, iż choć instrumenty i nośniki informacji uległy radykalnej zmianie, mechanizmy ludzkiej natury i cykli finansowych pozostają nietknięte. Podstawowym motorem napędowym wyobraźni dzisiejszych inwestorów są technologie informacyjne, w tej chwili szczególnie sztuczna inteligencja, która pełni w naszym przykładzie rolę nowego odpowiednika taśmy produkcyjnej, elektryfikacji i radia. AI to bezsprzecznie potężny przełom technologiczny, który posiada realny potencjał do skokowego zwiększenia produktywności w wielu sektorach gospodarki, od medycyny po programowanie i logistykę. To właśnie ta nowa technologia napędza w tej chwili wyceny gigantów z Doliny Krzemowej. Ich akcje rosną w tempie astronomicznym, odzwierciedlając rynkowe przekonanie, iż firmy te zdominują nadchodzącą rewolucję przemysłową opartą na danych i algorytmach. Rynek wycenia świetlaną przyszłość bez granic, często ignorując ewentualne wąskie gardła produkcyjne, problemy z dostawami energii dla centrów danych czy potencjalne przeszkody regulacyjne.

Kolejna fala demokratyzacji inwestycji

Drugim uderzającym podobieństwem jest nowa fala demokratyzacji giełdy, napędzana tym razem przez erę darmowych brokerów i głębokiej gamifikacji procesu inwestycyjnego. Firmy takie jak Robinhood czy w Polsce XTB oraz wiele innych innowacyjnych aplikacji mobilnych, stały się współczesnym, cyfrowym odpowiednikiem masowego wejścia “ulicy” na rynek. Interfejsy tych platform, zaprojektowane z myślą o maksymalnym angażowaniu użytkownika, drastycznie obniżyły barierę wejścia psychologicznego i finansowego. Równolegle narodził się potężny rynek spekulacyjnych kryptowalut, ze szczególnym uwzględnieniem tak zwanych “meme coins”, których wyceny opierały się wyłącznie na wiralności i nastrojach społeczności, całkowicie odrywając się od jakiejkolwiek wartości fundamentalnej. Nie bez znaczenia jest także rosnąca w ogromnym tempie popularność platform oferujących zakłady bukmacherskie i hazard online, co dowodzi głębokiej zmiany w podejściu mas do pieniędzy, chociażby względem poprzednich pokoleń. Społeczeństwo, często sfrustrowane inflacją i rosnącymi kosztami życia, masowo poszukuje sposobów na “szybki pieniądz”, coraz częściej odrzucając koncepcję powolnego, metodycznego budowania kapitału przez lata.

Przychody z obstawiania sportów w US – 2019-2025. Jeden z najbardziej jaskrawych przykładów opisywanego zjawiska. Źródło: americangaming.com

Inflacja monetarna i jej wpływ na rynki giełdowe

Trzecim i prawdopodobnie najpotężniejszym paliwem współczesnej hossy są tak zwane “pieniądze z helikoptera” i historycznie bezprecedensowa stymulacja fiskalno-monetarna. Bilionowe pakiety pomocowe uruchomione w panice przez rządy i banki centralne na całym świecie po uderzeniu pandemii COVID-19 posłużyły jako paliwo rakietowe dla rynków finansowych. Obywatele otrzymywali czeki bezpośrednio od państwa, a korporacje cieszyły się z dostępu do darmowego niemal kapitału, co wygenerowało gigantyczną nadpłynność w systemie finansowym, jak i w gospodarce. Część tego kapitału musiała znaleźć ujście, płynąc szerokim strumieniem na rynek akcji i kryptowalut. W roku 2022 zaobserwowaliśmy celowe, wymuszone inflacją spowolnienie tego trendu, jednak w tej chwili globalna podaż pieniądza, znów rośnie. Ten mechanizm, jest podobny do pożyczek maklerskich z lat 20-tych ubiegłego stulecia pod tym względem, iż jednym z jego efektów jest napędzanie wzrostu wycen spółek giełdowych. Co do zasady jednak, zarówno pod względem monetarnym, jak i gospodarczym, tamte okresy trochę się różniły. Na czym polegały te i inne różnice między “Roaring 20’s”, a obecną dekadą?

Podaż pieniądza M2 dla dolara amerykańskiego – bezprecedensowy, niemal pionowy wzrost w okresie COVID-19. Źródło: fred.stlouisfed.org

1920’s vs 2020’s – Gdzie kończą się podobieństwa?

