Jeszcze rok temu Rumunia była pokazywana jako prymus regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Szybki wzrost gospodarczy, rosnące płace, PKB per capita wyższe niż w Polsce. Symbol doganiania Zachodu i udanej konwergencji do bardziej rozwiniętych gospodarek Unii Europejskiej.
Dziś? Dwucyfrowa inflacja wraca, gospodarka hamuje, budżet się nie spina, a rząd zaczyna zaciskać pasa.
Co się stało? Czy to po prostu pech i globalne zawirowania… czy może model wzrostu gospodarczego, który wyglądał imponująco na papierze, miał wbudowaną wadę konstrukcyjną?
Bo ta historia nie jest tylko o Rumunii. To jest historia o tym, jak działa gospodarka, kiedy przez lata konsumuje więcej niż realnie wytwarza. Dziś rozłożymy to na czynniki pierwsze.
Rumunia wpadła w pułapkę. Szybki wzrost PKB zamienił się w problemy.
Rumunia jako prymus regionu – szybki wzrost i doganianie Zachodu
Jeszcze rok temu Rumunia była stawiana jako przykład udanej transformacji gospodarczej i szybkiego doganiania Zachodu. W statystykach PKB per capita liczonych według parytetu siły nabywczej, czyli w uproszczeniu po uwzględnieniu różnic w cenach między krajami, Rumunia przegoniła Polskę. To był pewien symbol. Pokazywał, iż kraj, który jeszcze niedawno był postrzegany jako peryferyjny, zaczyna realnie doganiać bardziej rozwinięte gospodarki regionu.

Wzrost gospodarczy był solidny, rynek pracy napięty, płace rosły szybko. Z zewnątrz wyglądało to jak historia sukcesu. Teraz zamiast rozmów o dalszym doganianiu Zachodu mamy hasło „wymuszona konsolidacja fiskalna”, czyli mówiąc prościej, rząd musi zaciskać pasa, bo budżet państwa przestaje się spinać, a jakby tego było mało, inflacja wróciła do poziomów w okolicy 10%.
Mówiąc wprost, sprawia to, iż w Rumunii obserwujemy dziś stagflację. Co to znaczy? Połączenie stagnacji gospodarczej i szybkiego wzrostu cen. Jedna z najbardziej problematycznych kombinacji w makroekonomii. Czemu? Bo jeżeli chcemy powstrzymać wzrost cen, to musimy jeszcze bardziej zahamować gospodarkę, a jeżeli chcemy pomóc gospodarce przyspieszyć, to musimy się pogodzić z wysoką inflacją. Rząd i bank centralny są między młotem a kowadłem.

Inflacja, kryzys energetyczny i pierwsze pęknięcia w modelu wzrostu
Zobaczmy, w którym miejscu model wzrostu zaczął się rozjeżdżać. Podobnie jak w większości państw regionu Europy Środkowo-Wschodniej pierwsze problemy przyszły po pandemii. Okres od 2021 do 2023 roku to moment, w którym na rumuńską gospodarkę nałożyło się kilka silnych szoków jednocześnie.
Na początku był efekt odbicia po pandemii COVID-19. Popyt pojawił się szybciej niż podaż. Firmy miały problemy z łańcuchami dostaw, brakowało komponentów, transport był droższy. To już samo w sobie podbijało ceny, jednak podobna sytuacja nie była wyjątkiem dla Rumunii. Prawdziwy problem przyszedł wraz z kryzysem energetycznym w Europie.
Po wybuchu wojny w Ukrainie ceny gazu i energii elektrycznej gwałtownie wzrosły. Energia jest kosztem niemal w każdej branży gospodarki. Gdy drożeje prąd i gaz, rosną koszty produkcji, transportu i ogrzewania. Firmy zaczynają przerzucać te koszty na klientów. No i mamy klops.

