Trump studzi panikę, ale ropa naftowa wciąż żyje premią strachu

7 godzin temu
Ropa gwałtownie potaniała po tym, jak Donald Trump zasugerował, iż wojna z Iranem „wkrótce” się zakończy, a dodatkowo zapowiedział działania mające uspokoić rynek — eskortę tankowców przez marynarkę wojenną USA oraz możliwość poluzowania części sankcji związanych z ropą – choć w tej części brakuje konkretów. Brent i WTI zniżkowały o ponad 10%, po czym część strat odrobiły, a Brent stabilizował się w okolicach 93 USD za baryłkę po wcześniejszym dniu, gdy długo utrzymywał się powyżej 100 USD. To jednak przede wszystkim redukcja „premii strachu” po historycznie ekstremalnej zmienności, a nie trwała poprawa sytuacji podażowej.

Skala nerwowości była wyjątkowa. W poniedziałek Brent handlowany był w paśmie około 36 USD — najszerszym od czasu rosyjskiej inwazji na Ukrainę w 2022 r. Kontrakty na WTI zanotowały jeszcze bardziej chaotyczny przebieg – we wtorek na starcie sesji zadziałał mechanizm wstrzymania notowań w pierwszych dwóch minutach, a w poniedziałek zakres wahań sięgnął około 38 USD, co było najszerszym ruchem od pandemicznych epizodów, gdy rynek wykazywał się skrajną zmiennością, a w pewnym momencie doszło do ujemnych cen. Mimo wtorkowego cofnięcia, kontrakty pozostają ponad 20 USD za baryłkę wyżej niż przed wybuchem wojny, co pokazuje, iż ryzyko systemowe przez cały czas jest wyceniane.

Kluczowy problem nie zniknął, bo dotyczy fizycznej logistyki, a nie tylko nastrojów inwestorów. Cieśnina Ormuz jest „de facto zamknięta”, a to szlak, który w normalnych warunkach obsługuje około jednej piątej globalnych przepływów ropy. Żegluga działa na minimalnym poziomie, a po atakach na statki od 28 lutego wielu armatorów zaczęło omijać cieśninę. To natychmiast „ściska” rynek. choćby jeżeli ropa istnieje w bilansie globalnym, jej dostarczenie staje się ryzykowne, wolniejsze i droższe, co podbija ceny i zwiększa ich wrażliwość na każde nowe informacje.

Deklaracje z Białego Domu

Napięcie podażowe wzmacniają reakcje producentów i ograniczenia po stronie przerobu. Arabia Saudyjska, Irak, Kuwejt i ZEA ograniczyły wydobycie, ponieważ przy utrudnionym eksporcie magazyny gwałtownie się zapełniają. Skutki rozlewają się na innych uczestników rynku. Część rafinerii ogranicza pracę lub dostawy, a azjatyccy kupujący przebijają ceny, by ściągnąć ładunki pierwotnie przeznaczone do innych regionów. To tworzy efekt domina na produktach naftowych i kosztach transportu, a napięcie przenosi się z ropy na benzynę, diesla i frachty.

Polityczna presja rośnie szczególnie w USA, bo ceny benzyny detalicznej mają być najwyższe od sierpnia 2024 r. W takim otoczeniu rynek przywiązuje dużą wagę do sygnałów z Białego Domu. Deklaracja, iż wojna ma zakończyć się „wkrótce” (choć niekoniecznie w tym tygodniu), oraz zapowiedzi działań osłonowych w logistyce i polityce sankcyjnej są odbierane jako próba przywrócenia przepływów ropy i ograniczenia skoku cen. W tle pojawia się także wątek rozmowy Trumpa z Putinem oraz doniesienia, iż administracja miała umożliwić Indiom tymczasowe zwiększenie zakupów rosyjskiej ropy, co rynek może interpretować jako dodatkowy bufor podaży.

Jednocześnie ryzyko nie znika, dopóki Ormuz nie wróci do normalnej pracy. Same deklaracje polityczne mogą obniżać temperaturę na rynku finansowym, ale nie muszą od razu przywrócić gotowości armatorów do regularnej żeglugi przez strefę podwyższonego zagrożenia. Dlatego najbardziej realistyczny obraz na najbliższy czas to utrzymanie wysokiej zmienności. Ceny mogą gwałtownie spadać, gdy rynek redukuje premię za ryzyko pod wpływem „uspokajających” komunikatów, i równie gwałtownie rosnąć, gdy pojawiają się sygnały, iż przepustowość Ormuzu pozostaje ograniczona, a realna dostępność baryłek i produktów naftowych dalej się pogarsza.

Źródło: Krzysztof Kamiński, OANDA TMS Brokers

Idź do oryginalnego materiału