Tak, dobrze czytacie: Ursus był niemiecki, ale nie tak jak myślicie. Choć ta historia jest dość krótka, to pełna jest technicznego geniuszu i… polityki, bo polskiemu rządowi się to nie podobało. Ten Ursus był pionierem napędu 4×4 i to w czasach, gdy w Warszawie klepaliśmy leciwe C-45. I to z odzysku.
Powojenne Niemcy nie miały fabryk pełnych części, katalogów zamówień ani luksusu wyboru. Miały za to coś innego – tysiące wojskowych ciężarówek i ludzi, którzy potrafili z nich zrobić ciągnik.
Tak narodził się niemiecki „Ursus”, później „Urus” – marka, która wyprzedziła swoją epokę i stała się jednym z pionierów napędu na cztery koła w rolnictwie. Jednak zacznijmy od początku, czyli wyjaśnienia:
Ursus z Wiesbaden – ale nie z Warszawy, o co tu chodziło?
Na początek trzeba jasno powiedzieć: niemieckie ciągniki Ursus/Urus z Wiesbaden nie mają nic wspólnego z polskim Ursusem poza nazwą. A ta – jak się okazało – była źródłem niemałego i politycznego zamieszania na najwyższych szczeblach.
Sama nazwa nie była przypadkowa, bo zarówno w polskim jak i niemieckim “przypadku” ciągnikowym:
- „Ursus” po łacinie oznacza niedźwiedzia
- „Urus” – tura, też po łacinie swoją drogą
Oba to symbole siły, wytrzymałości i – jak się wtedy wydawało – przyszłości rolnictwa. Choć drogi obu firm potoczyły się zupełnie inaczej.
Amerykański złom, który napędził rolnictwo
Historia zaczyna się w latach 1947–1949, kiedy w Wiesbaden działała firma Motor Pool GmbH. Jej działalność była dość… nietypowa. Zajmowała się: skupem wycofanego sprzętu armii amerykańskiej, przerabianiem wojskowych ciężarówek GMC, montażem silników diesla Deutz i Henschel oraz adaptacją Jeepów i Dodge’ów na potrzeby rolnictwa.
Brzmi trochę jak warsztat „zrób to sam”? Bo tym w istocie było, ponieważ wówczas to po Niemczech walały się tysiące wojskowych pojazdów. I ktoś wreszcie wpadł na iście genialny pomysł: „A gdyby tak zrobić z tego ciągnik?”
Ursus B28 z 1952 roku, fot. źródło Wleiter, CC BY-SA 4.0 <https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0>, via Wikimedia Commons4×4, bo inaczej się nie dało
I tu dochodzimy do najciekawszego. Ciągniki Ursus/Urus z Wiesbaden należą do pionierów napędu na cztery koła. Nie dlatego, iż ktoś chciał być nowoczesny. Po prostu:
- mieli pod ręką wojskowe mosty napędowe
- konstrukcje ciężarówek były już fabrycznie 4×4
- łatwiej było to wykorzystać niż budować coś od zera
Efekt? Powstały maszyny, które wyprzedzały epokę o dobre 10-15 lat.
Ursus B28, fot. źródło Romy2002 at de.wikipedia, CC BY-SA 3.0 <http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/>, via Wikimedia CommonsSzyć z tego, co jest – dosłownie
Dziś może to brzmieć zabawnie, ale powojenne lata były pełne takich właśnie wynalazków. W zrujnowanych bombardowaniami Niemczech nie było: dostępu do podzespołów, możliwości zamówień i rozwiniętej produkcji seryjnej.
Było za to: spawanie, dopasowywanie czy kombinowanie, czyli inwencja na najwyższym poziomie. I właśnie dlatego można powiedzieć bez przesady: te ciągniki były „szyte z tego, co było pod ręką” – i to w sensie dosłownym.
Rolnik potrzebował prostoty, nie luksusu
Paradoks polegał na tym, iż mimo swojej „zaawansowanej” konstrukcji, niemiecki Ursus był pomyślany bardzo pragmatycznie. Założenia były proste: ciągnik ma być maksymalnie prosty, części mają być łatwo dostępne (i to na każdym ówczesnym złomie z demobilem), naprawa – możliwa „w stodole”.
I właśnie w tym tkwiła jego siła. To nie była technologia dla pokazania się. To była technika dla przetrwania.
