Życie przegrane i życie wygrane.

oszczednymilioner.pl 1 tydzień temu

Wbrew pozorom, ten pozornie zupełnie teoretyczny podział, istotnie wpływa nie tylko na nasze losy, ale także na to jak postrzegamy własne doświadczenia.

W jednym z wpisów zwróciłem uwagę na youtoube’owy profil „Na skraju gaju”. Jego twórca pokazał, iż sukcesem są takie osiągnięcia, które sami uważamy za istotne. Krótko mówiąc, powinniśmy się kierować osobistym systemem wartości, a nie tym, co wskazuje nam świat (media, guru, religia). Tylko wtedy osiągniemy spełnienie. Pokażę to na kilku przykładach zupełnie absurdalnych tez, które przedarły się do mainstreamu.

„Kto nie kupił mieszkania przed 2007 r., ten przegrał życie”. Całkowicie błędne założenie, a jednocześnie cytat, który wepchnął miliony w niedolę kredytów frankowych. Na fali wzrostów cen mieszkań, propaganda deweloperska-bankowa (ze sławetnym Markiem Wielgo, który wrócił w Newsweeku, w awangardzie) szeregiem tekstów przekonywała, iż oto właśnie ostatni moment, potem będzie jeszcze drożej, nie warto czekać, należy kupować beton, a kto zamieszka z rodzicami, ten nieudacznik. Atakowano: najemców, zwolenników tradycyjnej rodziny wielopokoleniowej ale i budowy na swoim – liczyła się tylko oferta deweloperów jako symbol nowoczesności. Wszystkie inne drogi – głupota, dramat i wstecznictwo. Wielu uległo, przepłacając osobistymi dramatami (długi, rozpad rodzin, niemożliwość wyjścia z matni itp.) W rzeczywistości, spokojnie można było poczekać do 2016 r. i kupić za podobną cenę, ale na spokojnie, starannie wybierając, budując bazę finansową. Ten, kto zwlekał 5 lat (jak ja – dom nabyłem w 2013 r. i to wcale nie od dewelopera), życia nie przegrał, a choćby sporo zaoszczędził.

„Życie bez dzieci, to życie przegrane”. Ogromny paradoks, iż ojciec trójki musi zaprzeczać takiej tezie. Otóż są ludzie, którzy nie powinni dzieci posiadać. I tacy, którym nie da to satysfakcji. Dlaczego? Ponieważ osobiście, nie widzą w dzieciach żadnej wartości dodanej. Nie powinni ulegać zbiorowej presji, bo prowadzi to do tragedii. A presja, bazująca na wyśmiewaniu („psiecko zamiast dziecka”), umniejszaniu („kobieta nie będąca matką, nie jest prawdziwą kobietą”, „w życiu mężczyzna powinien posadzić drzewo, postawić dom i spłodzić syna”) służy tylko jednemu, poprawie samopoczucia tym, dla których jedynym osiągnięciem jest spłodzenie potomka, posadzenie drzewa i 0,8 mln kredytu. Umówmy się, nic wielkiego. Dzieci robi się najłatwiej i… najprzyjemniej.

„Kto pracuje w korporacji, wygrał życie”. Druga strona medalu. Są korpo lepsze i gorsze (a w nich jeszcze różni ludzie i szefowie). Budowanie swojej wartości na identyfikacji z firmą, uważam za grube nieporozumienie. To tylko miejsce prący, sposób zarabiania na życie. Znam rodziny, gdzie artystka zarabia więcej (czerpiąc przy okazji nieporównywalną satysfakcję) od korposzczura, albo stolarz od pani z HR w korpo, chociaż kobiece pensje zwykle bywają niższe. Nie dajmy się wtłoczyć w wyobrażenia innych.

Tutaj dochodzimy do sedna. Życie wygrane to życie na swoich warunkach, osiągnięcie osobiście ważnych kamieni milowych. Czyli dla wszystkich, coś nieco innego. Można mieć poczucie spełnienia, pracując w bibliotece i szpitalu (w korpo – też), cieszyć się posiadaniem dzieci i nieposiadaniem, czerpać satysfakcję z domu na kredyt, jak i mieszkania z rodzicami/dziadkami. Żeby tak było, trzeba najpierw przysiąść na chwilę i poznać własne wartości. Stąd tag „filozofia”.

Idź do oryginalnego materiału