Chatham House stawia tezę: świat potrzebuje przeciwwagi dla nieprzewidywalności Waszyngtonu i merkantylistycznych zapędów Pekinu.
We wtorek rano światło dzienne ujrzał raport londyńskiego think tanku Chatham House, który od razu stał się jednym z najszerzej komentowanych dokumentów w środowiskach zajmujących się polityką handlową. Jego autor – Creon Butler, szef programu Global Economy and Finance – proponuje coś, o czym politycy szeptali od miesięcy, ale nikt dotąd nie ujął tak dosadnie: stworzenie sformalizowanego „trzeciego bieguna gospodarczego”, łączącego Unię Europejską z krajami transpacyficznego porozumienia CPTPP. Cel? Ochrona opartego na regułach systemu handlowego w sytuacji, gdy dwa największe mocarstwa – Stany Zjednoczone i Chiny – konsekwentnie ten system rozmontowują.
Pomysł nie wziął się znikąd
Raport pod tytułem „Saving Global Economic Governance from Trump Shock” to nie jest głos wołającego na puszczy. To raczej podsumowanie i nadanie strategicznego kierunku procesom, które nabrały rozpędu w ciągu ostatniego roku. Przypomnijmy: w listopadzie 2025 roku ministrowie handlu UE i państw CPTPP spotkali się i wydali wspólne oświadczenie, w którym – dyplomatycznie, ale jednoznacznie – skrytykowali „przymus gospodarczy” i „praktyki prowadzące do nadmiernych mocy produkcyjnych”. Nikogo nie wymieniono z nazwy, ale każdy w branży wiedział, o kogo chodzi.
Potem tempo przyspieszyło. W styczniu na forum w Davos premier Kanady Mark Carney otwarcie zaapelował o budowę mostu handlowego między CPTPP a Unią – „strefy obejmującej 1,5 miliarda ludzi”, jak to ujął. W lutym wysłał osobistego emisariusza do Singapuru na konsultacje z liderami regionu. Portal Politico ujawnił, iż w Brukseli realizowane są już techniczne rozmowy o tak zwanej kumulacji reguł pochodzenia – mechanizmie, który pozwoliłby firmom z obu bloków handlować półproduktami po preferencyjnych stawkach celnych.
Kolejna dyplomatyczna deklaracja?
Dlaczego ten sojusz miałby mieć znaczenie, a nie skończyć jako kolejna dyplomatyczna deklaracja? Bo stoi za nim masa krytyczna. CPTPP – a więc Japonia, Kanada, Australia, Wielka Brytania, Meksyk, Wietnam, Singapur, Chile i kilka innych państw – to około 15 procent światowego PKB i mniej więcej tyle samo globalnych obrotów handlowych. Unia dokłada kolejne 15 procent PKB i 16 procent handlu. Razem mamy jedną trzecią globalnego produktu i ponad 37 procent wymiany towarowej. To nie jest nisza. To potencjalnie największy blok handlowy świata – wystarczająco duży, by narzucać standardy regulacyjne w handlu cyfrowym, ochronie własności intelektualnej czy łańcuchach dostaw krytycznych technologii.
Butler w swoim raporcie formułuje przy tym zalecenie, które wzbudziło najwięcej kontrowersji: sojusz powinien z definicji wykluczać zarówno USA, jak i Chiny. Ameryka – jego zdaniem – „dramatycznie zerwała z regułami”, a Chiny nigdy się do nich w pełni nie stosowały. Trzeci biegun nie ma być projektem antyamerykańskim, ale polisą ubezpieczeniową na wypadek kolejnych gwałtownych zwrotów w Białym Domu.
Dlaczego akurat teraz?
Odpowiedź znajdziemy, patrząc na tablice notowań. Wojna z Iranem – trwająca od końca lutego – wywróciła do góry nogami rynki surowcowe. Brent oscyluje w okolicach 94 dolarów za baryłkę, podczas gdy jeszcze w styczniu kosztował niecałe 70 dolarów. Szok energetyczny napędza inflację w Europie – we wtorek Eurostat potwierdził, iż w maju wyniosła ona 3,2 proc. w strefie euro, najwyżej od ponad dwóch lat. EBC niemal na pewno podniesie stopy 12 czerwca, a rynki wyceniają kolejne podwyżki w dalszej części roku.
