Polska właśnie bierze najtańszy kredyt w historii swojej armii z okresem spłaty do… 2070 roku.
Do tego ceny mieszkań w kraju po raz pierwszy od ponad dekady… spadły. Tak, dobrze przeczytałeś – SPADŁY, a na giełdzie z kolei zaczyna się coś, czego nie widzieliśmy od lat – wracają pomysły na duże debiuty i realna szansa na trwały re-rating całego rynku akcji.
Brzmi jak zbieg przypadków? Niekoniecznie.
Bo kiedy państwo zadłuża się taniej niż kiedykolwiek, nieruchomości w Polsce łapią zadyszkę, a indeks WIG bije historyczne rekordy, to może oznaczać początek zupełnie nowej fazy dla polskiego kapitału.
Dziś dotkniemy programu SAFE, wspomnimy o potencjalnym IPO Blika i spin-offie Creotech Quantum oraz zastanowimy się, czy GPW naprawdę budzi się z wieloletniego letargu. Bez hurraoptymizmu. Bez straszenia. Tylko liczby i to, co realnie może wpłynąć na Twoje pieniądze i decyzje inwestycyjne.
Spadek cen mieszkań w Polsce i rekordowy WIG. Polska wchodzi w nową fazę?
Program SAFE – najtańsze finansowanie dla polskiej armii?
Polska właśnie stanęła przed szansą na najtańszy kredyt w historii swojej armii, którego spłata zakończy się dopiero w 2070 roku.
Brzmi to jak finansowa abstrakcja, ale to rzeczywistość nowego unijnego programu SAFE. Unia Europejska właśnie dała nam zielone światło, co oznacza, iż już w połowie marca na nasze konto może wpłynąć pierwsza zaliczka w wysokości 6,6 mld euro. Cała pula, o którą walczy Polska w ramach programu SAFE, to niemal 44 mld euro. O co w tym wszystkim adekwatnie chodzi i dlaczego politycy tak bardzo się o to spierają?
SAFE to ogromny program pożyczkowy o łącznej wartości 150 mld euro, w którym bierze udział 19 państw. Jego cel jest prosty: wzmocnić europejską obronność i uniezależnić kraje UE od dostaw uzbrojenia z USA.
Tutaj pojawia się jednak pierwszy istotny warunek: to nie są pieniądze na dowolne zakupy. Co najmniej 65% części i komponentów kupowanego sprzętu wojskowego musi zostać wyprodukowane w krajach Unii Europejskiej. jeżeli będziemy chcieli kupić coś bardziej zaawansowanego poza Europą (np. systemy przeciwrakietowe), musimy spełnić surowe warunki, takie jak możliwość samodzielnego modyfikowania tego sprzętu w przyszłości.
Trzeba tu jednak podkreślić jedno: to pożyczka, która opłaca się nam znacznie bardziej niż wypuszczanie własnych obligacji skarbowych w euro.
Dlaczego? Ponieważ Komisja Europejska pożycza te pieniądze na rynku finansowym, korzystając ze swojego wysokiego ratingu kredytowego. Dzięki temu dostaje lepsze warunki finansowania, które potem „przerzuca” na nas. w tej chwili oprocentowanie wynosi 3,17%. To wyraźnie mniej, niż gdyby polski rząd sam szukał pieniędzy na rynku w euro (różnica to około 0,7 pkt proc.).
Mówiąc prościej: dzięki programowi SAFE Polska może zaoszczędzić od 36 do choćby 60 mld złotych na samych odsetkach w porównaniu do innych sposobów finansowania modernizacji armii.
Jest tutaj jeszcze jedna kwestia. Oprocentowanie może i jest bardziej atrakcyjne, ale jednocześnie w ten sposób ładujemy się w długi w walucie, której nie kontrolujemy.
Spłata tej pożyczki to projekt na pokolenia – mamy na to aż 45 lat. W Polsce trwa w tej chwili ostra dyskusja nad tym, z czyjej kieszeni wyjdą te pieniądze. Rząd chce, aby spłaty nie obciążały bezpośredniego budżetu Ministerstwa Obrony Narodowej (MON).
Obecnie na armię wydajemy gwarantowane 3% PKB. Gdybyśmy musieli spłacać kredyt z tej puli, zostałoby nam mniej pieniędzy na bieżące utrzymanie wojska czy paliwo. Dlatego Senat pracuje nad poprawką, aby raty były płacone „ekstra”, poza wspomnianym limitem 3% PKB na obronność.
Program SAFE wzbudza też emocje polityczne. Opozycja obawia się braku przejrzystości i tego, iż Bruksela może wykorzystać ten kredyt jako narzędzie nacisku na Polskę w przyszłości. Z drugiej strony Ministerstwo Finansów ucina te dyskusje krótko: nie ma w tej chwili tańszego źródła pieniędzy na modernizację naszej armii. Obie strony mają przy tym rację, ale o ile chcemy być w UE, to zakładanie, iż wszyscy tylko spiskują za naszymi plecami, na pewno nie jest zbytnio pomocne, a to faktycznie najtańsza pożyczka, jaką kiedykolwiek moglibyśmy dostać.
Ceny mieszkań w 2025 roku spadają – co to oznacza?
Ale ale, pożyczki pożyczkami. Dostaliśmy o wiele ciekawsze dane w ostatnim tygodniu. Otóż moi kochani – ceny mieszkań w 2025 roku… spadły! Dobrze słyszycie!
Po ponad dekadzie nieustannych wzrostów cen nieruchomości w Polsce stało się coś, co wielu uważało za niemożliwe: ceny mieszkań drgnęły w dół.
Na rynku pierwotnym ceny transakcyjne spadły o 0,8% rok do roku, a na rynku wtórnym o 0,4%. Choć te liczby mogą wydawać się niewielkie, ich znaczenie psychologiczne dla rynku nieruchomości jest ogromne. Ostatni raz nominalne spadki cen mieszkań widzieliśmy w 2013 roku, czyli przeszło dekadę temu.

