W weekend świat obiegły nagłówki o bombardowaniach, ultimatum i możliwej blokadzie Cieśniny Ormuz. W mediach klasyka: „wojna”, „ropa po 100 dolarów”, „krach na giełdach”.
Tylko iż rynek… znowu zareagował inaczej, niż większość się spodziewała. Ropa wystrzeliła, dolar się umocnił, złoto nie zachowało się jak klasyczna „bezpieczna przystań”, a izraelska giełda zrobiła nowe szczyty. Indeks strachu VIX wyskoczył ponad normę, co historycznie bywało… sygnałem do kupowania, a nie ucieczki z rynku.
Dlatego w dzisiejszym materiale nie będziemy analizować, kto ma rację politycznie. Interesuje mnie wyłącznie jedno: co z rynkami finansowymi. Czy to jest początek większej zmiany na rynkach surowców i akcji, czy tylko krótkoterminowy szum?
Bo wojny w mediach wyglądają dramatycznie. Na wykresach często wyglądają… zupełnie inaczej. Zapraszam.
Wojna z Iranem trwa, a ja kupuję akcje. Oszalałem?
Jak konflikt w Iranie zaczął wpływać na rynki finansowe
To, co dziś dzieje się w Iranie, zaczęło się rozpędzać jeszcze w 2025 roku. Donald Trump dał wtedy dwumiesięczne ultimatum na zawarcie nowej umowy nuklearnej. Rozmowy na ten temat, które ruszyły w kwietniu 2025 roku, zostały przerwane przez izraelskie ataki na irańskie obiekty jądrowe. Do ofensywy dołączyły Stany Zjednoczone, niszcząc najważniejsze instalacje w Fordow i Natanz.
Wewnątrz Iranu sytuacja stała się tragiczna. Pod koniec 2025 roku, z powodu gwałtownego osłabienia irańskiej waluty, wybuchły masowe protesty. Ludzie wyszli na ulice, żądając zakończenia obecnych rządów.

Władze odcięły Internet, wprowadzono stan wyjątkowy i wysłano wojsko. Trump wykorzystał te wydarzenia jako argument do interwencji wojskowej. w uproszczeniu – rozpierducha, ale to nie jest kanał historyczny ani geopolityczny.
Interesuje nas tylko efekt finansowy tych wydarzeń, a samo wydarzenie – jak zresztą każde „wojenne” wydarzenie – taki efekt ma. Co prawda nie jest on dla wielu intuicyjny, ale o tym zaraz.
Wydarzenia w Iranie to przede wszystkim sytuacja krytyczna dla rynku ropy naftowej. Iran nie jest tylko ważnym producentem, ale też częściowym „strażnikiem” Cieśniny Ormuz.

Cieśnina Ormuz – najważniejszy punkt globalnego handlu ropą
Ormuz to wąski przesmyk łączący Zatokę Perską z Oceanem Indyjskim. Przez ten punkt przechodzi około jednej czwartej całego światowego handlu ropą transportowaną drogą morską. W 2025 roku każdego dnia przepływało tędy średnio prawie 17 milionów baryłek ropy i kondensatu.
Sama cieśnina ma około 160 kilometrów długości, ale w najwęższym miejscu jej szerokość to zaledwie 34 kilometry. Dodatkowo korytarze, którymi mogą bezpiecznie płynąć tankowce, mają tylko po 3 kilometry szerokości w każdym kierunku. To sprawia, iż statki są tam niezwykle łatwym celem. Można je zaatakować z lądu dzięki rakiet, użyć dronów albo rozmieścić miny morskie.

Statki transportowe krążące w tamtym regionie słyszały komunikaty radiowe, rzekomo od irańskiej marynarki, zakazujące dalszego przepływu. w tej chwili chyba ten wątek jest już nieaktualny, bo USA twierdzą, iż rozwaliły wszystkie 11 statków Iranu, które tam były. Ten typ blokady morskiej już więc raczej odpada.
Tak czy inaczej sporo statków handlowych zaczęło wstrzymywać się z transportem, głównie w efekcie zmian w cenie ubezpieczenia. Ubezpieczyciele od soboty anulują polisy i podnoszą ceny dla statków przepływających przez Zatokę Perską. Wzrost kosztów ubezpieczenia może sięgnąć 50% wartości polisy.
Armatorzy więc decydują o tym, żeby lepiej postać chwilę na kotwicy, spóźnić się z dostawą i może wyjdzie taniej. Dotychczas koszty ubezpieczenia dla statków w Zatoce Perskiej wynosiły około 0,25% wartości statku. Po podwyżkach za jednostkę o wartości 100 mln dolarów armator zapłaciłby 375 tys. dolarów zamiast dotychczasowych 250 tys. dolarów za rejs.
Efekt jest więc taki, iż tankowce na razie unikają cieśniny, a ropa drożeje. Warto być jednak świadomym tego, iż to nie jest efekt wielkich ataków na statki, tylko – jak na razie – czysta kalkulacja biznesowa.

