Jeszcze pół roku temu uncja złota kosztowała blisko 5600 dolarów, bijąc kolejne rekordy wszech czasów. Dziś za tę samą uncję trzeba zapłacić nieco ponad 4150 dolarów – o jedną czwartą mniej. Piątkowa sesja nie przynosi poprawy. Złoto, srebro, platyna i pallad tracą jednocześnie, a nastroje na rynku metali szlachetnych są najgorsze od wielu miesięcy.
W piątek po południu uncja złota w handlu spot notowana jest w okolicach 4150-4184 dolarów, co oznacza dzienną stratę rzędu 0,6-1,4 proc. i trzeci z rzędu tydzień na minusie. Srebro oddaje 1,5 proc., schodząc do 64,8 dolara za uncję. Platyna traci 1,3 proc. przy cenie 1674 dolarów, a pallad jest słabszy o 0,8 proc. i notowany poniżej 1270 dolarów.
Dolar dyktuje warunki
Za wszystkim stoi przede wszystkim dolar. Amerykańska waluta porusza się w rejonie trzynastomiesięcznych szczytów, a każdy ułamek procenta jej umocnienia działa jak ciężar przywiązany do notowań kruszców. Bezpośrednim impulsem była środowa konferencja prasowa nowego przewodniczącego Rezerwy Federalnej Kevina Warsha – pierwsza w jego karierze na tym stanowisku. Warsh nie tylko utrzymał stopy procentowe w przedziale 3,50-3,75 proc., ale też w sposób bardzo wyraźny dał do zrozumienia, iż cykl podwyżek wcale nie musi być zakończony. Jego komunikat – rekordowo krótki, pozbawiony forward guidance i oderwany od łagodnej retoryki poprzednika Jerome’a Powella – rynki odczytały jako sygnał nowej ery w amerykańskiej polityce monetarnej.
Aż dziewięciu z dziewiętnastu członków FOMC wskazuje w swoich projekcjach na konieczność podwyżki stóp jeszcze w tym roku. Rynek terminowy wycenia prawdopodobieństwo grudniowej podwyżki na 87 proc. – wobec 61 proc. zaledwie tydzień temu. Dla złota, które nie generuje żadnego dochodu odsetkowego, jest to otoczenie wyjątkowo trudne.
Rozejm, który nie przynosi ulgi
Równolegle z rewolucją w komunikacji Fed trwa niepewność wokół Bliskiego Wschodu. W piątek rano Szwajcaria oficjalnie potwierdziła, iż planowane na dziś rozmowy amerykańsko-irańskie w ośrodku Bürgenstock nie dojdą do skutku. Wiceprezydent JD Vance odwołał wyjazd, a Izrael zintensyfikował uderzenia w południowym Libanie. Paradoksalnie jednak te wydarzenia nie wspierają notowań złota – przynajmniej nie w stopniu, jakiego można by oczekiwać.
Dzieje się tak dlatego, iż rynek w dużej mierze zdyskontował już samo otwarcie Cieśniny Ormuz. Tankowce z ropą znów przepływają przez strategiczny szlak, Stany Zjednoczone zniosły blokadę irańskich portów, a ceny ropy Brent spadły w ciągu tygodnia o 9 proc. W oczach inwestorów najczarniejszy scenariusz – pełne odcięcie globalnych dostaw energii – jest już praktycznie nieaktualny. A skoro premię za ryzyko geopolityczne wyceniono na niskim poziomie, złoto traci jeden z głównych argumentów popytowych.
Rekordowe odpływy z funduszy ETF
Obecna korekta ma charakter przede wszystkim płynnościowy. W pierwszym kwartale 2026 roku inwestorzy z Ameryki Północnej wyprowadzili z fizycznie zabezpieczonych funduszy ETF na złoto aż 13 miliardów dolarów – to największy kwartalny odpływ w historii tej klasy instrumentów. W maju globalne fundusze ETF zanotowały dalsze odpływy netto rzędu 2 miliardów dolarów, a łączne aktywa pod zarządzaniem skurczyły się do 604 miliardów dolarów.
Mechanizm jest dobrze znany z poprzednich epizodów rynkowego stresu. Inwestorzy nie sprzedają złota dlatego, iż przestali wierzyć w kruszec. Sprzedają je dlatego, iż potrzebują gotówki – na pokrycie strat w innych segmentach portfela, na uzupełnienie depozytów zabezpieczających albo po prostu na realizację zysków, których od stycznia narosło w złocie naprawdę sporo. To zjawisko tymczasowe, ale dopóki trwa, tworzy realną presję podażową.
