Choć prezydent Stanów Zjednoczonych przedłużył o kolejne dziesięć dni ultimatum postawione Teheranowi, reakcja globalnych parkietów okazała się nadzwyczaj chłodna. Inwestorzy wyraźnie tracą wiarę w dyplomatyczne manewry i zaczynają przygotowywać swoje portfele na scenariusz długotrwałego kryzysu energetycznego. Co więcej, główne banki centralne – od Oslo po Waszyngton – drastycznie zmieniają retorykę, porzucając plany obniżek stóp procentowych na rzecz ich podnoszenia. Na horyzoncie coraz wyraźniej majaczy widmo stagflacji, łudząco przypominającej gospodarczy marazm z lat siedemdziesiątych.
Kiedy we wtorek Donald Trump po raz pierwszy zamienił 48-godzinne ultimatum na pięciodniowe okno negocjacyjne z Iranem, Wall Street zareagowała euforycznym rajdem. Jednak czwartkowa decyzja o kolejnym przesunięciu terminu – tym razem do 6 kwietnia – spotkała się z niemal całkowitym brakiem entuzjazmu. W trakcie sesji azjatyckiej kontrakty terminowe na indeks S&P 500 drgnęły w górę o zaledwie 0,4%. Ropa Brent staniała o niecały%, spadając do poziomu 107,24 dolara za baryłkę, co w najmniejszym stopniu nie zrekompensowało wcześniejszego, nocnego skoku o blisko 6%. Z kolei kontrakty na europejski indeks EUROSTOXX 50 zyskały zaledwie symboliczne 0,5%.
Iluzja negocjacji i widmo eskalacji
Rynki wyciągnęły z tej sytuacji brutalnie prosty wniosek: każde następne odroczenie nie świadczy o postępach w rozmowach, ale jest raczej milczącym przyznaniem, iż żadne realne negocjacje nie mają miejsca. Strona irańska oficjalnie odrzuciła 15-punktowy amerykański plan pokojowy, jednoznacznie określając go mianem „jednostronnego i niesprawiedliwego”. W tle tego dyplomatycznego pata pozostaje Cieśnina Ormuz – wciąż najważniejszy szlak handlowy. Od blisko miesiąca akwen ten pozostaje de facto zablokowany, co wywiera potężną presję na globalne łańcuchy dostaw.
Tym, co w ostatnich godzinach faktycznie zmroziło inwestorów, wcale nie były zapewnienia Donalda Trumpa o „bardzo dobrze postępujących rozmowach”, ale niepokojące przecieki medialne opublikowane m.in. przez ‘Wall Street Journal’. Zgodnie z tymi doniesieniami, Pentagon poważnie rozważa przerzucenie na Bliski Wschód dodatkowych 10 tysięcy żołnierzy sił lądowych. Dla wielu analityków to jasny sygnał, iż Waszyngton przygotowuje grunt pod szerszą operację lądową, co diametralnie zmienia układ sił w porównaniu do scenariusza ograniczonych nalotów punktowych. Ryzyko pełzającej eskalacji konfliktu, które jeszcze kilkanaście dni temu uważano za skrajnie mało prawdopodobne, inwestorzy zaczynają w tej chwili na poważnie uwzględniać w wycenach rynkowych aktywów.
Czerwień w Azji i na Wall Street
Piątkowa sesja na giełdach azjatyckich przyniosła kontynuację silnych spadków. Indeks MSCI Asia-Pacific (z wyłączeniem Japonii) stracił w mijającym tygodniu 2,4% i znajduje się już ponad 11% poniżej swojego lutowego szczytu. Analogiczne zniżki od historycznych maksimów zanotował japoński Nikkei 225. W najtrudniejszym położeniu znalazła się jednak giełda w Korei Południowej – tamtejszy główny wskaźnik KOSPI oddał w piątek 1,5%, co powiększyło jego tygodniową stratę do niepokojących 7%. Gospodarka w Seulu jest wyjątkowo podatna na gwałtowne wahania cen ropy z uwagi na jej niemal całkowite uzależnienie od importu zagranicznych surowców energetycznych.
Tymczasem za oceanem technologiczny indeks Nasdaq oficjalnie potwierdził w czwartek wejście w strefę korekty – osunął się już o blisko 11% względem swoich rekordowych poziomów z 29 października. Szeroki wskaźnik S&P 500 spadł o 1,7%, zatrzymując się na pułapie 6 477 punktów, a przemysłowy Dow Jones stracił 469 punktów. Wszystko wskazuje na to, iż amerykańska giełda zakończy na minusie piąty tydzień z rzędu.
Zwrot w polityce monetarnej banków centralnych
To, co obserwujemy w tej chwili w globalnej polityce monetarnej, można bez wahania określić mianem zwrotu o 180 stopni. Norweski Norges Bank utrzymał w czwartek główną stopę procentową na poziomie 4%, jednak jednocześnie usunął z oficjalnych komunikatów prognozy zakładające trzy obniżki do końca 2028 roku. Zamiast tego bank centralny zasygnalizował, iż jeszcze w tym roku spodziewa się podwyżki do przedziału 4,25-4,50%. Przyczyna takiego ruchu jest prozaiczna: gwałtownie rosnące ceny energii w błyskawicznym tempie podbijają norweską inflację.
