Śląskie górnictwo: Zarobki z IT, wydajność biedaszybów

1 tydzień temu
Zdjęcie: górnictwo


Narrabri to australijska podziemna kopalnia węgla kamiennego, otwarta w 2012 roku i operująca na 200 m głębokości. Na każdy 1 mln ton wydobycia zatrudnia 150 pracowników. Polska Grupa Górnicza ma kopalnie eksploatowane od 100-200 lat i zeszła już średnio na 800 metrów głębokości. Na każdy 1 mln ton wydobytego węgla zatrudnia ponad 2 tysiące osób. Dzisiejsza wydajność PGG jest porównywalna z tą, jaką osiągano w niektórych polskich kopalniach jeszcze pod zaborami i mniejsza niż w dolnośląskich biedaszybach.

Przerażający brak efektywności polskiego górnictwa nie były problemem, gdyby nie fakt, iż średnia pensja polskiego górnika (przeciętnie 10 tys. zł na rękę) lokuje go wśród 2-3% najlepiej zarabiających ludzi na świecie.

Wydajność i pensje dają nam odpowiedź na pytanie dlaczego strata polskiego górnictwa węgla kamiennego w 2024 roku przekroczyła 11 mld zł, a w tym roku będzie znacznie większa.

Górnicze związki zawodowe wiedzą już, iż branży nie da się uratować, więc nie walczą już o przetrwanie miejsc pracy, a wyciągnięcie jak najwięcej z kieszeni podatników. 20 marca odbyły się kolejne rozmowy nt. premii i podwyżek w PGG. Zarząd spółki, świadom bardzo trudnej sytuacji ekonomicznej (połowa budżetu PGG pochodzi już z dotacji) zaproponował "jedynie" 2200 zł jednorazowej premii dla pracowników biurowych i 3000 zł brutto pracownikom dołowym. Związkowcy w większości się zgodzili, pod warunkiem, iż rozmowy o dalszych podwyżkach będą kontynuowane.

Płace lepsze niż w IT

Średnia pensja w całym polskim przemyśle wyniosła w 2024 roku 8 tys. zł (to 6 tys. zł na rękę). Dużo lepiej zarabia się w sektorze informatycznym i telekomunikacyjnym, bo 13 tys. zł brutto. Jednak liderem wynagrodzeń jest dziś inny sektor – średnia pensja w polskim górnictwie wynosi 14 tys. zł brutto.

W wysokich pensjach nie ma absolutnie nic złego. Co prawda nie znajdziemy sektora z wyższymi wynagrodzeniami w Polsce, ale znajdziemy wiele stanowisk pracy, gdzie zarabia się kilka mniej niż w górnictwie węglowym. Według Wynagrodzenia.pl mediana pensji dyrektorów oddziałów banków sięga 13 tys. zł, a profesorów uczelni wyższych dochodzi do 11 tys. zł.

Problematyczne okazuje się jedynie to, iż pomimo wysokich i gwałtownie rosnących wynagrodzeń, wydajność pracy w górnictwie węgla kamiennego jest dramatycznie niska i spada. Trudno znaleźć sektor przemysłu (czy w ogóle gospodarki), gdzie wydajność produkcji na zatrudnionego jest porównywalna do poziomu sprzed niemal 100 lat.

Wydajność rodem z XIX wieku

W 2024 roku wydobycie węgla kamiennego na zatrudnionego wyniosło w Polsce 585 ton. Dla porównania w 1979 roku wynosiło 547 ton, a przed II wojną światową osiągało 500 ton. Wyjątkiem jest tu tylko LW Bogdanka, dużo młodsza, eksploatująca płytsze złoża i przez wiele lat prywatna kopalnia. Tam wydajność jest dwukrotnie wyższa niż na Śląsku, a spółka przynosi zyski.

Dla porównania kopacze w wałbrzyskich biedaszybach, posługując się jedynie kilofem i szuflą, wydobywali dwadzieścia lat temu po 2,5 tony na osobę dziennie. Ich wydajność w przeliczeniu na dni robocze przekraczała zatem 600 ton rocznie. Cofnijmy się jednak jeszcze dalej. Część kopalń Królestwa Polskiego w XIX wieku osiągała 786 ton rocznie na pracownika. Nie wiadomo jedynie czy dzieci kopaczy poniżej 7 roku życia zostały ujęte w tej statystyce. Gdyby tak było, mogłoby to nieco bronić honoru współczesnego polskiego górnictwa, bo dysproporcje po 150 latach nie byłyby aż tak wielkie na niekorzyść współczesnych przemysłowych kopalń.

https://www.youtube.com/embed/Y6Jongm8r94&t

Oczywiście, ten dramatyczny brak postępu w obszarze wydajności przemysłu górniczego na Śląsku i Małopolsce nie byłby problemem, gdyby dotyczył całej branży na całym świecie. Jednak nie dotyczy. Górnictwo na świecie rozwija się, automatyzuje, informatyzuje i korzysta z dużo lepszych zasobów. W krajach o wysokich dochodach, a do takich gospodarek od 16 lat zalicza się Polska, byłoby w stanie rozwijać się jedynie przy skrajnie wysokiej wydajności, jak w Australii i USA.