Czy Iran może naprawdę zablokować Ormuz?
Scenariusz pełnej blokady cieśniny jest praktycznie nierealny, bo Iran po prostu nie ma takich środków. Jedyny statek, który Irańczycy na razie zaatakowali, to niewielki tankowiec „Skylight”, który należał do ich własnej floty cieni i był objęty sankcjami USA.
Ma to sens, bo obrazki się poniosą w mediach, a nikt o statek się nie upomni, skoro formalnie do nikogo nie należy. Skutek tymczasowy osiągnięty, bo ruch przez Ormuz spadł o 70%.
W efekcie przestały też obowiązywać polisy ubezpieczeniowe, o których mówiłem, bo te mają wyłączenia na wypadek wojny.
Naturalnie więc ceny ropy chwilowo pójdą do góry. Gdyby cena ropy rzeczywiście utrzymała się na takich poziomach jak obecne dłużej, to główny efekt Amerykanie zobaczą w odczytach inflacji CPI.
Matematyka mówi, iż średnia cena ropy na poziomie 70,67 USD przez kolejne 30 dni da jednorazowe podbicie inflacji miesiąc do miesiąca o 0,6 punktu procentowego.
Wyższa inflacja to z kolei problem dla banków centralnych, które mogą odwlec obniżanie stóp procentowych. Już teraz rynek pogodził się z tym, iż do lipca nowych obniżek stóp w USA nie będzie. I słusznie, bo nie będzie.
Zresztą tak czy inaczej by nie było, bo po co Powell na dwa miesiące przed końcem kadencji miałby to brać na siebie.
Spokojnie jednak. Nie dość, iż do pełnej blokady cieśniny Iran nie ma środków, to na samej blokadzie również cierpi… Iran, bo nie może eksportować własnego surowca. Każdy dzień paraliżu to dla irańskiej gospodarki – i tak już osłabionej sankcjami – potężny cios.

LNG i gaz – druga strona problemu energetycznego
Do tego głównym odbiorcą irańskiej ropy nie jest USA czy Europa, ale Chiny, które kupują aż 90% ich eksportu. choćby jeżeli weźmiemy pod uwagę cały transport ropy przez cieśninę Ormuz, to Chiny odbierają aż 38% i to one najbardziej ucierpią na blokadzie jako odbiorca.
Są na to przygotowani, bo mają nazbierane ponad miliard baryłek zapasów, ale to nie zmienia faktu, iż nie będą z tego powodu zadowoleni, o czym już otwarcie mówią, nawołując Iran do puszczania tankowców.

Problemy cieśniny Ormuz nie dotyczą jednak wyłącznie rynku ropy. Analogiczna historia jest choćby bardziej istotna dla rynku gazu.
Przez cieśninę przechodzi ogromna część światowego handlu LNG. Głównym graczem jest tutaj Katar, który w 2025 roku wyeksportował ponad 80 mln ton tego surowca.
Po atakach na Iran QatarEnergy został zmuszony do wstrzymania operacji. Efekt? Europejskie kontrakty terminowe na gaz wzrosły o 70% od 18 lutego.

Tutaj mamy analogiczną historię konsekwencji jak w przypadku ropy. Ale to wszystko tylko jedna strona medalu – ta krótkoterminowa.
Długoterminowy scenariusz: co jeżeli Iran się otworzy?
Jeśli sytuacja rzeczywiście nie będzie się przeciągać i USA uda się osiągnąć swoje cele, osadzając w Iranie bardziej prozachodni reżim, to ceny ropy i gazu nie tylko mogą gwałtownie spadać. Mogą spadać choćby bardziej niż wcześniej urosły.
Jeśli to Zachód zacznie w pełni kontrolować cieśninę i pozawiera umowy na irańskie złoża naftowe, to zarówno sama trasa stanie się bezpieczniejsza, jak i podaż irańskiej ropy zacznie trafiać częściowo na Zachód. Do tej pory była ona objęta sankcjami.
Do tego inwestycje w irańską infrastrukturę naftową mogą zwiększyć jej efektywność i ostatecznie choćby zwiększyć całkowitą podaż ropy na świecie.
Upadek reżimu w Teheranie to nie tylko zmiana władzy, ale też odcięcie finansowej kroplówki dla wpływowych organizacji paramilitarnych.
Jemeńscy Huti bez irańskich doradców i części do dronów nie będą w stanie okresowo blokować światowego handlu w innej cieśninie: Bab al-Mandab.