W efekcie inflacja w Rumunii zaczęła rosnąć w tempie dwucyfrowym. W szczycie sięgała kilkunastu procent, ale w szczycie była choćby o 2 punkty procentowe niższa niż w Polsce. Mimo to u nas udało się ją opanować o wiele sprawniej.

Wysokie stopy procentowe i presja na gospodarstwa domowe
W takiej sytuacji jednak bank centralny nie miał dużego wyboru. Gdy inflacja wymyka się spod kontroli, narzędziem numer jeden są stopy procentowe.
Rumuński bank centralny podniósł główną stopę procentową w okolice 7%. To wysoki poziom w porównaniu z okresem sprzed kryzysu. Dla wielu gospodarstw domowych w regionie kredyty hipoteczne mają zmienne oprocentowanie. Gdy stopy procentowe rosną, raty kredytów rosną praktycznie z kwartału na kwartał. To bezpośrednio uderza w dochód rozporządzalny rodzin.
Część pieniędzy, która wcześniej szła na konsumpcję, zaczyna iść na obsługę długu. Polska też miała wysokie stopy procentowe, jednak Polska zaczęła je obniżać, a w Rumunii od kilku lat są na praktycznie niezmienionym poziomie i przez cały czas tak samo dociskają gospodarkę, a mimo to inflacja wymyka się spod kontroli.

W tym samym czasie rząd znalazł się pod silną presją społeczną. Dwucyfrowa inflacja to realne podwyżki rachunków i cen w sklepach. Politycznie trudno jest powiedzieć wyborcom, iż muszą po prostu przeczekać. Dlatego pojawiły się programy osłonowe. Obejmowały one między innymi mechanizmy ograniczające wzrost cen energii dla gospodarstw domowych oraz wsparcie dla wybranych grup społecznych. W sektorze publicznym rosły wynagrodzenia, co miało częściowo rekompensować spadek siły nabywczej.
Z perspektywy krótkiego terminu te działania miały sens. Ograniczały napięcia społeczne i podtrzymywały konsumpcję. Gdy państwo dopłaca do rachunków albo podnosi pensje w budżetówce, część pieniędzy wraca do gospodarki w postaci wydatków. Problem polega na tym, iż to nie są działania darmowe, tylko zwiększające wydatki budżetu w momencie, gdy rosną też koszty obsługi długu publicznego, bo stopy procentowe są wyższe.
Inna sprawa jest też taka, iż tego typu programy społeczne w czasach wysokiej inflacji tę inflację podtrzymują, bo rząd pompuje pieniądze do gospodarki, podczas gdy bank centralny stara się te pieniądze „zabierać” przez wysokie stopy procentowe. Ciężko w takim otoczeniu makroekonomicznym znaleźć balans i złoty środek, żeby niczego nie popsuć w gospodarce.
Wysoka inflacja ma jeszcze jeden efekt, który na początku może wyglądać pozytywnie dla finansów publicznych. Nominalne dochody budżetu rosną, bo rosną ceny i płace, a podatki są liczone w wartościach nominalnych. To może chwilowo poprawiać relację dochodów państwa do PKB. Ale jeżeli jednocześnie wydatki rosną szybciej i są trwałe, to po ustąpieniu szoku inflacyjnego strukturalny problem zostaje.
W latach 2021–2023 Rumunia weszła więc w fazę, w której jednocześnie rosły ceny, rosły stopy procentowe i rosły wydatki budżetowe. Wzrost gospodarczy jeszcze się utrzymywał, ale fundamenty zaczęły się zmieniać. Drogi kredyt, wysoka niepewność kosztowa i coraz większe obciążenie budżetu stworzyły środowisko, w którym każdy kolejny wstrząs mógł mieć dużo silniejszy efekt niż wcześniej. To był moment, w którym pierwsze kostki domina zostały przewrócone.
Konsument nie mógł długo wytrzymać z podwyższonymi stopami procentowymi i wciąż wysoką inflacją. Kiedy rośnie jednocześnie rata kredytu i cena w sklepie, to kwestią czasu jest, kiedy portfel odmówi posłuszeństwa. Sprzedaż detaliczna i popyt wewnętrzny w Rumunii zaczęły słabnąć.

