Rosja jest jak stary VW Golf: rzęzi, dymi, czasem kogoś rozjedzie, bo hamulce nie działają, ale jedzie. Więc po co go naprawiać, skoro jedzie?
Z Michałem Gołkowskim rozmawia Sebastian Stodolak
Czym adekwatnie jest russkij mir?
To przemocowy, patriarchalny i patologiczny system, który przez aklamację, przez brak sprzeciwu i przez wieloletnie udawanie, iż król nie jest nagi, został uznany za obowiązujący w całej Rosji. To jak wziąć patologiczną rodzinę, pomnożyć ją przez 140 mln ludzi – i twór ten nazwać państwem. W rzeczywistości Rosja nie jest państwem, bo nikomu na nim nie zależy. Tak jak w tej patologicznej rodzinie nikt nikogo nie kocha i nikt nie jest za nikogo odpowiedzialny. Ludzie po prostu mieszkają razem, przekonani, iż wszędzie indziej byłoby tylko gorzej albo co najmniej tak samo źle.
I myślą, iż inni ich nienawidzą.
Ta logika jest uniwersalna: albo my ich zaatakujemy, albo oni zaatakują nas. Albo my zabierzemy im zasoby, albo zabiorą je nam. To absolutna patologia, która wszystko przenika. Od relacji sąsiedzkich przez życie społeczne po politykę międzynarodową. W myśleniu Rosjan życie nie jest grą o sumie dodatniej, tylko grą o sumie zerowej: zasobów jest mało, trzeba je odebrać innym. Kiedy pytani są, dlaczego świat ich nie lubi, nigdy nie dopuszczają myśli, iż problem może leżeć po ich stronie. Odpowiedź brzmi zawsze, iż świat zazdrości im zasobów. To jest jednocześnie kompleks niższości i syndrom wyższości. To głębokie przekonanie, iż jest się gorszym, które kompensuje się agresywnym demonstrowaniem rzekomej wielkości. To nie jest poczucie własnej wartości, to nieustanna nadkompensacja. Rosja nie potrafi funkcjonować bez zewnętrznego punktu odniesienia. Nie wystarczy coś zrobić – trzeba ogłosić światu, iż się to zrobiło, zatknąć flagę i czekać na oklaski. To jest popisywanie się, a potem nerwowe oczekiwanie na uznanie.
Mówisz o zewnętrznym punkcie odniesienia, ale z drugiej strony Rosjanie często odwołują się do rosyjskiej duszy, do własnej wyjątkowości. Mówią: mamy unikatową kulturę, literaturę, teatr, kino, poezję, długą historię. Twierdzą: mamy tożsamość i własną wyjątkowość.
Kraje, które rzeczywiście mają wielo wiekową i wysoką kulturę – jak Wielka Brytania czy Francja – nie robią z tego show. Państwa, które są w czymś naprawdę dobre, nie muszą tego nieustannie demonstrować. To, co widzimy w Rosji, to dokładnie ten sam mechanizm co u człowieka, który w piątek wieczorem zakłada białe skarpetki na dyskotekę, żeby wszyscy widzieli, iż to nie te same, w których rano był w oborze. To nie jest estetyka, to jest sygnał wysyłany w panice: „Zobaczcie, kim jestem!”. Ludzie, którzy kompulsywnie manifestują swoją wartość przez ubiór, samochód, wielkość mieszkania, ilość złota na kominku czy liczbę plastikowych czołgów na paradzie ku czci wojny zakończonej 80 lat temu, coś kompensują. To kompleksy. Każdy jakieś ma, ale problem zaczyna się wtedy, gdy całe państwo buduje swoją politykę na zbiorowej kompensacji kompleksów. Żeby zrozumieć Rosję, trzeba zejść na poziom psychologii zwykłego człowieka. A ta mityczna rosyjska dusza, którą rzekomo z nich wyrywają, to nie jest coś, czym należałoby się chwalić. Jak powiedział ponad sto lat temu Michaił Sałtykow-Szczedrin: „Jeżeli zasnę i obudzę się za sto lat, a zapytają mnie, co robią w Rosji, odpowiem bez wahania: kradną i piją”.