Mimo tak fascynujących analogii, to właśnie w precyzyjnym zidentyfikowaniu różnic pomiędzy obiema epokami leży klucz do oceny współczesnego ryzyka. Fundamentalną osią podziału jest środowisko podaży pieniądza oraz współczesny paradygmat działania banków centralnych.

Aby to w pełni zrozumieć, musimy zestawić mechanikę deflacyjnego załamania lat 30-tych ze współczesnym nawykiem nieograniczonego druku fiducjarnego.

Zgodnie z teorią monetarną, która najlepiej tłumaczy te zjawiska, zdrowa gospodarka wymaga równowagi: podaż pieniądza powinna rosnąć proporcjonalnie do realnego wzrostu PKB (w stosunku 1:1). Pieniądz reprezentuje wytworzone dobra – jeżeli ta proporcja jest zachowana, siła nabywcza pozostaje stabilna, a wymiana handlowa przebiega bez zakłóceń. Im bardziej od tej zasady odbiegamy, tym musimy się liczyć z bardziej dotkliwymi konsekwencjami.

I tak, w latach dwudziestych ta zasada została podwójnie złamana. Po pierwsze, realna produkcja rosła szybciej niż całkowita masa pieniądza. Po drugie część tego nowego pieniądza, kreowanego przez banki w systemie rezerwy cząstkowej, nie trafiała do realnej gospodarki. Zgodnie z efektem Cantillona, był on bezlitośnie zasysany przez Wall Street, pompując wcześniej wspomnianą giełdową bańkę.

Rok

M2 (w mld USD)

Realny PNB (liczony w $ z 1972)

Indeks M2

Indeks rPNB

1920

47,37

214,22

100,00

100,00

1921

44,58

199,94

94,11

93,33

1922

46,14

229,54

97,40

107,15

1923

49,93

254,09

105,40

118,61

1924

52,67

256,39

111,19

119,69

1925

57,44

276,03

121,26

128,85

1926

59,49

291,81

125,59

136,22

1927

61,02

293,27

128,82

136,90

1928

63,32

296,22

133,67

138,28

1929

63,44

315,69

133,92

147,37

1930

62,04

285,52

130,97

133,28

1931

57,24

263,46

120,84

122,99

1932

47,79

227,04

100,89

105,98

1933

42,21

222,13

89,11

103,69

1934

45,77

239,09

96,62

111,61

1935

52,66

260,04

111,17

121,39

1936

58,91

295,54

124,36

137,96

1937

61,72

310,16

130,29

144,79

1938

61,67

296,75

130,19

138,53

1939

66,83

319,83

141,08

149,30

1940

74,8

344,16

157,91

160,66

Wzrosty 1920-1929

16,07

101,47

33,92 [%]

47,37 [%]

Spadki 1929-1933

21,23

93,56

44,82 [%]

43,67 [%]

Opis: Powyższa tabela prezentuje zestawienie historycznych danych makroekonomicznych dla Stanów Zjednoczonych w latach 1920-1940. Zestawiono w niej dwa najważniejsze wskaźniki:

    • Całkowitą podaż pieniądza w obiegu (agregat M2, wyrażony w miliardach dolarów bieżących).
    • Realny Produkt Narodowy Brutto (rPNB, skorygowany o inflację i wyrażony w stałych dolarach z roku bazowego 1972, co pozwala na pomiar faktycznego wzrostu produkcji fizycznej).

Dla ułatwienia analizy porównawczej, obie wartości zostały w kolejnych kolumnach przeliczone na indeksy bazowe, gdzie rok 1920 stanowi punkt odniesienia (wartość 100). W dolnych wierszach tabeli wyszczególniono skumulowane, procentowe zmiany obu wskaźników dla dwóch kluczowych podokresów: dekady wzrostu (1920-1929) oraz najbardziej dotkliwego okresu załamania podczas Wielkiego Kryzysu (1929-1933).

Jak widać, nie dość, iż pieniędzy brakowało już w dekadzie przed Wielkim Kryzysem, to na domiar złego zniknęły one na bezprecedensową skalę również po 1929 roku, co wobec dużego wzrostu gospodarczego w latach 20-tych okazało się być katastrofalne w skutkach.
Źródło: Opracowanie własne na podstawie danych z NBER.org.