Kurs walutowy, lej rumuński i pułapka polityki pieniężnej
Drugi i być może ważniejszy element tej układanki to waluta. Wyższe stopy procentowe przyciągają kapitał zagraniczny, bo inwestorzy szukają wyższego oprocentowania. To wspiera kurs waluty. W przypadku Rumunii mocniejszy lej pomaga ograniczać wzrost cen importowanych towarów, takich jak energia czy komponenty przemysłowe, a skoro duża część inflacji była napędzana kosztami zewnętrznymi, to stabilny kurs walutowy był kluczowy, żeby nie dolewać oliwy do ognia i trzymać inflację w ryzach. To był kolejny powód, dlaczego bank centralny nie obniżał stóp procentowych, tak jak Polska. Niższe stopy osłabiłyby walutę, a towary z zagranicy jeszcze mocniej podbiłyby inflację.
Tylko nie bez przyczyny używam określenia „mocniejszy”, a nie mocny, bo pomimo wysokich stóp procentowych waluta w Rumunii osłabiała się i podbijała inflację.

Rumunia znalazła się więc w sytuacji, w której stabilizacja cen i kursu walutowego wymagała utrzymywania wysokich stóp procentowych przez dłuższy czas. To było konieczne, żeby nie dopuścić do spirali inflacyjnej, ale każdy miesiąc z drogim kredytem i ostrożniejszymi konsumentami oznaczał słabszy wzrost PKB.
Właśnie na tym polega ta pułapka polityki pieniężnej. Żeby zdusić inflację i utrzymać zaufanie do waluty, trzeba prowadzić restrykcyjną politykę pieniężną, a restrykcyjna polityka pieniężna obniża dynamikę gospodarki. Rumunia wybrała stabilność cen i kursu kosztem tempa wzrostu gospodarczego. To był świadomy wybór, ale rachunek za ten wybór zaczął być coraz bardziej widoczny w danych o inwestycjach, konsumpcji i całym PKB.

Spowolnienie gospodarcze i narastający deficyt budżetowy
W 2024 roku sytuacja zaczęła się zmieniać w sposób, który dla rządu był znacznie bardziej niewygodny niż sama wysoka inflacja. Inflacja co prawda zaczęła wtedy stopniowo schodzić z najwyższych poziomów. To z jednej strony dobra wiadomość, bo presja cenowa przestaje tak mocno uderzać w gospodarstwa domowe. Z drugiej strony oznacza to koniec pewnej „iluzji fiskalnej”.
W okresie bardzo wysokiej inflacji dochody budżetu rosną nominalnie szybko. jeżeli ceny i płace rosną o kilkanaście procent, to wpływy z podatków też rosną, choćby jeżeli realna aktywność gospodarcza nie przyspiesza. To może chwilowo poprawiać obraz finansów publicznych. Problem pojawia się wtedy, gdy inflacja spada, a wydatki pozostają na podwyższonym poziomie.
I właśnie to stało się w Rumunii. Wzrost gospodarczy wyraźnie zwolnił, zbliżając się do około 1% r/r. To tempo dalekie od wcześniejszych kilku procent, które pozwalały „rozpuścić” część problemów budżetowych w gwałtownie rosnącym PKB. Przy wolniejszym wzroście PKB baza podatkowa rośnie dużo słabiej. Jednocześnie wydatki socjalne i osłonowe, które zostały uruchomione w czasie kryzysu energetycznego i inflacyjnego, nie znikają z dnia na dzień i trudno wytłumaczyć obywatelom, iż trzeba je zabrać. Programy osłonowe, wyższe płace w sektorze publicznym i inne zobowiązania stają się elementem stałej struktury budżetu państwa.
W efekcie deficyt budżetowy zamiast się kurczyć, zaczął rosnąć do bardzo wysokich poziomów. Dla inwestorów i instytucji międzynarodowych to sygnał ostrzegawczy. Wysoki deficyt oznacza, iż państwo musi coraz więcej pożyczać na rynku długu.
W tym momencie budżet przestaje udawać, iż jakoś to będzie. Rynek zaczyna patrzeć nie tylko na tempo wzrostu PKB, ale na wiarygodność fiskalną państwa. jeżeli inwestorzy uznają, iż ścieżka zadłużenia wymyka się spod kontroli, mogą żądać wyższej premii za ryzyko. To oznacza jeszcze wyższe oprocentowanie obligacji skarbowych i dodatkową presję na finanse publiczne. Taka sytuacja może oznaczać błędne koło i być mordercza dla gospodarki.