Chyba żaden wielki rosyjski wieszcz, literat, malarz czy kompozytor nie był piewcą swojego kraju…
Wszyscy działali w opozycji, wszyscy próbowali ten kraj zmienić. Weźmy malarstwo końca XIX w., Pieriedwiżników, ludzi, którzy tworzyli wybitne dzieła i jeździli z nimi po zapadłych wsiach, by chłopom kulturę przybliżać. To była klasyczna praca u podstaw. Wszyscy wielcy twórcy byli gnębieni i często fizycznie niszczeni. Puszkin był latami zaszczuwany, aż w końcu zginął w pojedynku. Wielu wielkich poetów i myślicieli zginęło w łagrach. Ci, którzy dziś uznawani są za wielkich rosyjskich intelektualistów, są albo martwi, bo ich zamordowano, albo żyją poza granicami kraju.
Jednocześnie ten krytyczny, negatywny stosunek do samej Rosji bardzo często idzie w parze z wiarą w rosyjską wielkość i potęgę.
Tu Puszkin znów jest idealnym przykładem. Niby walczył z caratem, ale pojechał na Kaukaz i strzelał do Czeczenów. Tu pojawia się dwumyślenie, a choćby wielomyślenie. Rosjanie mają w głowie szufladki. Potrafią przestawić wajchę i przyjąć zupełnie inny punkt odniesienia dla własnych działań. Potrafią zaczarować rzeczywistość w taki sposób, iż cztery lata niszczenia Kijowa nazywają wyzwalaniem. To wybrzmiewa w moich wywiadach z nimi: gdybyśmy ich nie napadli, oni by napadli nas, dlatego my jako pierwsi napadliśmy – to znaczy zaczęliśmy wyzwalać. Czytając Rosjan między kłamstwami, widać tam wszystko, tylko nigdy nie zostanie to wypowiedziane wprost.
Niemcy umieli nazwać swoje grzechy, jeżeli idzie o II wojnę. Rosjanie przez to samookłamywanie się chyba nie potrafiliby się przyznać do żadnych win względem innych?
Spójrzmy, co się stało po śmierci Stalina. Formalnie uznano, iż istniał kult jednostki, iż Stalin był złym carem. To stało się adekwatnie natychmiast po jego zgonie. To nie był proces wymagający lat, pracy, konferencji, debat. Z dnia na dzień ogłoszono: to był kult jednostki, to była wina Stalina. Choć wszyscy w tym kulcie uczestniczyli. Ci sami ludzie, którzy go potępili, wcześniej czynnie i z własnej woli ten kult współtworzyli. Kultu Stalina nie stworzył sam Stalin, tylko oni. Nigdy nie było momentu refleksji, nie padły słowa „zrobiliśmy coś złego” czy „skrzywdziliśmy innych”. Nie. To Stalin. Klasyczny mechanizm kozła ofiarnego. W przyszłości takim kozłem ofiarnym będzie Putin.
W książce z jednej strony przypisujesz ludziom z rosyjskim paszportem konkretne cechy, z drugiej podważasz pojęcie narodu.
Uważam, iż pojęcie narodu jest z natury krzywdzące dla wszystkich mniejszych grup. Zostało wymyślone przez imperia kolonialne, by wciągać w swoją tożsamość innych. Naród w nowoczesnym sensie jest więc konstruktem władzy. Nie wierzę też w to, iż państwowość czy narodowość definiują cechy osobowości. W swojej książce próbuję desperacko uciec od takiego przypisywania, ale, niestety, nie udaje mi się to. Bo jeżeli całkowicie z niego zrezygnujemy, nie da się mówić o Rosji ani o zamieszkujących ją ludziach. To przydatne uogólnienie. Krzywdzące, ale nieuniknione. jeżeli przyznamy, iż jest nieuniknione, a potem stwierdzimy, iż „Rosjanie są tacy a tacy”, to możemy prowadzić rozmowę. jeżeli zaczynamy od hasła „Rosjanie są tacy i owacy”, to nie jest dyskusja, tylko propaganda. najważniejszy jest kierunek, od którego się wychodzi.