W Australii do wydobycia 10 tysięcy ton węgla rocznie potrzeba jednego pracownika. W USA dwóch, a w Polsce… siedemnastu.

Konkurowaliśmy z USA, gdy Polacy zarabiali o 97% mniej od Amerykanów

Pomimo ogromnych dysproporcji w wydajności polski węgiel i tak konkurował kiedyś na światowych rynkach z amerykańskim, a Polska była węglową potęgą. Rzecz działa się jednak 50 lat temu, gdy polski górnik zarabiał 3% pensji amerykańskiego górnika. Dziś zarabia 50% jego pensji i przy takiej dysproporcji w efektywności, polski węgiel przegrywa z kretesem już choćby na rodzimym rynku. Podobnie przegrał przemysł odzieżowy.

Wpływ wydajności i pensji na koszt wydobycia węgla kamiennego

Polski górnik ze średnią branżową pensją należy do 2-3% najlepiej zarabiających ludzi na świecie. Przy tak wysokich pensjach da się prowadzić rentownie jedynie wysokowydajne i wysokomarżowe biznesy – produkować zaawansowane maszyny, programować, czy wydobywać kosztowne metale, jak w KGHM. Nie da się jednak rentownie wydobywać jednego z najpowszechniej występujących paliw na świecie, mając do dyspozycji już tylko trudne w eksploatacji złoża.

https://www.youtube.com/embed/3ETy2OuUIIs

Wydajność, jaką osiągają choćby australijskie kopalnie, można osiągnąć tylko dzięki posiadaniu bardzo płytkich pokładów węgla (najlepiej odkrywkowych), a te Polska miała, ale 200 lat temu.

Umowa rządu ze związkowcami: czy się stoi czy się leży, dotacja się należy

Odpowiedzią rządu na problemy górnictwa (wydobycie węgla w naszym kraju spada od 1979 roku) było podpisanie z górniczymi związkowcami umowy „społecznej”, gwarantującej, iż bez względu na poziom strat, kopalnie będą pracować aż do wyczerpania złóż. Dla niepoznaki dotacje do przedłużenia funkcjonowania deficytowych kopalń rząd i związkowcy nazwali „dopłatami do redukcji zdolności wydobywczych”. Nazwa nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, ale dobrze się sprzedała wśród wyborców. Tymczasem to bez tych dopłat redukcja zdolności wydobycia nastąpiłaby sama w ciągu kilku miesięcy.

Według prognoz WysokieNapiecie.pl w 2025 roku połowę przychodów Polskiej Grupy Górniczej stanowić będą już dotacje z budżetu państwa. Sprzedaż węgla nie pokryje już choćby kosztów zatrudnienia pracowników. Pod kreską będą wszystkie kopalnie grupy.

Bez szybszej restrukturyzacji, niż zapisano to w umowie „społecznej”, Polacy dopłacą do górnictwa do 2049 roku blisko 100 mld zł. Tylko w tym roku każda polska rodzina wyda na dotacje do tej branży ponad 600 zł z własnych podatków.

Kilka kopalń może być dochodowych

Po głębokiej restrukturyzacji, poprawie efektywności i wyhamowaniu wzrostu wynagrodzeń, czy ograniczeniu nagród dla pracowników, jest szansa, iż poza dochodową Bogdanką, rentowność mogłyby odzyskać także prywatna PG Silesia, kilka kopalń PGG (ROW, Piast-Ziemowit), czy JSW.

Co więcej, gdyby rząd nie blokował inwestycji, to być może w Polsce powstałaby jeszcze jedna kopalnia węgla koksowego, bo całkowicie nowych zakład, dużo bardziej wydajny i zatrudniający znacznie mniej pracowników, niż stare śląskie kopalnie, byłby w stanie prowadzić rentowne wydobycie z wydajnością kilkukrotnie wyższą niż np. w PGG. Na budowę rentownej kopalni węgla energetycznego nie ma w Polsce już szans. Nasza gospodarka musi inwestować w fabryki o znacznie większej rentowności niż przynosi produkcja miałów węglowych. Inaczej nie pokryjemy wysokich zarobków pracowników.

Wysokie zarobki w górnictwie, o blisko 80% odstające od pensji w innych zakładach przemysłowych, bo w całości pokrywane już z pieniędzy podatników, mają jednak jeszcze jeden efekt, o jakim się zwykle nie mówi. Podczas gdy zakłady przemysłowe w całej Polsce szukają rąk do pracy, górnicy śmieją się z większości ofert przejścia do nowoczesnych fabryk, bo zarobiliby tam o 40% mniej i nie mogliby przejść na emeryturę w wieku 50 lat.

Idź do oryginalnego materiału