Deficyt w bilansie płatniczym – ukryty problem rumuńskiej gospodarki
Rząd zareagował etapem, który można nazwać wstępnym zaciskaniem pasa. Zamiast od razu przeprowadzać głębokie cięcia wydatków, zaczęto wprowadzać rozwiązania punktowe. Pojawiły się nowe podatki lub modyfikacje istniejących, na przykład minimalne podatki od przychodów w wybranych sektorach czy dodatkowe obciążenia dla określonych branż. Celem było szybkie podniesienie dochodów budżetu bez radykalnego ograniczania wydatków społecznych.
Tego typu ruchy mają jednak ograniczoną skuteczność. Po pierwsze, podnoszą koszty działalności firm, co w warunkach słabego wzrostu może dodatkowo ograniczać inwestycje i rozwój gospodarczy. Po drugie, jeżeli są wprowadzane w sposób szybki i punktowy, zwiększają niepewność regulacyjną. Przedsiębiorcy zaczynają uwzględniać w swoich decyzjach ryzyko kolejnych zmian podatkowych.
W 2024 roku Rumunia znalazła się więc w fazie przejściowej. Inflacja była niższa, ale gospodarka była już wyraźnie schłodzona. Deficyt budżetowy stał się centralnym problemem, a pierwsze próby jego ograniczenia pokazały, iż proste rozwiązania się kończą. To był moment, w którym kryzys przestał być tylko historią o wysokich cenach i stał się historią o trwałej nierównowadze finansów publicznych.
No dobrze, tylko w tym miejscu pewnie wielu z Was zapala się czerwona lampka i już piszecie komentarz w stylu: „ALE JAK TO PIOTR, PRZECIEŻ CAŁY CZAS POWTARZASZ, ŻE DŁUG PUBLICZNY MOŻE SE ROSNĄĆ, ŻE JAPONIA MA 200% DŁUGU DO PKB I JEST SUPER, A TERAZ NAGLE W RUMUNII 60% TO PROBLEM?”
No i właśnie tu pojawia się clou tego tematu. To nie wysokość długu publicznego jest problemem samym w sobie, bo diabeł tkwi w szczegółach. Właśnie dlatego arbitralne granice co do zadłużenia typu 60, 90 czy 120% do PKB to bzdura. Problemem nie jest poziom długu, ale struktura gospodarki i sposób jego finansowania.
Żeby w pełni zrozumieć, dlaczego Rumunia znalazła się w tak trudnym położeniu makroekonomicznym, trzeba spojrzeć głębiej niż tylko na inflację i deficyt budżetowy. Pod spodem działał jeszcze jeden mechanizm, mniej widoczny w codziennych nagłówkach, ale najważniejszy dla całej układanki. Chodzi o deficyt w bilansie płatniczym, a dokładniej w rachunku bieżącym.
Bilans płatniczy to w uproszczeniu zestawienie tego, ile pieniędzy wpływa do kraju z zagranicy i ile z niego wypływa. jeżeli kraj więcej eksportuje niż importuje, nadwyżka oznacza, iż do kraju napływa waluta obca. jeżeli natomiast import jest większy niż eksport, pojawia się deficyt w rachunku bieżącym. To oznacza, iż z kraju wypływa więcej euro czy dolarów, niż do niego wpływa.
Rumunia przez dłuższy czas miała wyraźny deficyt w rachunku bieżącym. Oznacza to, iż jako gospodarka konsumowała więcej, niż sama wytwarzała w relacjach z zagranicą. Taki model wzrostu może działać, o ile kraj ma stabilne finansowanie z zewnątrz, na przykład w postaci bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Problem zaczyna się wtedy, gdy to finansowanie staje się droższe albo mniej pewne.