Tymczasem amerykańska gospodarka, napędzana boomem na sztuczną inteligencję, radzi sobie zdecydowanie lepiej. S&P 500 właśnie zanotował ósmy dzień wzrostów z rzędu, Goldman Sachs podniósł swój cel na koniec roku do 8000 punktów. Ta asymetria – Ameryka bogaci się na AI, a Europa płaci rachunek za wojnę naftową – sprawia, iż dla Brukseli poszukiwanie alternatywnych ram handlowych staje się nie tyle kwestią ambicji strategicznych, ile zwykłej konieczności ekonomicznej.
Co to oznacza w praktyce?
Na razie najważniejszym mechanizmem integracji mają być wspomniane reguły pochodzenia. Brzmi nudno, ale w rzeczywistości to klucz do tego, czy europejscy producenci będą mogli tanio wplatać się w azjatyckie łańcuchy dostaw – i odwrotnie. Niemiecka Izba Przemysłowo-Handlowa i British Chambers of Commerce publicznie popierają ten kierunek. Jak tłumaczył Klemens Kober z DIHK, UE ma już umowy handlowe z większością członków CPTPP – luki istnieją praktycznie tylko wobec Australii, Malezji i Brunei. Baza do zbudowania czegoś większego zatem istnieje.
Chatham House nie postuluje przy tym pełnej akcesji Unii do CPTPP, bo to proces na lata – a może i dekady, biorąc pod uwagę brukselski talent do opóźniania ratyfikacji. Zamiast tego Butler proponuje serię sektorowych porozumień, które stopniowo zbliżą oba systemy: wspólne propozycje reformy WTO, negocjacje na temat handlu cyfrowego i odporności łańcuchów dostaw, a także wzajemne uznawanie ocen zgodności.
Głosy sceptyczne, ale uzasadnione
Oczywiście nie brakuje wątpliwości. Francesca Ghiretti z RAND Europe zwraca uwagę, iż większość członków CPTPP to jednocześnie sojusznicy wojskowi Stanów Zjednoczonych – NATO nie zniknęło, Japonia i Australia mają formalne traktaty z Waszyngtonem. Mówienie o „trzecim biegunie” ma więc sens handlowo-regulacyjny, ale strategicznie te kraje przez cały czas pozostają w amerykańskiej orbicie. Mamy tu do czynienia raczej z dywersyfikacją niż z realnym przegrupowaniem geopolitycznym.
Są też przeszkody wewnętrzne. Unijny regulacyjny maksymalizm – RODO, protekcjonizm rolny, standardy środowiskowe – trudno pogodzić z liberalnym duchem CPTPP. Społeczny opór wobec wielkich umów handlowych nie zniknął; wystarczy przypomnieć wieloletnią sagę z ratyfikacją porozumienia z Mercosurem. Partie protekcjonistyczne – od Rassemblement National we Francji po AfD w Niemczech – wciąż rosną w siłę. Wreszcie sam Trump mógłby potraktować zacieśnienie UE-CPTPP jako wyzwanie i odpowiedzieć kolejnymi groźbami, na przykład wiążąc kwestie handlowe z gwarancjami bezpieczeństwa w NATO.
Co z tego wynika dla inwestorów?
Dla osób operujących na rynkach walutowych i kapitałowych „trzeci biegun” to na razie bardziej trend strukturalny niż wydarzenie, które jutro poruszy notowania. Ale warto go obserwować, bo konsekwencje mogą być daleko idące. Porozumienie o kumulacji reguł pochodzenia przełożyłoby się na realne przepływy handlowe i potencjalnie wzmocniłoby euro w dłuższym horyzoncie. Dla europejskich eksporterów – od niemieckich producentów maszyn po polskie firmy z branży IT – otworzyłoby dostęp do azjatyckich łańcuchów wartości na bardziej konkurencyjnych warunkach.
Szerzej – mamy do czynienia z sygnałem, iż globalna architektura gospodarcza nie zmierza w stronę deglobalizacji, ale w kierunku globalizacji wielobiegunowej. Takiej, w której żadne mocarstwo nie ma monopolu na reguły gry, a średniej wielkości potęgi handlowe próbują wspólnie zapewnić sobie margines bezpieczeństwa. Czy im się uda? Historia uczy ostrożności. Ale impet polityczny jest dziś silniejszy niż kiedykolwiek, a raport Chatham House to najdobitniejszy dotąd wyraz tego, dokąd zmierza myślenie strategiczne po obu stronach globu.
Źródła: Chatham House, Reuters

5 godzin temu






