Wojna, ropa po 114 dolarów, a złoto tanieje. Czy to wciąż bezpieczna przystań?

1 godzina temu

Ostatnie dni na rynku złota wyglądają jak podręcznikowy paradoks. Po atakach na cele w Arabii Saudyjskiej ropa gwałtownie podrożała, rynki akcji znalazły się pod presją, a niepewność geopolityczna wzrosła. Teoretycznie to idealne warunki dla złota. Tymczasem cały ubiegły tydzień cena złota spadła o blisko 4%. Od styczniowego rekordu na poziomie ok. 5,6 tys. dolarów kruszec potaniał już o ponad jedną czwartą. Rozumiem zaskoczenie wielu osób. Warto jednak spojrzeć na to, co naprawdę dzieje się na rynkach – bo spadek ceny złota w momencie ostrego kryzysu nie jest niczym nowym. To raczej powtarzalny wzorzec niż dowód na to, iż złoto „przestało działać”.

Złoto sprzedaje się wtedy, gdy potrzebna jest gotówka

W pierwszej fazie każdego większego wstrząsu inwestorzy instytucjonalni nie pytają, co jest bezpieczne, tylko skąd gwałtownie wziąć pieniądze. Gdy tanieją akcje – a w ostatnich tygodniach mocno przeceniane są zwłaszcza spółki związane ze sztuczną inteligencją – fundusze i inwestorzy grający na kredyt muszą uzupełniać depozyty zabezpieczające. Sprzedają więc to, co mają płynne i na czym mają zyski. Złoto, które w ciągu ostatnich dwóch lat podrożało bardzo mocno, jest pierwszym kandydatem.

To mechanizm dobrze znany z historii. Jesienią 2008 roku, w najgorętszym momencie kryzysu finansowego po upadku Lehman Brothers, cena złota spadła o mniej więcej 30 proc. od marcowego szczytu. Kilka lat później kosztowało ono niemal dwa razy więcej. W marcu 2020 roku, w pierwszych dniach pandemii, złoto w ciągu kilkunastu dni straciło ok. 12 proc. – a już w sierpniu tego samego roku biło historyczne rekordy. Spadek w fazie paniki nie przekreślał więc roli złota. Był jej elementem.

Drugi czynnik jest mniej oczywisty. Ropa po 114 dolarów oznacza wyższą inflację, a inflacja w Stanach Zjednoczonych już teraz jest wyższa od oczekiwań – we wrześniu wyniosła 3,7 proc. Rynek coraz poważniej bierze pod uwagę, iż Rezerwa Federalna nie tylko nie obniży stóp, ale w grudniu może je wręcz podnieść. Wysokie stopy procentowe i mocny dolar zwykle ciążą cenie złota, bo kruszec nie przynosi odsetek, a inwestorzy mogą dziś bezpiecznie zarobić na amerykańskich obligacjach. W krótkim terminie to właśnie ta „matematyka stóp procentowych” wygrywa z geopolityką. W dłuższym – sytuacja wygląda inaczej. Trwale wyższa inflacja, rosnące zadłużenie państw i niepewność co do przyszłej wartości walut to dokładnie te zjawiska, przed którymi złoto chroni od stuleci.

Banki centralne: większość kupuje, niektóre sprzedają

Najlepiej widać to po zachowaniu największych graczy. Według wstępnych danych World Gold Council we wrześniu banki centralne kupiły ok. 63 ton złota – najwięcej od listopada 2024 roku. Narodowy Bank Polski jest w tym roku największym oficjalnie raportowanym nabywcą kruszcu na świecie: od stycznia znacząco powiększył rezerwy o ponad 120 ton i ma ich już ok. 672 ton, a docelowo chce mieć 700 ton. To istotny sygnał. Banki centralne nie kupują złota po to, żeby zarobić w kwartał czy dwa. Kupują je, bo traktują je jako aktywo, które nie zależy od wypłacalności żadnego rządu ani banku i które zachowuje wartość w czasach, gdy zaufanie do systemu finansowego słabnie. o ile instytucje zarządzające rezerwami całych państw wykorzystują spadki do zakupów, inwestor indywidualny powinien przynajmniej zadać sobie pytanie, dlaczego.

