Rynek złota przeżywa najgłębszą korektę od ponad roku. W środę 19 marca uncja kruszcu w handlu terminowym na COMEX spadła w okolice 4 670–4 760 dolarów, kontynuując wyprzedaż, która dzień wcześniej zepchnęła kurs poniżej psychologicznej bariery 5 000 dolarów. Od historycznego rekordu wszech czasów, ustanowionego 28 stycznia na poziomie 5 589 dolarów za uncję, złoto straciło już ponad 15 procent. Tylko w ciągu ostatnich dwóch sesji kontrakty kwietniowe potaniały o blisko 7 procent. Dla wielu inwestorów, którzy przyzwyczaili się do nieprzerwanego marszu w górę, to bolesne przebudzenie.
Marcowy spadek nie jest dziełem jednego czynnika – to raczej splot trzech niezależnych, ale wzajemnie się wzmacniających sił.
Trzy ciosy w jednym tygodniu
Po pierwsze, dolar. Opublikowane we wtorek 18 marca dane o inflacji producenckiej (PPI) w Stanach Zjednoczonych okazały się znacznie gorsze od oczekiwań. Wskaźnik wzrósł w lutym o 0,7 procent w ujęciu miesięcznym, ponad dwukrotnie przekraczając konsensus rynkowy na poziomie 0,3 procent. W skali roku PPI przyspieszył do 3,4 procent – to najwyższy odczyt od lutego 2025 roku. Rynek niemal natychmiast przesunął oczekiwania co do kolejnej obniżki stóp procentowych przez Rezerwę Federalną na co najmniej grudzień, a dolar się umocnił. Złoto, wyceniane w amerykańskiej walucie, znalazło się pod bezpośrednią presją.
Po drugie, Fed. Rezerwa Federalna na posiedzeniu 18 marca zgodnie z oczekiwaniami utrzymała stopy procentowe w przedziale 3,50–3,75 procent, ale w komunikacie wyraźnie podkreśliła „niepewność” otoczenia makroekonomicznego. Mediana oczekiwań członków FOMC wskazuje już tylko na jedną obniżkę stóp w tym roku, co oznacza, iż era taniego pieniądza, na którą liczyli posiadacze złota, oddala się w czasie. Przewodniczący Jerome Powell podczas konferencji prasowej sygnalizował, iż bank centralny uważnie obserwuje rozwój sytuacji geopolitycznej, w szczególności wpływ konfliktu z Iranem na ceny energii i inflację.
Po trzecie, paradoks geopolityczny. Od początku marca, kiedy Iran faktycznie zamknął Cieśninę Ormuz dla żeglugi handlowej, ropa naftowa Brent poszybowała powyżej 100 dolarów za baryłkę – wzrost o ponad 70 procent od początku roku. Teoretycznie taki scenariusz powinien napędzać popyt na bezpieczną przystań, jaką jest złoto. Tak się jednak nie stało, a przynajmniej nie w sposób, jakiego spodziewał się rynek. Mechanizm okazał się dokładnie odwrotny: szok naftowy podsycił obawy inflacyjne, te z kolei umocniły dolara i odcięły nadzieję na obniżki stóp. W rezultacie złoto, zamiast zyskiwać na kryzysie, stało się ofiarą jego wtórnych skutków makroekonomicznych.
Rynek papierowy kontra fizyczny
Warto przy tym rozróżnić dwie rzeczywistości. To, co widzimy na ekranach terminali, to przede wszystkim rynek kontraktów terminowych, ETF-ów i pozycji lewarowanych. Gdy dolar się umacnia, a zmienność rośnie, duzi gracze instytucjonalni zmuszeni są do redukcji ekspozycji – złoto jest jednym z pierwszych aktywów do upłynnienia, bo jest po prostu wystarczająco płynne, by gwałtownie wygenerować gotówkę. To klasyczny mechanizm tzw. margin call, który w dniach gwałtownych ruchów rynkowych potrafi zniekształcić obraz fundamentalny.
Rynek fizycznego złota opowiada tymczasem nieco inną historię. Premie za fizyczną dostawę kruszcu utrzymują się na podwyższonych poziomach, a popyt ze strony jubilerów, inwestorów detalicznych i – co najważniejsze – banków centralnych nie wykazuje oznak dramatycznego osłabienia. Banki centralne nabyły w 2025 roku łącznie 863 tony złota. Choć to spadek o około 20 procent względem rekordowego 2024 roku (1 092 tony), przez cały czas jest to poziom historycznie bardzo wysoki. Największym nabywcą był po raz drugi z rzędu Narodowy Bank Polski, który w ubiegłym roku dodał do rezerw aż 102 tony kruszcu.
Korekta, nie odwrócenie
Perspektywa analityków pozostaje – mimo bieżącej wyprzedaży – umiarkowanie optymistyczna. J.P. Morgan utrzymuje swój cel cenowy na koniec 2026 roku na poziomie 6 300 dolarów za uncję. Deutsche Bank widzi złoto przy 6 000 dolarów, a Goldman Sachs, który jeszcze w styczniu podniósł swoją prognozę, mówi o 5 400 dolarów na grudzień tego roku. Oba te cele zostały wyznaczone jeszcze przed eskalacją konfliktu z Iranem i, zdaniem wielu komentatorów, mogą wymagać rewizji w górę, gdy szok energetyczny w pełni przełoży się na dane makroekonomiczne.
Kluczowym poziomem technicznym, na który patrzą traderzy, jest bariera 5 000 dolarów. Dopóki złoto oscylowało powyżej tej granicy, korekta wyglądała na zdrowe schłodzenie po rajdzie z okolic 2 600 dolarów (marzec 2025) do ponad 5 500 dolarów w niespełna rok. Przebicie tego poziomu – do czego doszło we wtorek – zmienia optykę krótkoterminową i otwiera drogę do głębszego cofnięcia, potencjalnie w rejon 4 500–4 600 dolarów, gdzie wypada wsparcie wynikające z poziomu Fibonacciego 50 procent całego ruchu wzrostowego.
Polska perspektywa
Dla polskich inwestorów obraz jest nieco łagodniejszy – osłabienie złotego wobec dolara częściowo amortyzuje spadek ceny kruszcu wyrażonej w rodzimej walucie. Według danych NBP z 19 marca cena grama złota w próbie 1000 wynosi 592,62 złotych. Dla porównania, na początku marca było to jeszcze powyżej 630 złotych, ale rok temu – zaledwie około 310 złotych. Kto kupił złoto w marcu 2025 roku, wciąż siedzi na zysku rzędu 90 procent, niezależnie od bieżącej korekty.
Obecna wyprzedaż na rynku złota wygląda jak klasyczna realizacja zysków, wzmocniona przez splot niekorzystnych czynników krótkoterminowych – gorącą inflację, jastrzębi Fed i paradoksalnie negatywny wpływ kryzysu naftowego na oczekiwania dotyczące polityki monetarnej. Strukturalne fundamenty hossy – zakupy banków centralnych, narastające deficyty fiskalne, ryzyko geopolityczne – pozostają nienaruszone. Pytanie nie brzmi więc, czy złoto wróci do wzrostów, ale z jakiego poziomu odbije i ile cierpliwości będą musieli wykazać ci, którzy kupowali w okolicach styczniowych szczytów.

8 godzin temu






