Nie da się pominąć ryzyk. Każda technologia niesie ze sobą cienie, a w przypadku dronów nad torowiskiem trzeba rozważyć szereg czynników.
Po pierwsze – ramy prawne i regulacyjne: obecne prawo lotnicze w Polsce i UE ogranicza loty autonomiczne i BVLOS (ang. Beyond Visual Line of Sight), co zmniejsza skalę automatyzacji.
Po drugie – ryzyko kolizji i awarii. Dron lecący nad torami może w razie usterki spaść na tory lub urządzenia sterowania, powodując zakłócenia ruchu. Stąd konieczne są systemy awaryjnego lądowania, czujniki unikania przeszkód i geofencing tzw. geofencing (w dosł. tłum. „geo-odgradzanie”, czyli technologia kontrolowania obiektów w wirtualnych granicach).
Trzeci problem – zakłócenia elektromagnetyczne od trakcji i urządzeń sterowania.
Czwarty – ograniczenia techniczne (energia, pogoda, zasięg). Na długich trasach konieczne będą stacje dokujące lub systemy wymiany baterii, co zwiększa koszty.
Wreszcie – dokładność i jakość danych. Bez precyzyjnej georeferencji i korekcji obrazu pojawiają się fałszywe alarmy.
Do tego dochodzą bezpieczeństwo cybernetyczne, a także organizacja i akceptacja społeczna. Każdy system musi mieć zabezpieczenia przed atakami i zagwarantowaną transparentność operacji.
