Wielka zdrada londyńskiego rynku akcji

17 godzin temu

Pod koniec lat 30. XX wieku firma Tate & Lyle zdecydowała się wejść na Londyńską Giełdę Papierów Wartościowych (LSE), aby skorzystać z ożywienia gospodarczego Wielkiej Brytanii.

Był to dowód na znaczenie rynku akcji i początek dziesięcioleci wzrostu, a LSE stała się maszyną napędową brytyjskiego kapitalizmu. Ale wszystko to gwałtownie się skończyło w zeszły wtorek. Akcjonariusze Tate & Lyle zagłosowali za przejęciem firmy przez amerykańskiego rywala za 2,7 mld funtów, kończąc 90-letnią obecność firmy na giełdzie.

Dla wielu wycofanie się jednej z najstarszych notowanych na giełdzie spółek w Wielkiej Brytanii ma wymiar symboliczny, podkreślając obawy o słabnący wpływ LSE, gdyż firmy wierzą, iż ich przyszłość leży na Wall Street lub w rękach inwestorów kapitału wysokiego ryzyka. Oferty przejęcia gigantów na rynku londyńskim, takich jak easyJeT, Intertek, Mitie Group, Rotork i Segro, jakie pojawiły się w ostatnich tygodniach, również wzmogły obawy o przyszłość rynku.

Tymczasem doniesienia o rozmowach na temat fuzji o wartości 300 mld funtów między AstraZeneca a amerykańskim rywalem wzbudziły pytania o powiązania giganta z indeksu FTSE 100 z Wielką Brytanią. W obliczu gwałtownego wycofywania się firm z rynku pojawiają się pytania, dlaczego londyński rynek akcji upadł i dlaczego brytyjscy inwestorzy nie przychodzą mu z pomocą.

Uczucie kurczenia się

Ponieważ dawni mistrzowie Londynu opuścili targ, nastąpił gwałtowny exodus, który drastycznie zmniejszył skalę tego liczącego sobie setki lat targu. W 1997 roku 1 funt na każde 2 funty zainwestowane przez brytyjskie fundusze emerytalne trafiał na brytyjski rynek akcji. Dziś ta kwota to raczej 1 funt na każde 20 funtów.

Dziesięć lat temu na giełdzie notowanych było 2365 spółek, w tej chwili jest ich zaledwie 1500 – co stanowi znaczący spadek o 36%. Odchodzenie od rynków publicznych nie jest zjawiskiem wyjątkowym w Wielkiej Brytanii, ale sytuacja jest tu większa niż w zdecydowanej większości państw rozwiniętych. Niektóre zdefiniowane programy emerytalne całkowicie zrezygnowały z akcji, zastępując je obligacjami w miarę ich dojrzewania i zamykania.

Inni jednak – zachęceni przez doradców i konsultantów – zdecydowali się zastąpić akcje brytyjskie funduszami śledzącymi globalne indeksy. Scottish Widows, jeden z największych brytyjskich dostawców emerytur, poinformował w zeszłym roku, iż zmniejszy swoje inwestycje w akcje spółek brytyjskich z 12% do 3%, ponieważ spodziewa się wyższych zysków z zagranicy.

Nawet mniejsze systemy emerytalne, takie jak samorządowe programy emerytalne, ograniczyły swoją ekspozycję na Wielką Brytanię. Kilka lat temu rada hrabstwa Oxfordshire, korzystając z porad Brunel Pension Partnership, wyraziła obawy, iż posiadane przez nią akcje spółek brytyjskich są zbyt duże. Jak podano, zamiast 25% bardziej odpowiedni byłby poziom około 4% – mniej więcej taki, jaki ma Wielka Brytania w światowych indeksach.

Ta sama dyskusja miała miejsce w zarządach rad miejskich w całym kraju, gdy fundusze emerytalne były zafascynowane boomem na amerykańskie akcje technologiczne. „Niskie zyski [na rynkach brytyjskich] dały funduszom emerytalnym, a w szczególności ich doradcom inwestycyjnym, pretekst do stwierdzenia: »Spójrzcie, widzicie niskie zyski na akcjach brytyjskich… Dlatego zalecamy przejście z tradycyjnego modelu na model globalny«” – powiedział William Wright, założyciel i dyrektor zarządzający think tanku New Financial.

„Mnóstwo teorii finansowych dotyczyło dywersyfikacji i długoterminowych skorygowanych o ryzyko zwrotów, a słabe wyniki akcji brytyjskich dodatkowo potwierdzały tę argumentację”.

Wina nie leży wyłącznie po stronie funduszy emerytalnych, ale również po stronie kolejnych rządów, które likwidowały zachęty podatkowe, aby zachęcić fundusze emerytalne do inwestowania w brytyjskie akcje. W pierwszym budżecie Gordona Browna z 1997 r. ówczesny kanclerz ogłosił zniesienie ulgi podatkowej, którą fundusze emerytalne otrzymywały od dywidend.

Inne kraje wyraziły odmienny pogląd. Australia zachowała podobną zachętę podatkową, a jej fundusze emerytalne inwestują 24% swoich aktywów o wartości 2,7 biliona dolarów (2,1 biliona funtów) na australijskim rynku akcji, podczas gdy brytyjskie fundusze inwestują w tej chwili zaledwie 4%.