Kiedy w 1929 roku bańka pękła, decydenci FED-u (również na ich barki spada ostateczna odpowiedzialność) dopuścili do drastycznej kontrakcji monetarnej. Nie polegała ona jednak na fizycznym „zabieraniu” banknotów obywatelom.

Kaskadowe upadki tysięcy banków komercyjnych sprawiły, iż w ciągu zaledwie kilku lat podaż pieniądza (M2) w Stanach Zjednoczonych skurczyła się aż o ponad 30%.

Aby zrozumieć, jak wyparowała z systemu niemal jedna trzecia środków płatniczych, musimy pamiętać, iż w systemie bankowym opartym na rezerwie cząstkowej, pieniądz to w ogromnej mierze jedynie zapis księgowy. Rodzi się on w momencie udzielenia kredytu, ale też bezpowrotnie „umiera”, gdy ten dług nie jest spłacany lub gdy bank ogłasza upadłość. Krach na Wall Street był w tym procesie zaledwie punktem zapalnym. Prawdziwe zniszczenie pieniądza uderzyło w całą gospodarkę przez potężny efekt domina.

Kiedy spanikowani obywatele ruszyli masowo do okienek, żądając wypłaty swoich depozytów w fizycznej gotówce, uruchomili rezerwę cząstkową na wstecznym biegu. Aby przetrwać oblężenie i zachować płynność, wciąż działające banki całkowicie wstrzymały akcję kredytową i zaczęły bezlitośnie żądać natychmiastowej spłaty wszystkich pożyczek z realnej gospodarki – od rolników, fabrykantów i małych firm. Przedsiębiorstwa odcięte od kapitału masowo bankrutowały, co pociągało na dno kolejne instytucje finansowe. A ponieważ nie istniały wówczas żadne państwowe gwarancje depozytów (jak dzisiejsze FDIC), zamknięcie drzwi banku oznaczało dosłowne wyrzucenie jego ksiąg do kosza. Oszczędności całych społeczności nie przechodziły do innej kieszeni – po prostu przestawały istnieć, wymazane z systemu na zawsze. To właśnie ten paraliż bankowy, a nie same niespłacone długi giełdowych spekulantów, odpowiadał za tak gigantyczne i niszczycielskie skurczenie się ilości pieniądza.

Wycofanie tych środków z systemu było równoznaczne z nagłym wypompowaniem smaru z pracującej na najwyższych obrotach, potężnej machiny ekonomicznej, jaką były ówczesne Stany Zjednoczone. Nastąpił dramatyczny paraliż popytu. Nie oznacza to, iż nagle zniknęły wszystkie ludzkie potrzeby. Ludzie potracili oszczędności i pracę, a na rynku fizycznie brakowało gotówki, by zamknąć transakcje rynkowe. Magazynowane towary nie znajdowały nabywców, co uruchomiło spiralę: masowe bankructwa firm, lawinowe zwolnienia, drastyczny spadek cen i powszechną biedę. Deflacja monetarna zabiła gospodarkę, ponieważ nagle pozbawiła ją środka wymiany.

Współczesna polityka monetarna banków centralnych

Zestawienie tego mechanizmu z obecną polityką makroekonomiczną uświadamia nam, w jak diametralnie innym środowisku dziś operujemy. w tej chwili obserwujemy zjawisko, które można śmiało nazwać „odruchem Pawłowa” bankierów centralnych. Wyedukowani na dogłębnych analizach błędów Wielkiego Kryzysu, na każdy, choćby najmniejszy wstrząs płynnościowy reagują oni panicznym wstrzykiwaniem nowego kapitału w obieg. Czy jednak taka reakcja stanowi o dobrze wyciągniętych wnioskach, czy raczej w pewnym sensie przeskoczyliśmy ze skrajności w skrajność?

Narzędzia takie jak luzowanie ilościowe (ang. Quantitative Easing, QE), pakiety stymulacyjne czy ratunkowe linie kredytowe stanowią dziś standardowy arsenał. Krach z wiosny 2020 roku udowodnił, iż FED i inne instytucje są gotowe zalać system kapitałem bez żadnych limitów, całkowicie odrywając podaż pieniądza od realnego wzrostu PKB, byle tylko uniknąć deflacyjnej spirali lat trzydziestych. Taka przynajmniej panuje oficjalna narracja, inna sprawa, iż ciągłe zwiększanie podaży pieniądza ogromnie służy politykom (dewaluacja długu) i największym korporacjom i ich udziałowcom.

