Piątkowe przedpołudnie na Wall Street miało być rutynowe. Raport o zatrudnieniu w sektorach pozarolniczych, publikowany tradycyjnie w pierwszy piątek miesiąca, miał potwierdzić, iż amerykański rynek pracy zwalnia, ale się trzyma. Konsensus analityków – Reuters szacował wzrost o 59 tysięcy etatów, inni celowali w okolice 50-60 tysięcy – nie był wygórowany. Po solidnym styczniu, w którym gospodarka dodała 130 tysięcy miejsc pracy (skorygowanych teraz do 126 tysięcy), luty miał być miesiącem umiarkowanego schłodzenia.
Tymczasem Bureau of Labor Statistics opublikowało dane, które natychmiast zmieniły ton piątkowej sesji. Zatrudnienie poza rolnictwem nie wzrosło. Spadło – i to o 92 tysiące! Odchylenie od oczekiwań sięgnęło 150 tysięcy miejsc pracy. To pierwszy ujemny odczyt payrolls od czasów pandemii.
Ameryka traci miejsca pracy, ale płace rosną – to najgorszy możliwy scenariusz dla Fedu i inwestorów.
Strajk lekarzy, cięcia w rządzie, erozja sektora informacyjnego
Główne przyczyny lutowej zapaści da się wskazać dość precyzyjnie, co jest o tyle istotne, iż część z nich ma charakter przejściowy. Największy cios zadał sektor ochrony zdrowia, tradycyjnie jeden z filarów amerykańskiego rynku pracy. W lutym stracił 28 tysięcy etatów, podczas gdy w styczniu dodał ich aż 77 tysięcy. Za spadek odpowiada przede wszystkim strajk pracowników gabinetów lekarskich, który sam kosztował 37 tysięcy miejsc pracy. Szpitale tymczasem kontynuowały rekrutacje, dodając 12 tysięcy etatów – co nie wystarczyło, by zrównoważyć straty.
Kontynuowany jest też wielomiesięczny demontaż federalnej administracji. W lutym rząd federalny stracił kolejne 10 tysięcy etatów. Łącznie od szczytu zatrudnienia w październiku 2024 roku sektor ten skurczył się już o 330 tysięcy miejsc pracy – spadek rzędu 11 procent. To efekt polityki oszczędnościowej i masowych redukcji prowadzonych w ramach rządowego programu efektywności.
Sektor informacyjny zanotował spadek o 11 tysięcy etatów, utrzymując trwającą rok tendencję spadkową ze średnim tempem 5 tysięcy zwolnień miesięcznie. Branża transportowa i magazynowa straciła kolejne 11 tysięcy, głównie za sprawą redukcji w segmencie kurierskim. Pozostałe sektory – budownictwo, przemysł, handel, usługi finansowe czy hotelarstwo – wykazały w lutym minimalną zmienność.
Płace w górę, miejsca pracy w dół – klasyczny sygnał stagflacyjny
Sama liczba 92 tysiące etatów mniej jest dramatyczna, ale to nie ona stanowi największy problem analityczny dla rynków i Rezerwy Federalnej. Prawdziwy kłopot tkwi w zestawieniu słabnącego zatrudnienia z rosnącymi wynagrodzeniami.
Średnie godzinowe zarobki w sektorze prywatnym wzrosły w lutym o 15 centów (0,4 procent miesiąc do miesiąca) do 37,32 dolara. W ujęciu rocznym dynamika płac przyspieszyła do 3,8 procent. To poziom wyraźnie powyżej dwuprocentowego celu inflacyjnego Fedu i sygnał utrzymującej się presji kosztowej. Stopa bezrobocia podniosła się nieznacznie – z 4,3 do 4,4 procent, przy 7,6 miliona bezrobotnych. Wskaźnik aktywności zawodowej utrzymał się na 62,0 procent.
Powstaje więc obraz typowy dla scenariusza stagflacyjnego: gospodarka nie generuje nowych miejsc pracy, ale koszty zatrudnienia rosną. A do tego dochodzi czynnik, którego BLS oczywiście nie mierzy, ale który dominuje nad globalnym sentymentem inwestycyjnym od tygodnia – ropa naftowa. W piątek Brent oscylował w okolicach 85-89 dolarów za baryłkę, notując tygodniowy wzrost przekraczający 16 procent. To najsilniejszy tygodniowy skok cen od początku wojny na Ukrainie w 2022 roku. Droga ropa przekłada się na koszty produkcji, transportu i energii – a więc na inflację, której Fed nie jest w stanie kontrolować stopami procentowymi.
Rewizje historyczne pogłębiają niepokój
Piątkowy raport przyniósł też bolesne korekty wcześniejszych danych. Grudniowy odczyt zatrudnienia został zrewidowany w dół o 65 tysięcy – z pierwotnego wzrostu o 48 tysięcy do spadku o 17 tysięcy. Styczeń skorygowano ze 130 do 126 tysięcy. Łącznie rewizje za oba miesiące zmniejszyły obraz rynku pracy o 69 tysięcy etatów względem wcześniejszych szacunków.