Podobnie jastrzębie sygnały płyną z amerykańskiej Rezerwy Federalnej. Michael Barr, wiceprzewodniczący Fed ds. nadzoru, stwierdził w tym tygodniu wprost, iż o luzowaniu polityki pieniężnej nie może być mowy, dopóki inflacja trwale nie spadnie do wyznaczonego celu. W obliczu potężnego szoku naftowego realizacja takiego scenariusza oddala się jednak z każdym kolejnym miesiącem. Te obawy w pełni podzielił wiceprzewodniczący Fed, Philip Jefferson. Rynki z niecierpliwością oczekują teraz piątkowych wystąpień Thomasa Barkina, Anny Paulson oraz Mary Daly, poszukując w ich słowach ostatecznego potwierdzenia tego restrykcyjnego kursu.
Skalę rynkowej wolty najlepiej obrazują wyceny inwestorów. Jeszcze na początku stycznia cięcie stóp przez Fed uznawano za bazowy wariant na 2026 rok. Obecnie rynek z około 50-procentowym prawdopodobieństwem zakłada podwyżkę kosztu pieniądza już we wrześniu. Analitycy banku J.P. Morgan idą w swoich przewidywaniach jeszcze dalej – ich zdaniem amerykański bank centralny w ogóle nie poluzuje polityki w tym roku, a kolejnym krokiem będzie dopiero podwyżka w roku 2027.
Gospodarcze hamowanie w Europie
Choć europejskie parkiety rozpoczęły piątkowe notowania od nieznacznych wzrostów, panującym tam nastrojom daleko do optymizmu. Indeks STOXX 600 zamknął czwartkową sesję na poziomie 580,84 punktu, orbitując wokół marcowych minimów i pozostając wyraźnie w tyle za styczniowymi rekordami, kiedy to sięgał 636 punktów. W centrum uwagi Starego Kontynentu znajdą się piątkowe dane z Wielkiej Brytanii dotyczące lutowej sprzedaży detalicznej. Po zaskakująco mocnym styczniu (wzrost o 1,8% w ujęciu miesięcznym), eksperci spodziewają się gwałtownego wyhamowania dynamiki. Potwierdzeniem tych pesymistycznych prognoz może być niedawna ankieta konfederacji CBI, która wskazała na najpoważniejsze załamanie brytyjskiej sprzedaży od czasów pandemii w 2020 roku.
Zresztą to właśnie Wielka Brytania – jak wynika z opublikowanego w czwartek raportu OECD – jest tym państwem grupy G7, które najboleśniej odczuje rykoszety bliskowschodniego konfliktu. Organizacja bezlitośnie obcięła prognozę wzrostu dla brytyjskiej gospodarki z 1,2% do zaledwie 0,7%. Ta rewizja w dół o 0,5 punktu procentowego jest najdrastyczniejszym cięciem wśród wszystkich najbardziej uprzemysłowionych państw świata.
Królujący dolar i bezsilność złota
Zasady makroekonomii sugerują, iż w obliczu tak poważnego kryzysu geopolitycznego kapitał powinien szerokim strumieniem płynąć w kierunku metali szlachetnych. Wbrew tej logice, złoto od kilku tygodni systematycznie zawodzi inwestorów szukających schronienia. Tylko w czwartek kruszec stracił na wartości blisko 3%, a w piątek odbił kosmetycznie o 0,6%, stabilizując się w okolicach 4 405 dolarów za uncję. Winę za tę słabość ponosi potężny dolar oraz rosnące rentowności amerykańskich obligacji skarbowych – w takim środowisku złoto po prostu przegrywa batalię o kapitał z najwyżej oprocentowanym długiem rządu USA.
Amerykańska waluta umacnia się nieprzerwanie od trzech sesji, doskonale odnajdując się w roli globalnej bezpiecznej przystani. Kurs euro osunął się do poziomu 1,1533 dolara, natomiast japoński jen niebezpiecznie testuje barierę 160 jenów za dolara. To newralgiczna granica, przy której inwestorzy na poważnie spodziewają się bezpośredniej interwencji walutowej ze strony Banku Japonii. Równocześnie waluty antypodów – dolar australijski oraz nowozelandzki – spadły do poziomu swoich dwumiesięcznych minimów.
Wątłe promyki nadziei w gąszczu niewiadomych
W tym natłoku minorowych sygnałów jedynym jednoznacznie pozytywnym akcentem piątkowego poranka okazały się dane z Państwa Środka. Zyski w chińskim sektorze przemysłowym za styczeń i luty wzrosły o imponujące 15,2% rok do roku, co było napędzane w głównej mierze dynamicznym boomem w branży elektronicznej oraz rozwojem sztucznej inteligencji. Należy jednak pamiętać, iż do tego odczytu trzeba podchodzić z dużą dozą ostrożności – pełne i długofalowe konsekwencje uderzenia szoku naftowego w chińską gospodarkę dopiero zaczną się materializować.
W efekcie inwestorzy udają się na weekend defensywnie pozycjonując swoje portfele, z listą potencjalnych ryzyk, która rośnie znacznie szybciej niż zbiór argumentów za odbiciem na rynkach. Strategiczna Cieśnina Ormuz wciąż pozostaje zamknięta. Pentagon na poważnie kalkuluje zbrojną eskalację na lądzie. Światowe banki centralne na naszych oczach porzucają gołębie pióra, przybierając jastrzębią postawę. A Donald Trump po raz kolejny próbuje kupić czas, którego rynkom finansowym ubywa z każdą upływającą godziną.

1 dzień temu