Mimo to fundusze emerytalne otrzymują spore ulgi podatkowe – około 50 mld funtów – co spotyka się z coraz większą krytyką ze strony niektórych środowisk.

David Schwimmer, szef London Stock Exchange Group, powiedział w zeszłym tygodniu, iż nowy rząd Andy’ego Burnhama powinien bliżej przyjrzeć się ulgom podatkowym.

„Szczególnie skupiamy się na reformie funduszy emerytalnych… nie w żaden nakazany sposób, ale w sposób odpowiednio zachęcający, biorąc pod uwagę obecne ulgi podatkowe wynoszące około 50 mld funtów, które trafiają do funduszy emerytalnych” – powiedział.

Argumenty przemawiające za zakupem brytyjskiego

W miarę jak fundusze emerytalne opuszczają Wielką Brytanię, a w rezultacie spadają wyceny brytyjskich spółek, inwestorom inwestującym w Wielką Brytanię coraz trudniej osiągnąć sukces.

Wielu najsłynniejszych menedżerów funduszy inwestycyjnych i największych brytyjskich funduszy skupia się na rynku amerykańskim, a większość największych brytyjskich funduszy posiada jedynie niewielki odsetek swoich całkowitych inwestycji w akcje brytyjskie.

Nasuwa się jednak pytanie, dlaczego brytyjscy zarządzający funduszami nie są zachęcani do zakupu większej ilości akcji brytyjskich.

Terry Smith jest jednym z najbardziej znanych menedżerów funduszy w kraju. Swoją karierę rozpoczął w londyńskim City, gdzie był analitykiem giełdowym w Barclays.

Mimo iż znaczną część swojego sukcesu zawdzięcza Wielkiej Brytanii, jego flagowy fundusz Fundsmith inwestuje zaledwie 2,8% swoich środków w akcje brytyjskie, podczas gdy w akcje spółek amerykańskich jest to 7,5%, francuskich 5,7%, a hiszpańskich 4,8%.

Smith, który w ciągu ostatnich dwóch lat zarobił około 50 milionów funtów, mieszka na tropikalnej wyspie Mauritius na Oceanie Indyjskim, gdzie buduje muzeum dla swojej kolekcji ponad 200 klasycznych samochodów. Nie jest sam.

Scottish Mortgage Investment Trust, fundusz inwestycyjny zarządzany przez menedżera funduszy Toma Slatera, należący do Baillie Gifford, posiada akcje tylko jednej brytyjskiej spółki, Wise, które stanowią zaledwie 1,3% jej całkowitego portfela.

Podobnie fundusz St James’s Place Polaris 3 o wartości 50 mld funtów, jeden z największych funduszy w Wielkiej Brytanii, nadzorowany przez Justina Onuekwusiego, lokuje zaledwie 6,8% swoich inwestycji w akcje brytyjskie, podczas gdy w akcje północnoamerykańskie ten odsetek wynosi 39,8%.

Zarządzający funduszami twierdzą, iż ten podział odzwierciedla stosunkowo niewielki rozmiar brytyjskiego rynku akcji, zwłaszcza w porównaniu z rynkiem amerykańskim. Brytyjskie spółki notowane na giełdzie odpowiadają za około 3% kapitalizacji rynkowej akcji na całym świecie.

Twierdzą również, iż ich obowiązkiem jest maksymalizacja zysków dla inwestorów i iż inwestorzy mogą wpłacać pieniądze do specjalnych funduszy brytyjskich, jeżeli tak zdecydują.

„Rynki są w pewnym sensie niespokojne”

James Budden, globalny dyrektor ds. marketingu w Baillie Gifford, powiedział: „Uważamy, iż kapitał powinien być alokowany w przedsiębiorstwa o największym potencjale długoterminowego wzrostu, a nie według krajowych kwot lub preferencji rynku krajowego.

„Inwestorzy poszukujący dedykowanej ekspozycji na Wielką Brytanię mogą to osiągnąć za pośrednictwem funduszy i strategii skoncentrowanych na rynku brytyjskim. Z kolei fundusze globalne mają na celu zapewnienie akcjonariuszom dostępu do najlepszych możliwości inwestycyjnych na całym świecie”.

Mimo to w Wielkiej Brytanii istnieje wiele odnoszących sukcesy firm, które mogłyby osiągać spore zyski dzięki inwestycjom dużych funduszy. W niektórych przypadkach problemy LSE dodatkowo zwiększyły atrakcyjność tego typu brytyjskich firm. W ciągu ostatniego roku indeks FTSE 100 osiągnął lepsze wyniki niż amerykański indeks S&P 500 i w zeszłym tygodniu osiągnął nowy rekord.

Gervais Williams, doświadczony brytyjski menedżer funduszy, powiedział: „[Fundusze] powinny kupować nie tylko dlatego, iż jest to słuszne, ale dlatego, iż mają zbyt dużą korelację i zapewnia to wspaniałą możliwość rebalansowania portfeli w czasie, gdy rynki są nieco niespokojne.

„To kwestia tego, czy fundusze emerytalne będą chciały nadążać, czy też zadowolą się biernym przyglądaniem się bardzo wysokim stopom zwrotu w Wielkiej Brytanii, nie robiąc nic w tej sprawie”. Dla przyszłych Tate & Lylesów Wielka Brytania musi mieć nadzieję, iż londyńska giełda papierów wartościowych odkryje na nowo swoją magię, zanim będzie za późno.

Idź do oryginalnego materiału