Bab al-Mandab – drugi strategiczny wąski gardło handlu
Bab al-Mandab to inny ze strategicznych punktów na globalnej mapie handlu. Położona między Jemenem na Półwyspie Arabskim a Dżibuti i Erytreą w Afryce.
To jedyne wejście z Oceanu Indyjskiego na Morze Czerwone i dalej – przez Kanał Sueski – do Europy.
W swoim najwęższym miejscu ma zaledwie 29 kilometrów szerokości, co czyni ją bardzo łatwym celem dla wszystkich, kto dysponuje podstawowymi rakietami.
Dzięki dostawom irańskich dronów kamikadze, rakiet balistycznych oraz tanich, ale skutecznych min morskich, asymetryczne siły są w stanie sterroryzować największe kontenerowce i tankowce świata.
Blokada ta nie opiera się wyłącznie na fizycznym zatapianiu statków, ale przede wszystkim na wojnie psychologicznej. Wystarczy kilka udanych ataków, by firmy ubezpieczeniowe drastycznie podniosły stawki, a armatorzy podjęli decyzję o przekierowaniu statków na trasę wokół Afryki, co wydłuża podróż o dwa tygodnie i gigantycznie zwiększa koszty transportu.

Przez Bab al-Mandab również przepływa dziennie około 4–5 milionów baryłek ropy oraz dostawy LNG z Kataru, który dla wielu państw Unii Europejskiej stał się fundamentem bezpieczeństwa energetycznego.
Nasilające się napięcia z Iranem w krótkim terminie generują problemy i wywierają presję na dostępność i ceny surowców.
Jeśli jednak reżim w Iranie zostanie podmieniony na prozachodni, to problemy mogą w końcu ustąpić, co wywoła presję spadkową na ceny surowców i poprawi dostępność towarów oraz drożność światowego handlu.
Krótkoterminowo wojna prawie zawsze będzie wywoływać wzrost ceny pewnych surowców powiązanych z daną gospodarką.
Czy wojna naprawdę pomaga złotu?
Ale rynek ropy to nie jedyne miejsce, które zmierzyło się ze zmiennością.
Na pierwszy rzut oka reakcja metali szlachetnych na takie wydarzenie wydaje się oczywista. Wojna to wzrost niepewności, czyli inwestorzy powinni szukać bezpieczeństwa i uciekać do złota oraz srebra.
Prosta historia. Tylko iż to nie jest takie oczywiste.
Rynek już niejednokrotnie pokazywał, iż w okresach niepewności to dolar amerykański jest bezpieczną przystanią, a nie żadne złoto.
Tak też jest i tym razem. W dwa dni indeks dolara podskoczył prawie 2%, a tak mocne i szybkie podbicie na dolarze w zasadzie zawsze zgra się z korektą na metalach.
Złoto zyskuje właśnie wtedy, kiedy dolar spada. Czemu? Ponieważ światowe złoto jest rozliczane w dolarze, więc kiedy dolar się osłabia wobec innych walut, to cały świat może kupować złoto relatywnie taniej, więc popyt na nie rośnie i napędza jego cenę.
Tutaj dochodzimy do interesującego paradoksu. Wojna, która niby powinna premiować metale szlachetne, jednocześnie je ubija.

Brzmi jak narracja oderwana od rzeczywistości? No cóż… spójrzmy, jak zachowywało się złoto po wybuchu wojny na Ukrainie. Widać na wykresie, iż raczej kiepsko.

Spójrzmy na reakcję metali szlachetnych na wybuch wojny w Iranie. Złoto rosło w poniedziałek o ponad 2% w reakcji na wydarzenia z Iranu, ale gwałtownie zeszło praktycznie na „zero”.
Natomiast srebro, które zwykle charakteryzuje się większą zmiennością, o dziwo rosło ledwo o 1,8%, a już drugiego dnia było choćby niżej niż przed wybuchem wojny. I to niżej o 10%.
W dzisiejszym świecie to dolar jest bezpieczną przystanią, a nie żółte kamyki.