To kontynuacja tendencji, która ujawniła się już przy okazji styczniowego raportu. Wówczas BLS przeprowadził masową rewizję roczną, obcinając łączny przyrost zatrudnienia w 2025 roku o 862 tysiące miejsc pracy. Oznacza to, iż średniomiesięczny przyrost etatów w ubiegłym roku wyniósł zaledwie około 15 tysięcy – ułamek tego, co sugerowały pierwotne odczyty. Amerykański rynek pracy był znacznie słabszy niż się wydawało, a lutowy raport może być tego najnowszym potwierdzeniem.
Fed w potrzasku – obniżka stóp pod wielkim znakiem zapytania
Reakcja rynków na raport BLS była natychmiastowa. Barron’s jeszcze przed godziną 15:00 raportował spadki na kontraktach terminowych, kwalifikując szanse na obniżkę stóp procentowych w pierwszym półroczu jako „nikłe”. Paradoks sytuacji polega na tym, iż spadające zatrudnienie normalnie wzmacniałoby argumenty za luzowaniem polityki pieniężnej – ale rosnące płace i szok naftowy skutecznie ten argument neutralizują.
Jeszcze przed publikacją raportu rynek wyceniał prawdopodobieństwo obniżki stóp przez Fed do lipca na niecałe 60 procent, wobec ponad 70 procent jeszcze tydzień wcześniej. Kontrakty terminowe wskazywały na utrzymanie stóp na poziomie 3,50-3,75 procent co najmniej do drugiej połowy roku. Piątkowe dane raczej utrwalą tę wycenę – Fed poczeka na przyszłotygodniowe odczyty inflacji CPI (środa) i PCE (piątek), zanim podejmie jakąkolwiek decyzję na posiedzeniu FOMC zaplanowanym na 18-19 marca. Jak zauważył Bloomberg jeszcze dzień wcześniej, choćby słabszy raport z rynku pracy nie skłoni Rezerwy Federalnej do obniżki, jeżeli presja cenowa ze strony ropy pozostanie tak silna jak obecnie.
Europejski kontekst: stagflacja puka też do drzwi strefy euro
Piątkowy raport z USA nie pozostaje bez znaczenia dla rynków po drugiej stronie Atlantyku. Europejski STOXX 600 zmierza do najgorszego tygodnia od niemal roku – spadek w ujęciu tygodniowym sięga 5 procent. Trzej członkowie zarządu Europejskiego Banku Centralnego ostrzegali w piątek rano, iż jeżeli konflikt z Iranem wciągnie kolejne kraje, inflacja w strefie euro może wrócić na podwyższone poziomy w momencie, gdy wzrost gospodarczy zacznie zwalniać. To przepis na stagflację – scenariusz, przed którym EBC przez ostatnie kwartały się skutecznie bronił.
Z perspektywy polskiego inwestora warto odnotować, iż Rada Polityki Pieniężnej zaledwie dwa dni wcześniej zdecydowała się na obniżkę stóp procentowych o 25 punktów bazowych do 3,75 procent – pierwszą w 2026 roku. Decyzja ta była uzasadniona krajowymi danymi inflacyjnymi, ale w kontekście globalnego szoku naftowego, tąpnięcia na amerykańskim rynku pracy i stagflacyjnych sygnałów płynących zewsząd, jej timing może budzić wątpliwości. Szczególnie jeżeli ceny ropy utrzymają się na obecnych poziomach, a w ślad za nimi pójdą ceny paliw na polskich stacjach – gdzie olej napędowy w ciągu tygodnia podrożał już o przeszło złotówkę na litrze.
Jednorazowe tąpnięcie czy początek poważniejszego trendu?
Jeden raport nie przesądza o recesji. Lutowe dane są w istotnym stopniu zaburzone czynnikami jednorazowymi – strajk w sektorze medycznym sam odpowiada za sporą część ujemnego odczytu, a jego zakończenie 23 lutego oznacza, iż marcowy raport powinien przynieść statystyczne odbicie. BLS zaznaczył też, iż tegoroczna aktualizacja szacunków populacyjnych, oparta na zaktualizowanych danych ze spisu ludności z 2020 roku, wpłynęła na porównywalność niektórych szeregów czasowych.
Mimo to nie sposób zlekceważyć układanki, która składa się z tych danych. Ropa po blisko 90 dolarów za baryłkę, sparaliżowana Cieśnina Ormuz, płace rosnące szybciej niż produktywność, kurczące się zatrudnienie federalne, masowe rewizje historycznych danych w dół – każdy z tych elementów z osobna byłby zarządzalny. Razem tworzą obraz, który dla inwestorów, banków centralnych i rządów na obu półkulach brzmi coraz bardziej znajomo. Słowo „stagflacja” – jeszcze kilka tygodni temu używane ostrożnie i z zastrzeżeniami – po piątkowym raporcie BLS zaczyna brzmieć jak diagnoza.
Źródła: BLS, Reuters, Barron’s, WSJ

7 godzin temu






