Minęło już ponad pół wieku od chwili, gdy Polska podpisała jedną z najważniejszych umów w historii rodzimej mechanizacji rolnictwa – licencję na produkcję ciągników Massey Ferguson. Dla jednych był to skok cywilizacyjny i technologiczne otwarcie na Zachód. Dla innych – kosztowna inwestycja, która przyszła za późno i nigdy nie spełniła wszystkich oczekiwań eksportowych. Jak dziś, po ponad 50 latach, ocenić decyzję ekipy Edwarda Gierka? Czy licencja na MF naprawdę nam się opłaciła?
Zacznijmy od początku, czyli od tego, że…
Ursus chciał dogonić Zachód
Patrząc na polskie rolnictwo początku lat 70., trudno było nie zauważyć, iż technicznie zaczynamy odstawać od świata. Owszem, Ursus produkował ciągniki znane i cenione, ale lekkie konstrukcje wywodzące się jeszcze ze współpracy z Zetorem i jego 4011, powoli dochodziły do ściany rozwoju. Zachód w tym czasie przyspieszał. Rolnicy chcieli mocniejszych, wygodniejszych i bardziej nowoczesnych maszyn.
I właśnie wtedy pojawił się pomysł, który miał odmienić oblicze polskiej techniki rolniczej. Licencja na Massey Fergusona nie była przecież zakupem samego ciągnika. To był cały technologiczny pakiet ratunkowy dla przemysłu mechanizacji rolnictwa. Dlaczego?
Kupowaliśmy nie tylko dokumentację MF-235, MF-255 czy większych modeli serii ciężkiej. Razem z nimi do Polski przyjeżdżały technologie produkcji silników, skrzyń przekładniowych, sprzęgieł, hydrauliki, alternatorów, rozruszników i całego zaplecza, którego w krajowej produkcji po prostu nie mieliśmy.
Seria U do kosza Towarzysze – bo tak
Tak, tak – pewnie wiecie – a trzeba tu o tym wspomnieć, iż prace nad nowoczesną i rdzennie polską serią ciągników U były już dalece zaawansowane. U-510 też był nowoczesny, a rozwiązania konstrukcyjne w tym przekładnia były na topowym światowym poziomie i w 1972 roku był gotowy do produkcji. Jednak na linię produkcyjna nie dotarł – projekt U zamknięto i wyrzucono do kosza. Dlaczego?
Cóż… Oficjalnie tak zadecydowały same władze ZM Ursus na polecenie ówczesnego ministra przemysłu oraz wiceministra rządu Edwarda Gierka. Bez racjonalnych przesłanek, bez konsultacji z inżynierami, bez mrugnięcia okiem, cały wieloletni projekt serii U wylądował w koszu – “bo tak”.
Na razie jednak wróćmy do tematu samej licencji na MF-a. Dziś łatwo powiedzieć: „to tylko licencja”. Wtedy była to próba technologicznego skoku o całą epokę.
Gierek chciał eksportować ciągniki za dolary
W planach wszystko wyglądało imponująco. Ursus miał stać się nowoczesnym producentem ciągników eksportowanych na Zachód. A eksport oznaczał jedno – dewizy. Ciężkie, upragnione zielone dolary, których Polska Ludowa potrzebowała jak powietrza.
W połowie lat 70. XX wieku, to były bardzo nowoczesne ciągniki, fot. Mateusz WasakNowe ciągniki miały być wizytówką polskiego przemysłu. Dowodem, iż kraj zza żelaznej kurtyny potrafi produkować sprzęt na światowym poziomie. I uczciwie trzeba przyznać – sam wybór Massey Fergusona był bardzo rozsądny. Była to marka nowoczesna, uznana i technicznie dobrze przemyślana.
Problem polegał jednak na tym, iż sama licencja nie produkowała jeszcze ciągników.
Polska rzeczywistość gwałtownie zweryfikowała ambitne plany
W drugiej połowie lat 70. gospodarka zaczęła coraz wyraźniej hamować. Ba! adekwatnie się zapadać. Pieniędzy brakowało, zadłużenie zagraniczne rosło, a zdobywanie dewiz stawało się coraz trudniejsze.
W teorii mieliśmy budować nowoczesne ciągniki. W praktyce brakowało wszystkiego – od nowoczesnych obrabiarek po zdolność szybkiego wdrożenia zachodnich standardów produkcji. Czyli nie było czym produkować.
MF-y to był skok technologiczny i jakościowy dla Ursusa. Czy wykorzystał w pełną tą szansę?, fot. Mateusz WasakI tu zaczyna się najbardziej fascynująca część całej historii.