W warunkach rynkowych trwały deficyt w bilansie płatniczym powinien prowadzić do osłabienia waluty. Mechanizm jest prosty. Skoro więcej waluty obcej jest potrzebne na import niż wpływa z eksportu, popyt na walutę obcą rośnie. To wywiera presję na osłabienie krajowej waluty. Słabsza waluta sprawia, iż import staje się droższy, a eksport bardziej konkurencyjny. Teoretycznie system sam się reguluje.
Tyle iż w przypadku Rumunii ten automatyczny mechanizm był bardzo ryzykowny. Gospodarka wciąż zmagała się z podwyższoną inflacją, a duża część koszyka inflacyjnego była powiązana z importem. Więc ten permanentny deficyt płatniczy tylko potęgował inflację, bo wywierał stałą presję na walutę Rumunii.
To główna różnica względem Polski, która też miała inflację, też jest na podobnym etapie rozwoju gospodarczego, też jest w podobnym położeniu geograficznym, ale dzięki temu, iż nie ma tak dużego deficytu na rachunku bieżącym, to nie wpadła w tę samą spiralę problemów.

Znajdziesz tam więcej wartościowych treści o inwestowani, giełdzie i rynkach.
DNA Rynków – merytorycznie o giełdach i gospodarkach
Polska vs Rumunia – różne modele wzrostu gospodarczego
Dzięki lepszej strukturze polskiej gospodarki i brakowi tak głębokiego deficytu na rachunku bieżącym, NBP mógł obniżać stopy procentowe, a mimo to polska waluta jest silniejsza od rumuńskiej. Wynika to z faktu, iż naszą walutę wspiera siła naszej gospodarki i wartość naszego eksportu, a nie tylko poziom stóp procentowych.