Warto pamiętać, iż podczas gdy ceny nieruchomości lekko hamowały, nasze wynagrodzenia wciąż solidnie rosły. Dzięki temu mamy do czynienia z zjawiskiem, które nazywamy wzrostem dostępności mieszkań. w tej chwili za jedną średnią miesięczną pensję można kupić najwięcej metrów kwadratowych od 2018 roku. Na rynku wtórnym zbliżamy się do poziomu 0,7 m kw. za wypłatę, co jeszcze dwa lata temu wydawało się nieosiągalne.

Co nas czeka w najbliższych miesiącach? Prognozy są optymistyczne dla kupujących mieszkania. Stopy procentowe mają dalej spadać, co sprawi, iż kredyty hipoteczne będą tańsze, a banki już teraz rozluźniają warunki ich udzielania.
Nie bez znaczenia jest też szerszy kontekst rynkowy.
Hossa na WIG i możliwy re-rating GPW
Taniejące mieszkania zbiegają się w czasie z potężną hossą na indeksie WIG. Dla wielu Polaków, którzy dotąd widzieli w nieruchomościach jedyną bezpieczną formę lokowania kapitału, może to być moment kulminacyjny. Widząc, iż rynek mieszkaniowy „złapał zadyszkę”, a giełda papierów wartościowych bije rekordy, wielu inwestorów może na stałe zaprzyjaźnić się z rynkiem akcji, szukając tam wyższych stóp zwrotu. Aż mi się łezka kręci w oku na myśl o tym, iż zakończyliśmy dekady kamieniczników, a zaczynamy dekady Wigowiczów!

