Szokujące ustalenia ABW: Za dzikiem z ASF nie stoją obce służby, ale kłusownicy

2 godzin temu
Zdjęcie: Zapach, który powstrzyma migracje dzików?


Teorie o celowym ataku biologicznym i obcych służbach rozrzucających wirusa ASF w polskich lasach legły w gruzach. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego zakończyła śledztwo w sprawie makabrycznego znaleziska oskórowanego dzika – wyniki są porażające, ale z zupełnie innych powodów, niż przypuszczano. Za rozprzestrzenianie śmiertelnego zagrożenia odpowiada nie obcy wywiad, ale lokalna bezmyślność i przestępczość, która uderza bezpośrednio w portfele polskich hodowców.

Prawda o „sabotażu” z ASF w tle

Przez polską wieś przetoczyła się fala strachu przed celowym bioterroryzmem. Oskórowana tusza dzika z ASF, znaleziona w lesie, miała być dowodem na dywersję i próbę zniszczenia polskiej produkcji wieprzowiny. Dziś, dzięki ustaleniom Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, znamy prawdę. To nie obcy wywiad, a lokalni kłusownicy stoją za tym makabrycznym znaleziskiem. Choć teorie spiskowe upadły, rzeczywistość jest dla rolników równie bolesna.

Makabryczne znalezisko pod lupą ABW

Sprawa, która zelektryzowała media, dotyczyła porzuconych szczątków dzika, z których profesjonalnie zdjęto skórę. W kontekście wojny hybrydowej podejrzenia padły na celowe działanie służb obcych państw. Jednak finał dochodzenia ABW sprowadza nas na ziemię: to efekt nielegalnego polowania.

Kłusownicy zabrali to, co najcenniejsze – mięso, a skażoną skórę i wnętrzności zostawili w lesie. Dla śledczych sprawa sabotażu jest zamknięta, ale dla hodowców trzody chlewnej to dopiero początek pytań o skuteczność walki z wirusem poza bramami gospodarstw.

Sabotaż w trzodziarskim zagłębiu? Zakażony ASF dzik podrzucony pod Piotrkowem. „To nie był przypadek”

Podwójne standardy: Bioasekuracja vs. leśna partyzantka

Ten incydent jaskrawo pokazuje, z jak wielką niesprawiedliwością mierzą się producenci trzody. Z jednej strony mamy rygorystyczne wymogi weterynaryjne:

  • Rolnik musi prowadzić rejestry wejść, wymieniać maty i pilnować każdego metra ogrodzenia.
  • Za najmniejsze uchybienie w bioasekuracji grożą wysokie kary lub wstrzymanie dopłat.
  • Legalni myśliwi muszą utylizować patrochy w specjalnych kontenerach i czekać na wyniki badań.

Z drugiej strony mamy kłusowników, którzy w strefach zapowietrzonych robią, co chcą. Przenoszą skażoną krew na butach, transportują nieprzebadane mięso i porzucają odpady będące siedliskiem wirusa w miejscach dostępnych dla zdrowych zwierząt. To klasyczny przykład „wylewania dziecka z kąpielą” – system dusi rolnika, a nie radzi sobie z realnym, przestępczym wektorem choroby.

Zagrożenie ze strony kłusowników w rejonach zakażonych ASF to nie tylko problem kradzieży zwierzyny. To przede wszystkim sabotaż gospodarczy, choćby jeżeli nieświadomy. Jeden taki porzucony dzik może oznaczać wyznaczenie nowej strefy, zablokowanie sprzedaży tuczników z kilkunastu okolicznych chlewni i gigantyczne straty dla lokalnych zakładów mięsnych.

ABW zamknęła wątek dywersji politycznej, ale ten przypadek powinien być impulsem dla Policji i Straży Leśnej. Walka z ASF w lesie nie może kończyć się na liczeniu padłych sztuk – musi obejmować bezwzględne tępienie nielegalnego procederu, który niweczy wysiłek bioasekuracyjny rolników.

Idź do oryginalnego materiału