Bo wielu ludzi dziś nie zdaje sobie sprawy, iż wdrożenie zachodniej konstrukcji w realiach PRL oznaczało prawdziwy przemysłowy koszmar logistyczny. Przecież Massey Ferguson, adekwatnie jego silnik Perkins, był projektowany według standardów calowych, a polski przemysł działał według własnych norm i standardowych systemów metrycznych.
Trzeba więc było praktycznie wszystko dostosować do polskich warunków produkcyjnych i ówczesnej technologii. Śruby, gwinty, narzędzia, oprzyrządowanie, magazyny części, normy produkcyjne – cały ten gigantyczny mechanizm należało przeorganizować. A adekwatnie stworzyć na nowo.
Każda, choćby najmniejsza śrubka oznaczała dodatkowy czas, dokumentację, zmiany technologiczne i nowe problemy dla kooperantów.
A przecież ci kooperanci często sami nie byli gotowi technologicznie na produkcję podzespołów według zachodnich standardów wymiarowania i jakości.
Czy byliśmy gotowi na tak szeroką pod względem technologii licencję?, fot. Mateusz WasakGdy MF trafił do produkcji, świat był już gdzie indziej
Największym problemem okazał się jednak czas.
Produkcja ruszyła 10 lat później niż zakładano. A w świecie techniki rolniczej dekada to przepaść. Gdy Ursus zaczął na większą skalę produkować licencyjne konstrukcje, konkurencja na Zachodzie zdążyła już wykonać kolejny krok naprzód. Może choćby dwa.
To, co w pierwszej połowie lat 70. było nowoczesne, pod koniec dekady zaczynało już powoli tracić świeżość. W efekcie eksport na wymagające rynki zachodnie nie rozwinął się tak, jak marzyli rządowi planiści z Warszawy.
I właśnie dlatego licencja MF do dziś budzi tyle emocji.
Bo z jednej strony był to ogromny sukces technologiczny. Z drugiej – ekonomicznie cała operacja okazała się znacznie bardziej skomplikowana, niż zakładano.
Ale rolnicy do dziś wiedzą swoje
Jest jednak jeszcze jedna strona tej historii. Taka, której nie da się policzyć w dolarach, tabelkach i planach eksportowych.
To doświadczenie samych rolników.
Bo niezależnie od wszystkich problemów gospodarczych, Ursusy na licencji Massey Fergusona okazały się po prostu dobrymi ciągnikami. Oszczędnymi, wygodnymi, trwałymi i nowoczesnymi jak na swoje czasy. Wielu gospodarzy do dziś wspomina je jako maszyny, które wprowadziły polskie rolnictwo w zupełnie inną epokę pracy.
MF-235 i MF-255 czy późniejsze pochodne modele były dla wielu pierwszym kontaktem z ciągnikiem, który miał ergonomię, lepszą hydraulikę, wygodniejszą obsługę i kulturę pracy znaną wcześniej głównie z zachodnich katalogów.
I być może właśnie tutaj kryje się prawdziwa odpowiedź na pytanie, czy ta licencja nam się opłaciła.
Masey Ferguson prezentowała się na tle ówczesnych ciągników bardzo nowocześnie, fot. Mateusz WasakTego nie da się już policzyć
Po ponad 50 latach trudno dziś jednoznacznie rozliczać licencję Massey Fergusona wyłącznie w kategoriach finansowych. Historia PRL-u była zbyt skomplikowana, a gospodarka zbyt niestabilna, by dało się uczciwie podsumować cały projekt prostym bilansem zysków i strat.
Ale jedno jest pewne.
Licencja MF nauczyła polski przemysł rzeczy, których wcześniej zwyczajnie nie potrafił. Pokazała nowe standardy projektowania, produkcji i organizacji przemysłu. Wprowadziła do polskich fabryk technologie, które później procentowały jeszcze przez długie lata.
Czy więc licencja była sukcesem?
Tak.
Czy była sukcesem pełnym i bezdyskusyjnym?
Już niekoniecznie.
Ale gdy dziś gdzieś spod stodoły wyjeżdża jeszcze czerwony MF z „polskim” rodowodem, trudno oprzeć się wrażeniu, iż tamta decyzja Edwarda Gierka zostawiła po sobie coś więcej niż tylko długi i dokumentację techniczną. Zostawiła kawał historii polskiej mechanizacji rolnictwa.

1 godzina temu