Banki centralne nie rezygnują
Perspektywa wygląda jednak zupełnie inaczej, gdy spojrzeć na działania instytucjonalne. Opublikowana trzy dni temu ankieta World Gold Council – przeprowadzona wśród rekordowych 76 banków centralnych – pokazuje, iż 45 proc. z nich planuje zwiększyć rezerwy złota w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy. To najwyższy odsetek w dziewięcioletniej historii badania. Jednocześnie 89 proc. zarządzających rezerwami oczekuje, iż globalne zasoby złota w bankach centralnych będą dalej rosły. Zaledwie 1 proc. spodziewa się jakiegokolwiek spadku.
Co istotne, w kwietniu banki centralne powróciły do zakupów netto na poziomie 17 ton, po epizodzie marcowych wyprzedaży. Strukturalny trend dedolaryzacji rezerw – 74 proc. ankietowanych oczekuje spadku udziału dolara w globalnych rezerwach w perspektywie pięciu lat – wciąż pozostaje jednym z najsilniejszych długoterminowych argumentów za złotem.
Co mówią prognozy instytucji?
Barclays podtrzymuje swoją prognozę na koniec 2026 roku na poziomie 4791 dolarów za uncję, a cel na 2027 rok widzi w okolicach 4900 dolarów. Bank szacuje wartość fundamentalną złota na około 4150 dolarów – czyli mniej więcej tam, gdzie rynek handluje dzisiaj. Goldman Sachs obniżył swój grudniowy cel z wcześniejszych 5400 do 4900 dolarów za uncję, uwzględniając fakt, iż obniżki stóp procentowych w USA w tym roku nie nastąpią. Obie prognozy wskazują jednak na potencjał wzrostowy rzędu kilkunastu procent od obecnych poziomów – pod warunkiem, iż nie zmaterializuje się scenariusz agresywnego zacieśniania polityki pieniężnej.
Srebro: przemysł trzyma, rynek nie
Sytuacja srebra jest pod wieloma względami jeszcze bardziej skomplikowana. Biały metal cofnął się z okolic 82 dolarów za uncję do obecnych 64-65 dolarów, tracąc ponad 20 proc. w niespełna trzy miesiące. Jednocześnie popyt przemysłowy pozostaje rekordowo wysoki – fotowoltaika odpowiada już za blisko 30 proc. całkowitego zapotrzebowania na srebro w sektorze przemysłowym, a globalne instalacje paneli słonecznych wciąż rosną w tempie dwucyfrowym.
Problem w tym, iż w krótkim terminie srebro jest bardziej wrażliwe na sygnały spowolnienia gospodarczego niż złoto. Chińska sprzedaż detaliczna spadła w maju o 0,6 proc. rok do roku – pierwszy spadek od ponad trzech lat. Europejski przemysł ledwo zipie, a niemiecki PPI za maj wypadł poniżej prognoz. W takim otoczeniu przemysłowy popyt na srebro – choć strukturalnie rosnący – nie wystarcza, by skompensować odpływ kapitału spekulacyjnego.
Co dalej z metalami szlachetnymi?
Kluczowe pytanie dla inwestorów na najbliższe tygodnie brzmi: czy złoto w okolicach 4150 dolarów za uncję – czyli na poziomie szacowanej wartości fundamentalnej według Barclays – stanowi punkt równowagi, od którego rynek zacznie się odbudowywać, czy też jastrzębi Fed i mocny dolar zepchnęłyby notowania jeszcze niżej, w rejon 3800-4000 dolarów.
Odpowiedź zależy od trzech czynników. Po pierwsze, od tego, czy grudniowa podwyżka stóp w USA rzeczywiście się zmaterializuje – bo jeżeli dane makroekonomiczne w kolejnych miesiącach zaczną rozczarowywać, rynek gwałtownie wyceni ten scenariusz na powrót. Po drugie, od przebiegu negocjacji USA-Iran w ramach 60-dniowego okna – bo eskalacja oznaczałaby powrót premii geopolitycznej. I po trzecie, od tego, czy banki centralne przełożą deklaracje z ankiety WGC na realne, duże zakupy w drugiej połowie roku.
Jedno trzeba oddać temu rynkowi – w 2026 roku nie jest nudno. Od euforii rekordów, przez wojenny szok naftowy, aż po obecne bolesne trzeźwienie w cieniu nowego szefa Fed. Dla cierpliwych inwestorów taka zmienność historycznie oznaczała okazje. Pytanie tylko, czy dno jest już blisko, czy jeszcze nie.

3 godzin temu