Nie znaczy to, iż wszystkie banki centralne tylko kupują. W tym roku pojawili się także sprzedający. W marcu banki centralne po raz pierwszy od dziesięciu miesięcy były łącznie sprzedawcami netto – ich rezerwy zmniejszyły się o ok. 30 ton. Największym sprzedawcą jest Turcja, która od początku roku pozbyła się ok. 85 ton kruszcu, a drugim Rosja – ok. 50 ton. Złoto sprzedają też mniejsze banki, np. Uzbekistanu czy Jordanii. Powody są jednak bardzo różne. Turcja broni liry: w obliczu odpływu kapitału i rosnącego popytu na waluty obce potrzebuje dolarów, a złoto jest najszybszym sposobem, żeby je zdobyć. Rosja, odcięta sankcjami od dolara i euro, sprzedaje złoto w ramach operacji Funduszu Dobrobytu Narodowego, z którego państwo finansuje m.in. potrzeby budżetu, a sam bank centralny tłumaczy to także koniecznością dywersyfikacji rezerw po tym, jak udział złota mocno w nich wzrósł. Uzbekistan otwarcie mówi z kolei o realizacji zysków przy korzystnych cenach.

Te przykłady nie podważają roli złota – raczej ją potwierdzają. Kraje, które znalazły się pod presją, sięgają po złoto dokładnie po to, po co się je gromadzi: jako rezerwę na trudne czasy, którą można gwałtownie zamienić na gotówkę, kiedy inne źródła zawodzą. To ten sam mechanizm, który dziś widzimy na rynku – tylko w skali całych państw.

Polacy stawiają na małe sztabki i monety

Ostatnie kilka tygodni Mennica Skarbowa notuje wysoką sprzedaż złota. Polacy najczęściej wybierają niewielkie gramatury – sztabki 1, 5, 10 czy 20 gramów – oraz popularne monety bulionowe, takie jak południowoafrykański Krugerrand, kanadyjski Liść Klonowy czy austriacki Wiedeński Filharmonik. To nie przypadek. Takie produkty są rozpoznawalne i płynne na całym świecie – można je sprzedać w Warszawie, Wiedniu czy Toronto, a ich wartość wynika z ceny kruszcu, a nie z sytuacji na lokalnym rynku.

Małe gramatury mają jeszcze jedną zaletę, o której rzadko się mówi. Nie trzeba sprzedawać całych oszczędności naraz – można spieniężyć dokładnie tyle, ile w danej chwili jest potrzebne. A w skrajnych sytuacjach, gdy zawodzą banki i systemy płatności albo waluta gwałtownie traci na wartości, niewielka moneta czy sztabka może posłużyć bezpośrednio do wymiany – na żywność, paliwo czy inne podstawowe dobra. Historia wielu państw pokazuje, iż w czasach kryzysu złoto było akceptowane wtedy, gdy pieniądz papierowy przestawał być. Mam nadzieję, iż w Polsce nigdy nie będziemy musieli tego sprawdzać. Właśnie dlatego złoto fizyczne pełni rolę polisy ubezpieczeniowej – takiej, której wartość docenia się dopiero wtedy, gdy jest naprawdę potrzebna.

Złoto to inwestycja na lata, nie na tygodnie

Najlepiej widać to w dłuższej perspektywie. Dziesięć lat temu, w październiku 2016 roku, za uncję złota płacono średnio ok. 1267 dolarów, czyli niespełna 5 tys. zł. Dziś – choćby po ostatniej przecenie – to ok. 4 tys. dolarów, czyli ponad 15 tys. zł. Cena wzrosła więc ponad trzykrotnie, co daje średnio ok. 12 proc. rocznie. Kto dziesięć lat temu przeznaczył na złoto 10 tys. zł, ma dziś ok. 31 tys. zł. W perspektywie 30 lat różnica pozostało większa: w październiku 1996 roku uncja kosztowała ok. 381 dolarów, a dziś jest ponad dziesięć razy droższa. To wzrost o ok. 950 proc., czyli średnio ponad 8 proc. rocznie. Jednocześnie historia uczy pokory. Po rekordzie z 1980 roku na powrót do tamtych poziomów trzeba było czekać prawie trzy dekady, a po szczycie z 2011 roku – blisko dziewięć lat. Dlatego złota nie należy oceniać po jednym kwartale ani choćby po jednym roku. Zarabia na nim przede wszystkim ten, kto potrafi je trzymać przez lata.


Autor: Adam Stroniawski, ekspert z Mennicy Skarbowej

Idź do oryginalnego materiału