No dobrze, ale pytanie brzmi: skąd ten deficyt na rachunku bieżącym Rumunii się wziął?
Główną przyczyną rozbieżności między Polską a Rumunią jest przyjęty model napędzania gospodarki, który w obu krajach zaczął się drastycznie różnić około dekady temu. Rumunia postawiła na model oparty na intensywnym pobudzaniu konsumpcji wewnętrznej, m.in. poprzez bardzo szybki wzrost płac (często niepoparty wzrostem wydajności pracy) oraz wysokie wydatki socjalne. Choć krótkofalowo dało to imponujące tempo wzrostu PKB, doprowadziło jednocześnie do sytuacji, w której lokalna produkcja nie nadążała za rosnącym popytem obywateli. W efekcie Rumuni zaczęli masowo importować towary z zagranicy, co wygenerowało potężną, systematyczną wyrwę w bilansie płatniczym.
Polska w tym samym czasie budowała swoją siłę w oparciu o ekspansję eksportową i głęboką integrację z zachodnimi łańcuchami dostaw. Kluczowym czynnikiem, który chroni nas przed deficytem w bilansie płatniczym, jest niezwykle silny sektor usług, w tym eksport usług B2B (centra operacyjne, IT, nowoczesna księgowość) oraz potęga transportu międzynarodowego. Polska stała się logistycznym i usługowym zapleczem Europy, co oznacza, iż sprzedajemy za granicę pracę i wiedzę naszych specjalistów, nie musząc w zamian importować drogich surowców do ich „wytworzenia”. Generuje to czysty zysk w bilansie płatniczym, który z naddatkiem równoważy nasze wydatki na importowane towary.
Kolejnym filarem polskiej stabilności makroekonomicznej jest tzw. uszlachetnianie towarów oraz rosnąca atrakcyjność turystyczna. Nasza gospodarka wyspecjalizowała się w sprowadzaniu komponentów, które w polskich fabrykach zyskują wysoką wartość dodaną i są reeksportowane jako gotowe, droższe produkty (np. sprzęt AGD czy części samochodowe). Dzięki temu, mimo iż importujemy półprodukty, ostatecznie zarabiamy na nich znacznie więcej, niż wydaliśmy na starcie. Rumunia, posiadając mniej zróżnicowaną bazę eksportową i będąc bardziej uzależnioną od importu gotowych produktów konsumpcyjnych, nie była w stanie utrzymać tej równowagi. W obliczu kryzysu ten brak „poduszki bezpieczeństwa” w handlu zagranicznym stał się dla nich bezpośrednim zapalnikiem problemów fiskalnych i walutowych.
Deficyty bliźniacze, dług zagraniczny i ryzyko kryzysu fiskalnego
Teraz pozostaje jeszcze jedna kwestia, a mianowicie, jak to się wszystko łączy z deficytem budżetowym i długiem publicznym?
Powiązanie deficytu na rachunku bieżącym z kryzysem fiskalnym to klasyczny przykład mechanizmu „deficytów bliźniaczych”, gdzie problemy w handlu zagranicznym bezpośrednio uderzają w budżet państwa.
Pierwszym i najbardziej bezpośrednim łącznikiem jest dług zagraniczny. W Rumunii głęboki deficyt w bilansie płatniczym oznacza, iż kraj jako całość musi pożyczać ogromne sumy z zagranicy, aby sfinansować swoje nadmierne zakupy.
Kluczowe jest tutaj zrozumienie, iż w gospodarce, która więcej konsumuje niż sprzedaje za granicą, dług publiczny częściej trafia w ręce zagranicznych inwestorów. Kiedy gospodarka jako całość wydaje więcej, niż zarabia za granicą, musi skądś pozyskać brakujące środki. Jednym z najprostszych sposobów na przyciągnięcie zagranicznego kapitału jest emisja obligacji skarbowych skierowana do inwestorów międzynarodowych. W krajach z głębokim deficytem płatniczym, takich jak Rumunia, rząd staje się zakładnikiem zagranicznych rynków finansowych – musi sprzedawać dług cudzoziemcom, bo krajowe oszczędności są po prostu niewystarczające, by sfinansować zarówno potrzeby rządu, jak i deficyt handlowy.
Żeby zrozumieć, w jakiej sytuacji jest dziś Rumunia, wystarczy spojrzeć na udział długu w walutach obcych w całkowitym zadłużeniu kraju. W Rumunii niemal połowa długu publicznego to waluty obce, a w Polsce niecałe 20%, co daje nam zdecydowanie większy komfort w polityce fiskalnej mimo rosnącego zadłużenia względem PKB.
To dobitnie pokazuje, iż samo trzymanie się sztywnych zasad, typu „dług nie może osiągnąć 60% PKB”, jest abstrakcją oderwaną od realnych problemów i uwarunkowań strukturalnych.