Może czeka nas los podobny do giełdy izraelskiej? Izrael został jakiś czas temu klasyfikowany przez MSCI w koszyku rynków rozwiniętych, co daje mu trwały napływ kapitału zagranicznego. W efekcie w 2025 roku średnie dzienne obroty wzrosły o ponad 50% w stosunku do poprzednich lat. Na GPW od kilku lat istotnie rosną obroty. jeżeli czekałby nas awans do koszyka rynków rozwiniętych w MSCI, to re-rating naszego rynku byłby bardziej trwały. Bez tego nie da się przyciągnąć funduszy emerytalnych z USA, które nie mogą inwestować w rynki wschodzące.
IPO Blika – czy największy fintech w Polsce trafi na GPW?
Czy Twój ulubiony sześciocyfrowy kod trafi niedługo na giełdowy parkiet?
Sporo wskazuje na to, iż Polski Standard Płatności, czyli operator systemu płatności Blik, przygotowuje się do jednego z najbardziej wyczekiwanych debiutów ostatnich lat. Choć końcowe decyzje jeszcze nie zapadły, na rynku huczy od plotek o wejściu na Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie.
Zanim przejdziemy do konkretów, wyjaśnijmy sobie jedno ważne pojęcie: jednorożec. W świecie finansów tak nazywa się prywatną firmę technologiczną, której wartość przekracza miliard dolarów. Zarząd Blika celuje jednak wyżej – widzą oni swoją firmę jako „podwójnego jednorożca”, co oznaczałoby wycenę na poziomie około 2 mld USD (czyli ponad 7 mld zł).
Skąd tak optymistyczne szacunki? Blik ma już około 20 mln użytkowników.
W 2024 roku firma wypracowała 195 mln zł zysku netto, a w samym 2025 roku system przeprocesował 2,9 mld transakcji o łącznej wartości 441 mld zł.

W polskim e-commerce Blik bije karty płatnicze na głowę. Jego wartość transakcji w internecie wyniosła 219 mld zł, podczas gdy kartami zapłaciliśmy tylko za ok. 65 mld zł.
Blik stał się w Polsce standardem płatności bezgotówkowych, ale jego fenomen kończy się na naszych granicach. Zagraniczna ekspansja idzie oporniej niż zakładano, ze względu na bariery regulacyjne i ostrożność tamtejszych banków. Firma działa już na Słowacji, uzyskała zgody w Rumunii i planuje stworzenie hubu rozwojowego na całą Europę Środkowo-Wschodnią. Pytanie brzmi: czy ewentualne giełdowe pieniądze z IPO pójdą na sfinansowanie tego podboju, czy może obecni właściciele chcą po prostu spieniężyć swój sukces i wyjść z inwestycji?
Nie, to nie ten drugi powód. Właścicielem Blika są polskie banki na spółkę z Mastercard. Nikt tutaj nie potrzebuje spieniężania. Zaletą IPO będzie jednak możliwość bezgotówkowej ekspansji, bo za przejęcia zagraniczne będzie można płacić akcjami. To daje o wiele większą elastyczność do działania i budowania międzynarodowej pozycji fintechu.
Debiut Blika byłby ogromnym wydarzeniem również dlatego, iż ostatnio na GPW wieje nudą. Rok 2025 miał być przełomowy po wejściu Żabki, ale okazał się sporym rozczarowaniem.
Na głównym rynku pojawiły się jedynie 2 nowe spółki (Diagnostyka i Arlen).

Liczba notowanych firm spadła poniżej 400 z powodu licznych delistingów.

