Technologia i telefony to nie wszystko. Liczy się wartość namacalna

3 godzin temu

Bogiem a prawdą, najbardziej nieufni powinniśmy pozostać nie wobec technologii, ale wobec siebie samych. To my sami zbyt często – być może właśnie z wygody – pielęgnujemy w sobie złudzenie, iż w telefonie możemy zmieścić całe bogactwo życia. Powinniśmy otrzeźwieć – pisze Sebastian Stodolak, wiceprezes WEI w swoim felietonie dla Dziennika Gazety Prawnej.

Aż 88 proc. Polaków zabiera ze sobą na urlop książkę, z czego znakomita większość drukowaną, a nie czytnik e-booków – wynika z badania VeloBanku. Nie zastąpiły więc papierowych książek ich wersje cyfrowe, choć te ostatnie zdobywają popularność. W skali globu rocznie wciąż wydaje się ok. 2,2 mld egzemplarzy drukowanych pozycji (dane UNESCO).

Gdy dłużej się nad tym zastanowić, wydaje się to nieoczywiste. Książka tradycyjna zajmuje przestrzeń, czasami sporo waży, łatwo ulega zniszczeniu i kosztuje więcej. Jest niepraktyczna. Jako iż dla ludzi komfort jest najważniejszy, już dawno powinna odejść w zapomnienie. Nie odeszła. Czy to przyzwyczajenie?

To głos ludzkiej natury. Oto bowiem refleksja nad popularnością książki drukowanej prowadzi do ponownego odkrycia prawdy współcześnie coraz mniej oczywistej: nie wszystko da się zamienić na kod binarny, a przedmioty materialne są nie tylko użyteczną własnością, ale przede wszystkim niezastąpionym źródłem kształtujących i ubogacających nas doświadczeń. Bez nich nie bylibyśmy sobą.

Tekst cyfrowy nie istnieje

W obcowaniu z książką papierową jest coś, co przypomina obcowanie z drugim człowiekiem. Tak jak człowiek opowiada nam ona rozmaite historie i tak jak człowiek bywa w tym niedoskonała: ze swoją często kiczowatą okładką czy pozaginanymi kartkami pełnymi plam po kawie i uwag pisanych odręcznie na marginesach.

Organoleptyczne doświadczanie papierowej książki opisuje lapidarnie na swoim niepapierowym serwisie X Nassim Nicholas Taleb, probabilista, trader i filozof: „Książka to prawdziwy przedmiot, zakorzeniony w rzeczywistości. Czytając konkretne wydanie, zapamiętujesz nie tylko treść, ale i sam ów przedmiot: jego okładkę, typografię, zapach, a choćby miejsce, w którym dany fragment znajdował się na stronie. Książki porządkują się w pamięci według miejsca – zgodnie ze starożytną metodą loci. Tekst cyfrowy nie istnieje”.

To ostatnie zdanie brzmi wyjątkowo mocno: „Tekst cyfrowy nie istnieje”. Ale w jakim sensie? Nie angażuje naszych zmysłów i umysłów. Smakuje jak woda utleniona. Nie wnika w naszą psychikę, ale tylko się przez nią przesącza. Tekst drukowany natomiast daje nam nie tylko informację, ale także kształci oraz pogłębia naszą zdolność rozumienia świata. Bo oddziałuje na nas na wielu poziomach. Zostaje w nas i pracuje w nas, choćby gdy książkę już odłożyliśmy.

Nie myślcie, iż daję tu wyraz poetyckiej nostalgii, bo to, o czym mówię, to rzecz zbadana. Na przykład z opublikowanej w 2018 r. metaanalizy „Don’t throw away your printed books” wynika, iż . lektura tego samego tekstu na papierze daje przeciętnie lepsze wyniki w testach rozumienia niż lektura na ekranie. Co znamienne, efekt ten nie maleje wraz z upowszechnianiem urządzeń cyfrowych, co przeczy intuicji, iż samo oswojenie z ekranem zniweluje różnicę między mediami

Jeszcze wymowniejsze okazują się badania dotyczące nie pojedynczego aktu lektury, ale nawyku czytania. W pracy „Do New Forms of Reading Pay Off?” z 2025 r. czytamy, iż 10 godzin nad papierową książką daje przyrost kompetencji czytelniczej od sześciu do ośmiu razy większy niż 10 godzin przed ekranem. Oszacowanie to jest ekstrapolacją wynikającą z metaanalizy 25 badań prowadzonych przez 20 lat na próbie liczącej prawie 470 tys. osób.