Wracając jednak do problemu. Duży udział inwestorów zagranicznych w portfelu długu generuje potężne ryzyko tzw. „nagłego zatrzymania” (sudden stop). Inwestorzy zagraniczni są zwykle znacznie bardziej płochliwi niż inwestorzy krajowi. jeżeli tylko na rynku pojawi się cień niepewności, inwestorzy mogą błyskawicznie wyprzedać rumuńskie obligacje i przenieść kapitał w bezpieczniejsze miejsca. Dla rządu oznacza to natychmiastowy skok kosztów pożyczania pieniędzy, a w skrajnych przypadkach – utratę możliwości finansowania państwa, co jest definicją kryzysu fiskalnego.
Taka sytuacja tworzy też niebezpieczne powiązanie między polityką fiskalną a kursem walutowym. Gdy zagraniczni inwestorzy wyprzedają obligacje, masowo wymieniają lokalną walutę na euro lub dolary, co natychmiast uderza w kurs walutowy. Jak już wspomnieliśmy, osłabienie waluty przy jednoczesnej wysokiej inflacji jest katastrofą makroekonomiczną. Rząd wpada w pułapkę: musi jeszcze bardziej podnosić stopy procentowe, by zatrzymać ucieczkę kapitału zagranicznego, co jeszcze mocniej dobija budżet państwa przez rosnące koszty odsetek. W ten sposób deficyt płatniczy zamienia „zwykły” dług publiczny w tykającą bombę zegarową, która może wybuchnąć przy każdej większej niestabilności na globalnych rynkach finansowych.
Efekt? W 2025 roku Rumunia weszła w fazę, w której zaciskanie pasa przestało być wyborem, a stało się koniecznością. Po 2024 roku rynek i instytucje patrzyły już głównie na jedno: czy rząd ma plan, żeby zatrzymać narastanie deficytu i długu publicznego. Przy wolnym wzroście gospodarczym i wciąż podwyższonej inflacji nie było miejsca na miękkie ruchy. Zaczęła się twardsza konsolidacja fiskalna. Rząd zadłużony w walutach obcych musiał udowodnić inwestorom i posiadaczom obligacji, iż ich papiery są bezpieczne.
Najprostsza dźwignia to podatki, bo działają szybko. Podwyżki stawek albo dokładanie nowych obciążeń fiskalnych zwiększa wpływy budżetowe niemal od razu, przynajmniej na papierze. Tyle iż to ma koszt. Wyższe podatki podnoszą ceny części towarów i usług. Dla zwykłego obywatela efekt jest znów negatywny: w sklepie pozostało drożej, przynajmniej jednorazowo.
Gdy same podatki nie wystarczają, wchodzą działania bardziej bolesne politycznie: zamrożenia części wydatków, w tym cięcia płac w sektorze publicznym oraz cięcia albo przesuwanie inwestycji publicznych. To poprawia saldo budżetu, ale uderza we wzrost gospodarczy i PKB, bo inwestycje państwa są jednym z niewielu kanałów, które mogą podtrzymywać aktywność gospodarczą w czasie drogiego kredytu i spowolnienia gospodarczego.
W praktyce powstaje układ stagflacyjny. Wzrost jest słaby, bo zaciskanie pasa i wysokie stopy procentowe chłodzą gospodarkę. Inflacja natomiast nie spada tak szybko, jak powinna, bo część presji cenowej pochodzi z podatków i kosztów, a nie z nadmiernego popytu. W takim środowisku rosną też tarcia polityczne, bo różne grupy społeczne dostają rachunek w różny sposób, a każdy kolejny ruch fiskalny ma natychmiastowy koszt w poparciu politycznym.

Historia Rumunii to nie jest opowieść o tym, iż „60% długu to katastrofa”. To opowieść o tym, iż możesz rosnąć szybko, imponować statystykami PKB i przeganiać sąsiadów… a jednocześnie budować model wzrostu, który przy pierwszym poważniejszym wstrząsie zaczyna się chwiać.
I właśnie dlatego, patrząc na Polskę, warto analizować nie tylko tempo wzrostu gospodarczego czy poziom zadłużenia, ale to, kto finansuje nasz rozwój, w jakiej walucie i jak wygląda struktura naszego eksportu. Na rynkach finansowych działa dokładnie ta sama zasada. Nie wystarczy, iż coś rośnie. Liczy się struktura portfela inwestycyjnego, źródła ryzyka i to, czy jesteś przygotowany na moment, w którym sentyment rynkowy się odwróci.
Do zarobienia,
Piotr Cymcyk

7 godzin temu
Obserwuj 