NewConnect, czyli „mały rynek” dla młodszych firm, zanotował najgorszy wynik w historii – tylko 8 debiutów.
Wielu kandydatów, jak Smyk, Dr Irena Eris czy Canal+, zrezygnowało z planów wejścia na giełdę w ostatniej chwili. Dlatego być może w końcu 2026 rok coś zmieni.
Lista kandydatów na najbliższe miesiące do debiutu się powiększa. O możliwościach poza Blikiem wspominały takie firmy jak: WB Electronics (perłka zbrojeniowa, znana z produkcji dronów), Empik czy Nasz Prąd.
Znajdziesz tam więcej wartościowych treści o inwestowani, giełdzie i rynkach.
DNA Rynków – merytorycznie o giełdach i gospodarkach
Creotech Quantum – spin-off z sektora technologii kwantowych
Na rynku niedługo pojawi się też Creotech Quantum. Pierwsza spółka z sektora komputerów kwantowych na GPW. Największy polski producent satelitów, Creotech Instruments, zbliża się do finalizacji procesu wydzielenia swojej odnogi zajmującej się technologiami kwantowymi do nowej, samodzielnej spółki o nazwie Creotech Quantum.
Komisja Nadzoru Finansowego zatwierdziła już dokumenty potrzebne do wejścia na giełdę, co otwiera drogę do oficjalnego debiutu na głównym parkiecie GPW zaplanowanego na 17 kwietnia 2026 roku. Dla dotychczasowych akcjonariuszy spółki-matki zasada przydziału nowych walorów jest bardzo prosta: za każdą jedną akcję Creotech Instruments, którą mają w portfelu, otrzymają oni jeden papier nowej spółki kwantowej. Cały ten proces nie wymaga od inwestorów składania dodatkowych zapisów ani wpłacania nowych środków, ponieważ akcje zostaną przyznane automatycznie przez biura maklerskie.
Ta operacja to nie tylko formalna zmiana w strukturze grupy, ale przede wszystkim sposób na przyspieszenie wprowadzenia na rynek technologii, nad którymi zespół specjalistów pracował ponad dekadę. Creotech Quantum skupi swoją działalność na czterech kluczowych obszarach: bezpieczeństwie łączności, sterowaniu procesorami kwantowymi, precyzyjnej synchronizacji czasu oraz zaawansowanych kamerach astronomicznych.
Szczególnie istotna jest tak zwana kryptografia kwantowa, czyli metoda QKD. Pozwala ona przesyłać informacje w taki sposób, iż każda próba podsłuchu fizycznie zmienia stan danych, co jest natychmiast wykrywane przez odbiorcę. To rozwiązanie ma w przyszłości chronić naszą najważniejszą infrastrukturę, systemy bankowe i komunikację państwową przed coraz sprawniejszymi hakerami.
Spółka realizuje już konkretne projekty, które mają udowodnić wartość tych rozwiązań w praktyce. Jednym z nich jest budowa polskiej stacji naziemnej do łączności z europejskim satelitą kwantowym Eagle-1. Całe przedsięwzięcie jest warte blisko 10 milionów euro, a jego zakończenie planuje się na 2029 rok. Creotech Quantum dostarczy do tej stacji detektor pojedynczych fotonów, który można uznać za serce całego systemu odbierającego dane z kosmosu.
Firma rozwija też projekt o nazwie eCAUSIS, mający być jednym z pierwszych w Europie gotowych do sprzedaży systemów dystrybucji kluczy kwantowych, do którego Polacy zachowają pełne prawa własności intelektualnej.
Od 2026 roku zarząd spółki planuje wyraźne przesunięcie w modelu biznesowym: zamiast polegać głównie na dotacjach i grantach naukowych, firma chce zacząć zarabiać na sprzedaży gotowych produktów. Oprócz systemów bezpieczeństwa mowa tu także o komercjalizacji zaawansowanych kamer astronomicznych oraz systemach synchronizacji czasu typu White Rabbit, które są niezbędne w ośrodkach badawczych takich jak CERN.
To ambitne podejście ma odpowiedzieć na rosnący na świecie popyt na monitoring przestrzeni kosmicznej i ochronę danych. Choć technologia jest unikalna, inwestorzy muszą brać pod uwagę, iż firma w ostatnich latach i w pierwszej połowie 2025 roku notowała straty finansowe, a jej przychody bywały bardzo zmienne.
Sam debiut giełdowy, polegający na emisji 2,8 miliona akcji serii B, nie wiąże się na tym etapie z wyciąganiem nowych pieniędzy z kieszeni inwestorów. Ma on jednak ułatwić spółce zdobywanie kapitału w przyszłości, co będzie niezbędne do dalszego wzrostu.
Istnieje ryzyko, iż jako samodzielny podmiot firma będzie musiała od zera zbudować własne struktury i procesy, co zawsze wiąże się z pewną niepewnością organizacyjną. Zarząd przygotował jednak plan awaryjny: jeżeli w przyszłości zabraknie finansowania z grantów, firma zamierza ograniczyć wydatki na badania i nowe inwestycje, by jak najdłużej utrzymać zapas gotówki potrzebny na bieżące działanie. Wszystko po to, by wykorzystać moment, w którym światowa gospodarka zaczyna coraz mocniej potrzebować technologii kwantowych.
Warto też pomyśleć o kwestiach technicznych. W długim terminie takie spin-offy, czyli wydzielanie spółek do osobnych podmiotów, często „odblokowują wartość”, bo przyciągają więcej inwestorów zainteresowanych „czystą” ekspozycją na dany sektor i branżę. No bo dziś mało który inwestor inwestuje w Creotech ze względu na segment kwantowy. Jest on raczej dodatkiem, przyćmionym przez segment kosmiczny.
No właśnie, tylko powiedziałem w długim terminie, bo w krótkim terminie przez mechanizm podziału akcji może dojść do spadków na giełdzie. Czemu? Wyobraź sobie, iż masz akcje Creotech, ale kompletnie nie interesuje Cię segment kwantowy. Inwestujesz w tę spółkę ze względu na segment kosmiczny. Co więc zrobisz z otrzymaną po podziale akcją Creotech Quantum? No właśnie – sprzedasz. I tak też zrobi cała masa inwestorów, którzy dostaną te akcje „gratis”, bez własnej inicjatywy.
Widać to doskonale na tym uśrednionym wykresie spółek, które są wydzielane z firmy-matki. Najczęściej po wydzieleniu spadają, a potem osiągają lepsze wyniki w długim terminie.