Ursus Bambi C10 z 1957 roku, fot. źródło H. Zell, CC BY-SA 3.0 <https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0>, via Wikimedia CommonsOd Motor Pool do Urus – czyli jak zmieniały się nazwy
Historia firmy to prawdziwy kalejdoskop nazw:
1947–1949 – Motor Pool GmbH Wiesbaden
1949 – Gross-Hessische Truck Company GmbH
1949–1954 – URUS-Werke GmbH
1955–1956 – URSUS Tractor Works GmbH
1956–1957 – URSUS Tractor Works Erkelenz & Co KG
Jak widać – choćby sami Niemcy nie mogli się zdecydować, jak to nazwać.
Modele – od prostych do „gigantów”
Choć produkcja nie trwała długo, powstało kilka ciekawych konstrukcji.
Wczesne modele, to ciągniki o mocach 15 KM i 25 KM Ursus Allrad 15 PS został dalej rozwinięty w Allrad 25 z napędem 4×4. Oba technicznie bazujące jeszcze mocno na podzespołach wojskowych, takie trochę ulepy, jednak proste, surowe i skuteczne.
- URUS B28 (1952)
Silnik MWM chłodzony cieczą, czterosuwowy, dwucylindrowy silnik wysokoprężny w układzie rzędowym z chromowanymi tulejami cylindrów, moc: 28 KM przy 1500 obr./min z 2,4 l, pełny napęd 4×4. Jeden z pierwszych „cywilnych” modeli, bardziej dopracowany. - URUS B40
mocniejsza wersja serii: Moc wyjściowa 28 KM przy 1500 obr./min, skrzynia biegów Renk pięciobiegowa z kołnierzową osią tylną i napędem na oś przednią, wałkiem odbioru mocy, kołem pasowym, 5 biegami do przodu, 1 biegiem wstecznym. Lepsza uniwersalność i próba wejścia w wyższą klasę ciągników. - URUS Bambi (1954)
ciągnik dwukierunkowy, silnik wysokoprężny dwusuwowy jednocylindrowy chłodzony cieczą, Fichtel & Sachs, moc wyjściowa 10 KM przy 2000 obr./min. Konstrukcja nietypowa choćby jak na tamte czasy. - URSUS Bambi C10 (1957)
rozwinięcie koncepcji, produkowany już pod zmienioną nazwą. Jeden z ostatnich modeli przed końcem firmy.
Niemiecki Ursus nie w smak polskiej polityce
I tu dochodzimy do wątku politycznego. Nazwa „Ursus” była bardzo niewygodna dla władz w Polsce. Trudno się dziwić – niemiecka marka o tej samej nazwie co polski producent? To nie mogło się spodobać. Efekt? Pod naciskiem zmieniono nazwę na „Urus”, żeby uniknąć skojarzeń i konfliktów. Wrócono jednak do niej później.
Koniec, który mógł wyglądać inaczej
Firma zakończyła działalność w 1957 roku, choć – patrząc na pomysły – miała potencjał do rozwoju. Tu aż chce się zapytać: Dlaczego się nie udało?
Z dzisiejszej perspektywy można wysnuć wnioski: w latach 50. XX wieku słaby jeszcze powojenny rynek chciał prostszych rozwiązań, technika czterech napędów była jeszcze „za bardzo do przodu” i brakowało stabilnego zaplecza produkcyjnego. Poza tym powoli kończyła się dostępność amerykańskich ciężarówek z demobilu z których większość skończyła w hutach.
Maszyny z potrzeby – dziś obiekty kolekcjonerskie
Patrząc na wszystkie powojenne modele ciągników można rzec jedno: powojenne rolnictwo w zniszczonej Europie potrzebowało właśnie takich konstrukcji: prostych, dostępnych i tworzonych z tego, co było. Taki właśnie był niemiecki Ursus vel Urus.
No a dziś? Dziś te ciągniki: są rzadkie, budzą ogromne zainteresowanie kolekcjonerów, a przede wszystkim pokazują, jak rodziła się nowoczesna technika rolnicza.
Na koniec – stara prawda, która się nie starzeje
Historia niemieckiego Ursusa (czy Urusa) pokazuje jedno: „Potrzeba jest matką wynalazków”. Bo gdy nie ma części, katalogów i fabryk – zostaje tylko pomysłowość. A ta, jak widać, potrafi stworzyć coś, co wyprzedza swoją epokę.
I właśnie dlatego ten zapomniany „niedźwiedź z Wiesbaden” zasługuje na pamięć.

1 dzień temu

