Również skutki tych dwóch odmiennych polityk dla inwestorów są różne:

  • Krach lat 30-tych (środowisko deflacyjne): To długa, wyniszczająca agonia rynku niedźwiedzia w kształcie litery „L”, gdzie gotówka jest królem, a każde giełdowe odbicie to pułapka na kapitał (Dow Jones 25 lat wracał do poziomów z października 1929 roku).
  • Współczesne kryzysy (środowisko inflacyjne): Kończą się zwykle relatywnie dynamicznym odbiciem w kształcie litery „V”, napędzanym nowym pieniądzem.

Niestety, jak już wspomnieliśmy, ratunek ten ma swoją potężną, ukrytą cenę. Ponownie uderza w nas efekt Cantillona, ale tym razem na sterydach.

Nowo kreowany pieniądz w pierwszej kolejności pompuje ceny aktywów finansowych i nieruchomości do absurdalnych poziomów. Następuje cicha, systematyczna erozja siły nabywczej waluty. Zwykli obywatele, pozbawieni aktywów, biednieją, podczas gdy wyceny giełdowe uciekają im w nieskończoność, niszcząc zaufanie do samej waluty opartej na dekrecie państwowym.

Dodatkową warstwą ryzyka, nieobecną w latach dwudziestych, jest dziś kruchość globalnych łańcuchów dostaw. Żyjemy na styku potężnej globalizacji i zaczynającej się deglobalizacji, gdzie najmniejszy konflikt zbrojny może wywołać szok podażowy, co również częściej niż rzadziej przekłada się na wzrost cen (aczkolwiek wówczas to nie jest inflacja, to po prostu wzrost cen aktywa, którego owy szok podażowy dotyczy).

Tylko od stycznia 2019 roku siła nabywczas USD spadła o ¼. Źródło: fred.stlouisfed.org

Giełdowe rynki w czasie gruntownych przemian technologicznych

Zrozumienie zarysowanych powyżej różnic historycznych i mechanizmów makroekonomicznych stanowi fundament, na którym można budować skuteczną ocenę obecnej sytuacji. Ponieważ raczej większość z nas nie ma bezpośredniego wpływu na “decyzje na górze”, w tym miejscu temat dzisiejszego artykułu rozpatrzymy z perspektywy tradingowej.

Pierwszą kwestię dobrze obrazuje popularne rynkowe porzekadło: “trend is your friend”. Niezależnie od osobistych przekonań dotyczących racjonalności wycen, kapitał płynie tam, gdzie widzi potencjał wzrostu. Podstawowym zadaniem tradera jest zatem odpowiednie zidentyfikowanie spółek i sektorów, które pełnią lub mogą pełnić rolę niekwestionowanych liderów hossy. Od dawna już sektor technologiczny silnie premiuje takie podejście. Warto przemyśleć ekspozycję tak na cały łańcuch wartości, jak i na jego poszczególne komponenty. Jak pokazuje historia, chociażby ta omówiona w tym artykule, w kręgu zainteresowań powinna leżeć każda technologia, którą rynek i kapitał instytucjonalny uznają za systemowo istotną i potencjalnie transformacyjną.

Jednakże samo podążanie za trendem to recepta na porażkę, jeżeli zabraknie drugiego filaru profesjonalnego tradingu. Zarządzanie ryzykiem to absolutna, nienegocjowalna podstawa. Należy mieć nieustannie z tyłu głowy przypomnienie, iż choćby najbardziej oszałamiające rajdy ubiegłego stulecia ostatecznie znalazły swój krwawy koniec, niszcząc portfele tych, którzy wierzyli w koniec cykli rynkowych. Kwestią kluczową jest posiadanie żelaznej, dobrze zdefiniowanej strategii wyjścia z każdej zajmowanej pozycji, jeszcze zanim zrealizujemy transakcję. Niezbędne jest stosowanie odpowiedniego określania wielkości pozycji, aby ewentualna strata na jednym walorze nie zagrażała integralności całego kapitału. Nie można również zapominać o fundamentalnej kwestii dywersyfikacji portfela oraz o świadomym stosowaniu narzędzi hedgingowych, pozwalających amortyzować wstrząsy podczas niespodziewanych tąpnięć rynkowych wywołanych decyzjami politycznymi czy szokami zewnętrznymi.