Wojny a giełda – co mówi historia rynku akcji
Nie zliczę też, ile to naczytałem się przez weekend na X, jak to zaraz będzie wielki krach na giełdach, bo wojna itd.
No cóż. Fakty i historia rynków finansowych nie potwierdzają takich scenariuszy.
Ogólnie wojny są dość bycze dla rynku akcji. Zwłaszcza te, gdzie to USA atakuje.
W horyzoncie sześciu miesięcy indeks S&P 500 był wyżej w prawie 87% przypadków podobnych ataków. Pozostaję więc dość spokojny o rynek akcji.

Zwłaszcza iż dokładnie we wtorek 3 maja indeks zmienności VIX wybił ponownie ponad poziom 27.
A jeżeli jest jedna rzecz, którą warto przyswoić z rynku, to iż gdy VIX wybija o jedno odchylenie standardowe od swojej średniej w hossie, to… warto ładować akcje do worka. O ile tylko nie masz inwestycyjnego horyzontu na tydzień.
Niewiele więc więcej myśląc, ja do worka pakowałem.

Zresztą, żeby daleko nie szukać, spójrzmy jak zachowuje się giełda w Izraelu, która jest najbliżej tych wydarzeń.
Tak, dobrze widzicie. Osiąga nowe szczyty.
• WIG20 minus 4% w dwie sesje
• S&P 500 minus 1,3% w dwie sesje
• Japoński Nikkei minus 6,5% w dwie sesje
• Chiński Hang Seng minus 3,5% w dwie sesje
• Niemiecki DAX minus 5% w dwie sesje
I cały na biało izraelski TA35 plus 5,5% w dwie sesje i nowe ATH. Dlaczego?

Ponieważ dla globalnego inwestora wojna w Iranie to problem z ropą i inflacją. Jednak dla inwestora w Izraelu to szansa na usunięcie największego zagrożenia dla istnienia Izraela.
Rynek wycenia scenariusz, w którym po 2026 roku Izrael przestanie żyć w cieniu irańskiego programu atomowego i finansowanych przez Teheran bojówek.
To, co było największym ryzykiem geopolitycznym Izraela od dekad, właśnie jest neutralizowane.
I te pozytywne czynniki są dla lokalnych rynków ważniejsze niż ryzyko inflacji czy spowolnienia gospodarczego, które odgrywają pierwsze skrzypce na bardziej odległych rynkach, jak Polska i USA.
Znajdziesz tam więcej wartościowych treści o inwestowani, giełdzie i rynkach.
DNA Rynków – merytorycznie o giełdach i gospodarkach
Spółki, które mogą skorzystać na zmianie reżimu w Iranie
Załóżmy jednak przez chwilę – tak jak inwestorzy w Izraelu – iż materializuje się pozytywny scenariusz i Iran staje się prozachodni, bez rozpadu i bez nadmiernego chaosu.
Tutaj powstaje pytanie: kto na tym może zarobić ze spółek zagranicznych i bardziej dostępnych dla polskiego inwestora?
Po pierwsze Halliburton – jeden z największych na świecie dostawców usług dla pól naftowych.
Zmiana reżimu w Iranie w 2026 roku byłaby szansą na wiele kontraktów. Iran, mimo posiadania jednych z największych złóż węglowodorów na planecie, od dekad walczy z postępującą degradacją infrastruktury wydobywczej.
Sankcje odcięły Teheran od nowoczesnych technologii, co sprawiło, iż irańskie pola naftowe przypominają dziś technologiczny skansen.

W momencie politycznego otwarcia nowy, prozachodni rząd będzie potrzebował natychmiastowego zwiększenia wydobycia, aby sfinansować odbudowę państwa.
Halliburton, jako lider w dziedzinie wierceń, cementowania oraz kompleksowego zarządzania złożami, jest naturalnym kandydatem do roli głównego architekta tej modernizacji.
Firma posiada unikalne know-how w przywracaniu sprawności starym, wyeksploatowanym polom, co w przypadku Iranu byłoby priorytetem numer jeden.
W poniedziałek 2 marca po wybuchu konfliktu cena akcji tej spółki rosła o ponad 5%, ale już wcześniej – wraz z narastającym napięciem geopolitycznym – akcje zwyżkowały. Od początku roku dały zarobić już prawie 30%.