Rodzi się w Nowosybirsku mały Wołodia. Co go czeka w życiu? Co się musi wydarzyć, żeby uznał, iż Putin jest świetny i iż Ukrainę należało napaść?
Najgorsze, co pojawia się u Rosjan, to brak perspektywy zmiany. Od małego słyszą, iż tak zawsze było i iż nie będzie inaczej. W Polsce mamy bardzo silną, pokoleniową świadomość zmienności epok. Rozmawiasz z rodzicami, dziadkami, pradziadkami i każdy z własnej perspektywy opisze, jak w ramach jednego życia zmieniały się światy. Siedzisz na pl. Trzech Krzyży i gdzieś z tyłu głowy masz, iż za komuny było inaczej, w czasie wojny były tu barykady, przed wojną było jeszcze inaczej itd. Ta świadomość zmiany sprawia, iż można albo płynąć z nurtem przemian, albo próbować nimi sterować. I Polacy w ostatnich 40 latach to drugie robili całkiem skutecznie. W Rosji klasyczna formuła brzmi: tak zawsze było. I nic na to nie poradzisz. Tu zawsze silniejsi gnębili słabszych. Trzeba się poddać hierarchii, bo hierarchia jest naturalnym stanem. jeżeli mały Wołodia spróbuje się wyrwać, trafi do bandyterki, a tam hierarchia pozostało twardsza. jeżeli nie bandyterka, to polityka. Może biznes, ale wtedy i tak funkcjonuje między bandyterką a polityką. W polityce usłyszy dokładnie to samo: hierarchia była od zawsze. Jedynym złudnym sposobem wyrwania się z tej hierarchii jest wdrapanie się na sam szczyt.
Zostanie prezydentem.
Tak. Tylko iż kiedy jest się prezydentem ludzi, którzy przez całe życie wierzyli w hierarchię, jedyne, co realnie można robić, to tę hierarchię podtrzymywać. I powstaje rodzaj perpetuum debile: większość nic nie może, a ci, którzy mogliby, nie chcą, bo tak im się opłaca.
Ktoś może powiedzieć, iż twoja charakterystyka russkiego miru wygląda komiksowo, jest przerysowana. Dlaczego mam uwierzyć, iż jest aż tak źle? Byłeś tam, widziałeś?
Ja Wschód poznałem w wielu rejestrach: byłem gnębiony i bity przez rówieśników na Białorusi, byłem na weselu oligarchy w Moskwie, zdarzało mi się świętować Nowy Rok w Moskwie w hotelu Metropol, w Kaliningradzie i w wielu innych miejscach. Moja rodzina jest ze Wschodem związana od pokoleń. Od zesłania do Władykaukazu po powstaniu styczniowym; od historii mojego dziadka, którego przed bandami UPA uratowali Ukraińcy; od czasu mojego ojca, który w 1990 r. trafił do tworzącego się korpusu dyplomatycznego III RP. Ja na Wschód pojechałem w 1992 r., na Białoruś. Mieszkałem tam trzy lata, jeszcze przed Łukaszenką. Potem był Kaliningrad we wczesnych latach 2000, kiedy to miejsce było „zatopione w formalinie” i opóźnione o dobre kilkanaście lat względem reszty Rosji. Później wielokrotnie bywałem w Moskwie, gdzie ojciec był chargé d’affaires. Nie zliczę, ile razy tam byłem – kilkadziesiąt? Ostatni raz byłem w Rosji w 2021 r. i ledwo wróciłem, bo „prawie znaleźli mi broń” na granicy.
(…)
Cała rozmowa dostępna jest TUTAJ.

10 godzin temu