Ostatnim atrybutem wymaganym od uczestnika współczesnego rynku w choćby większym stopniu niż od uczestników grających 100 lat temu, jest niezwykła elastyczność i odporność psychiczna. W warunkach zmienności napędzanej algorytmami i szybkimi przepływami informacji gotowość do radykalnej zmiany nastawienia jest kluczowa. Kiedy ogólnorynkowa euforia przeradza się w irracjonalną panikę, trader nie może trwać w uporze przy pozycjach długich w imię obrony swoich wcześniejszych racji. Rynek o to zupełnie nie dba. Skuteczny trader musi być zdolny do porzucenia dotychczasowych założeń i dostosowania taktyki do zmieniającego się otoczenia, pamiętając, iż na giełdzie wynagradza się podążanie za rzeczywistością przedstawioną na wykresie, a nie za posiadanie racji w teoretycznym sporze akademickim.

Podsumowanie: Czy czeka nas nowy rok 1929?

Wobec powszechnej niepewności i strachu, związanych w szczególności z dynamicznym rozwojem AI, czy mamy podstawy, aby sądzić, iż obecna dekada zakończy się równie spektakularnym dramatem, jak ten, który spowił mrokiem rynki i gospodarkę po październiku 1929 roku? Konkluzja, jaka wyłania się z chłodnej analizy, opiera się na prostym, ale nie za bardzo odkrywczym stwierdzeniu. Mianowicie, nikt na świecie nie zna przyszłości z całą pewnością, a prognozowanie punktów zwrotnych jest rzeczą niezwykle trudną i raczej jest kwestią statystyki i prawdopodobieństwa, aniżeli ponadprzeciętnych zdolności predykcyjnych. Jednak co do rynków giełdowych, ich mechanika jest niezmienna w jednym aspekcie – od zawsze napędzana jest przez potężne siły chciwości w czasie wzrostów i paraliżującego strachu w chwilach korekt. Środowisko regulacyjne i technologiczne mogło ulec ogromnym zmianom, ale inwestor zmagający się z własnymi emocjami, wpatrzony w migające kwotowania, pozostaje tym samym człowiekiem co sto lat temu.

Analiza pokazuje jasno, iż występuje fascynująca, wręcz niepokojąco duża ilość podobieństw w zachowaniu kapitału i struktury społecznej w tej chwili i sto lat temu. To powód, dla którego warto mieć tę historyczną teorię i makroekonomiczne analogie gdzieś z tyłu głowy w codziennej analizie trendów rynkowych. Nie warto jednak w żadnym wypadku wpadać w przesadny strach, apokaliptyczną panikę czy chroniczne negowanie trendu wzrostowego. Należy raczej z pełnym opanowaniem starać się wykorzystać swoją poszerzoną wiedzę, świadomość działania banków centralnych i zrozumienie mechanizmów tworzenia pieniądza do osiągnięcia asymetrycznych korzyści finansowych. Z naszej, bardzo indywidualnej perspektywy, to niemal jedyna rzecz, którą możemy zrobić, aby uchronić się przed ewentualnym czarnym scenariuszem – zarówno rynkowym, jak i gospodarczym.

Dzisiejsza hossa rymuje się z tą sprzed wieku w obszarach fascynacji rewolucyjną technologią, lewarowanej spekulacji i nadmiernego zaangażowania szerokiej, niedoświadczonej publiczności rynkowej, szukającej szybkiej ścieżki do bogactwa. Fundamentalny punkt rozbieżności leży jednak w podejściu decydentów do kreacji pieniądza. Ponieważ współczesne banki centralne na każdy objaw kryzysu reagują potężnymi programami stymulacyjnymi ze “strachu przed deflacją”, ryzyko długotrwałego, wyniszczającego braku płynności na wzór lat trzydziestych jest minimalne. Skutkiem ubocznym tego “ratunku” jest jednak postępująca inflacja i erozja wartości pieniądza. Dla uważnego i zdyscyplinowanego tradera to otoczenie stanowi doskonałą przestrzeń do generowania zysków, o ile tylko oprze swoje działania na żelaznych zasadach zarządzania ryzykiem, kontroli emocji i podążaniu za kierunkiem przepływającego kapitału.

Idź do oryginalnego materiału