Halliburton to jednak nie jedyny beneficjent pozytywnego scenariusza.
Jeśli Halliburton jest „mięśniami” przemysłu naftowego, to SLB (dawniej Schlumberger) jest jego „mózgiem”.
SLB to największa na świecie firma zajmująca się usługami dla pól naftowych, a jej przewaga nad konkurencją opiera się na najbardziej zaawansowanej analityce danych i oprogramowaniu do modelowania złóż.
Dla nowego, prozachodniego Iranu SLB nie byłoby tylko dostawcą sprzętu, ale przede wszystkim partnerem strategicznym, który „prześwietli” irańską ziemię.
Po dekadach izolacji irańskie narodowe firmy naftowe dysponują niepełnymi i przestarzałymi danymi o swoich rezerwach.
SLB, dzięki takim platformom jak Delfi czy oprogramowaniu Petrel, mogłoby w ciągu kilku miesięcy stworzyć cyfrowe bliźniaki największych pól naftowych i gazowych Iranu.
Pozwoliłoby to na precyzyjne planowanie wydobycia, minimalizację kosztów i uniknięcie błędów, które w tej skali biznesu kosztują miliardy dolarów.

Iran dzieli z Katarem największe na świecie pole gazowe – South Pars.
Podczas gdy Katar, współpracując z zachodnimi gigantami, stał się potęgą LNG, irańska część złoża jest eksploatowana w sposób mało efektywny i ryzykowny.
SLB posiada unikalne doświadczenie w pracy w tak gigantycznych i skomplikowanych strukturach geologicznych.
Jako lider w technologii odwiertów kierunkowych i systemów podwodnych, SLB byłoby najważniejsze dla budowy nowej infrastruktury gazowej.
Tutaj akcje również już powoli dyskontują pozytywny scenariusz. W poniedziałek rosną o ponad 3%, a od początku roku dały zarobić już prawie 34%.

Mamy więc spółkę, która buduje pola, mamy spółkę, która je bada. Czas spojrzeć w innym kierunku, a nie tylko na ropę.
W tym momencie na scenę wchodzi spółka A.P. Møller – Mærsk A/S, światowy lider w transporcie kontenerowym.
Dla tej firmy prozachodni zwrot w Iranie oznacza powrót na jeden z najbardziej chłonnych rynków Bliskiego Wschodu.
Iran, liczący ponad 85 milionów obywateli, to potężny rynek konsumencki, który przez dekady był odcięty od regularnych, zintegrowanych łańcuchów dostaw.
W scenariuszu „nowego otwarcia” zapotrzebowanie na import dóbr konsumpcyjnych, elektroniki, części maszyn oraz materiałów budowlanych byłoby gigantyczne.
Maersk, posiadający jedną z największych flot kontenerowców na świecie, jest graczem zdolnym do błyskawicznego przywrócenia regularnych połączeń oceanicznych do kluczowych irańskich portów, takich jak Bandar Abbas.
Dla firmy oznacza to nie tylko potężne zwiększenie wolumenu przewożonych towarów, ale także możliwość narzucenia standardów logistycznych na rynku, który musi zostać zbudowany niemal od nowa.

Na wieść o ataku USA na Iran cena akcji Mærsk A/S rosła choćby o 8% na jednej sesji, a od początku roku spółka dała już zarobić 11%.

Podsumowanie: wojna w nagłówkach vs. rzeczywistość rynków
Podsumujmy to na chłodno.
Wojna w nagłówkach brzmi jak koniec świata. Na wykresach bardzo często jest tylko epizodem zmienności.
Ropa reaguje pierwsza. Inflacja może chwilowo podskoczyć. Banki centralne mogą na moment wcisnąć pauzę. VIX wybija, emocje rosną, komentarze w sieci przewidują krach.
Potem rynek zaczyna zadawać jedno pytanie: czy to zmienia długoterminowy układ sił i przepływy kapitału?
Jeśli cieśniny pozostaną otwarte, jeżeli nie dojdzie do realnej, trwałej blokady podaży surowców, to obecna zmienność może się okazać bardziej okazją niż początkiem bessy. Historia wielokrotnie to pokazywała.
Jeśli zmaterializuje się pozytywny scenariusz polityczny, to część spółek może być beneficjentem zmian szybciej, niż większość się spodziewa.
Dlatego przewaga nie polega dziś na przewidzeniu, kto wygra konflikt.
Przewaga polega na zrozumieniu mechanizmu: kto płaci wyższą cenę za ubezpieczenie, kto sprzedaje droższą ropę, kto dostaje nowe kontrakty i gdzie kapitał ucieka w pierwszej reakcji.
Reszta to już tylko zarządzanie ryzykiem i horyzontem inwestycyjnym.
Do zarobienia,
Piotr Cymcyk

3 godzin temu
Obserwuj 