Ale najciekawsze rzeczy związane z lekturą książek papierowych dzieją się nie w jednym mózgu, ale pomiędzy dwoma. W 2025 r. w piśmie „Acta Paediatrica” opublikowano wyniki eksperymentu z użyciem hiperskanowania, techniki polegającej na jednoczesnym zapisie EEG u dwóch osób. Rodzic i dziecko czytali razem, raz z papierowej książki, raz z ekranu, a synchronizacja aktywności mózgowej między nimi pojawiła się wyłącznie podczas lektury książki. Jak widać, papierowe książki naprawdę łączą ludzi.

Veni, vidi, vinyl

Ale przecież nie tylko książki mają cechy, których nie da się w pełni przenieść do świata wirtualnego. Opornych na cyfryzację form jest dużo więcej. Wymownym przykładem są jakże niedoskonałe pod względem technicznym płyty winylowe. Ten wyjątkowo nieporęczny, łatwo ulegający zarysowaniu i skrzypiący nośnik miał ustąpić płycie CD. Na początku lat 90. XX w. sprzedaż winyli spadła niemal do zera i do połowy pierwszej dekady nowego milenium wydawało się, iż tak pozostanie.

W tym czasie armagedon dotknął płyt CD. Muzyka została tak silnie zepchnięta w przestrzeń streamingu, iż wszystkie te dodatkowe warstwy doświadczeń, którymi obrastała dzięki nośnikom fizycznym, zaczęły zanikać. Mniejsze znaczenie miały okładki, niepotrzebne stały się książeczki z tekstami utworów, zanikać zaczęła sama idea albumu jako pewnego spójnego zestawu kompozycji umieszczonych na nagraniu w nieprzypadkowej kolejności. Natychmiastowa i powszechna dostępność cyfrowej wersji premierowych utworów odebrała sens czasochłonnemu polowaniu na nowości płytowe i traktowaniu ich niczym trofeum.

W pewnym momencie jednak coraz liczniejsza rzesza fanów zaczęła odczuwać pustkę cyfrowej konsumpcji muzyki – i sięgać po winyle. Choć żaden luddysta nie podpalił serwerowni Spotify ani nie zhakował iTunes (i dobrze), to ok. 2005 r. nastąpiło nagłe odrodzenie płyt winylowych: pojawiły się reedycje i nowe wydawnictwa. „Forbes” podaje, iż w 2025 r. w samych tylko Stanach Zjednoczonych sprzedało się na winylu 48,5 mln nowych albumów, gdy na płytach CD zaledwie ok. 29,5 mln. Jack White, założyciel zespołu The White Stripes, w jednym z wywiadów poczynił uwagę bliską temu, co Taleb pisał o książkach: „Dopóki nie kupisz płyty winylowej, dopóty nie posiadasz albumu naprawdę. Zapach winylu, jego ruch w trakcie odtwarzania mają w sobie swoistą romantykę. Ona jest nieobecna natomiast, gdy słuchasz mnie śpiewającego do ciebie z iPoda”.

Tę romantykę mają też niepoddające się cyfrowej epoce gry planszowe. Nie zanikają one pod naporem rozrywki wideo, a przeciwnie – ich rynek rośnie w tempie, którego pozazdrościłaby niejedna branża nowych technologii. Oszacowania wartości globalnego rynku wahają się dziś między kilkunastoma a 20 mld dol. rocznie, zależnie od przyjętej metodologii, a wszystkie prognozy zgodnie zakładają jego podwojenie w ciągu najbliższej dekady. Podobne tempo wzrostu notowała w ostatnich latach fotografia natychmiastowa, kojarzona powszechnie z marką Polaroid. Fujifilm ogłosił w kwietniu 2025 r., iż od debiutu serii Instax w 1998 r. sprzedał ponad 100 mln aparatów i drukarek tej linii, notując rekordowe wyniki czwarty rok z rzędu. Ryuichiro Takai, jeden z dyrektorów w firmie, zauważył w jednym z wywiadów, iż atrakcyjność tych aparatów jest całkowicie sprzeczna z logiką wydajności, na której opiera się fotografia cyfrowa. Sam Polaroid, który zbankrutował w 2001 r., także wrócił do gry, a w odrodzeniu tym pomogła grupa inwestorów kierowana przez rodzinę Smolokowskich.

Cały felieton dostępny jest TUTAJ.
Idź do oryginalnego materiału