Kruk – dlaczego akcje spadły mimo rekordowego roku?
Na sam koniec jeszcze mniej przyjemna informacja, tym razem dla inwestorów Kruka. W ostatni piątek na giełdzie akcje spółki Kruk, lidera rynku wierzytelności w Polsce, zanurkowały o niemal 10%. Bezpośrednim powodem tak gwałtownej reakcji inwestorów była publikacja szacunkowych wyników finansowych za czwarty kwartał 2025 roku. Choć na pierwszy rzut oka liczby wyglądają solidnie, diabeł tkwi w oczekiwaniach, których spółce nie udało się przeskoczyć.
Kruk oszacował swój zysk netto za ostatnie trzy miesiące roku na 208 mln zł. Problem polega na tym, iż konsensus rynkowy (czyli średnia przewidywań analityków giełdowych) zakładał wynik na poziomie 232 mln zł. Mamy więc do czynienia z sytuacją, w której firma zarobiła mniej, niż liczył rynek, co dla inwestorów jest sygnałem do wyprzedaży akcji. Rozbieżność sięgnęła 10%.

Warto jednak spojrzeć na szerszy obraz. Cały 2025 rok zamknął się dla Kruka rekordowym zyskiem w wysokości 1,086 mld zł. Również EBITDA gotówkowa – czyli wskaźnik pokazujący, ile żywej gotówki firma faktycznie wycisnęła ze swojej działalności przed opłaceniem podatków i odsetek – wyniosła rekordowe 2,665 mld zł w skali roku. Mimo tych rekordów inwestorzy skupili się na słabszej końcówce roku.
Prezes Piotr Krupa przyznał, iż spłaty długów w Hiszpanii wypadły gorzej, niż zakładano. Co ciekawe, dokładnie rok temu spółka zderzyła się ze znacznie większymi problemami na tamtejszym rynku i jak widać, mimo opanowania sytuacji, gdzieś tam problemy lekko dalej się jątrzą.

Kolejnym punktem zapalnym okazały się nakłady na inwestycje w portfele wierzytelności. To dane, które spółka podała już ponad miesiąc temu, ale zbudowały negatywny grunt pod odbiór bieżących wyników. Nakłady w spółce Kruk to pieniądze wydane na zakup nowych portfeli długów do odzyskania. Na ogół im są większe, tym lepiej. Spółka zapowiadała, iż celuje w górną granicę przedziału swoich prognoz 2,0 do 2,5 mld zł. Ostatecznie zainwestowano nieco ponad 2,2 mld zł, co rynkowi wydało się wynikiem niezadowalającym.
Czy te wyniki są tragiczne? Nie. Czy są rewelacyjne? Też nie. Są lekko niedowiezione i rynek postanowił ukarać spółkę korektą.
Pełne dane za czwarty kwartał poznamy 26 lutego. To wtedy dowiemy się, czy obecna przecena akcji Kruka to okazja inwestycyjna, czy początek dłuższego ochłodzenia nastrojów wokół windykacyjnego giganta.

Do zarobienia,
Piotr Cymcyk

4 godzin temu
Obserwuj