Debata wokół umowy UE–Mercosur i bezpieczeństwa żywności ponownie nabiera tempa. Rząd zapowiada nowe przepisy ograniczające import produktów zawierających substancje zakazane w Unii Europejskiej. Jednak – jak przekonuje Marcin Wroński ze Związku Zawodowego Rolnictwa Samoobrona – proponowane rozwiązania nie tylko nie rozwiążą problemu, ale mogą być jedynie elementem politycznego PR-u.
„To teatrzyk dla gawiedzi”. Marcin Wroński ostro o pomysłach na „uszczelnienie” importu z Mercosur„Zakazy nic nie zmienią” – Wroński podważa sens nowych regulacji
Punktem zapalnym stały się zapowiedzi wiceminister rolnictwa Małgorzaty Gromadzkiej dotyczące ograniczenia importu żywności zawierającej m.in. mankozeb, glufosynat czy karbendazym. W założeniu ma to chronić zarówno rolników, jak i konsumentów przed napływem tańszej żywności z Ameryki Południowej.
Marcin Wroński nie pozostawia jednak złudzeń.
– „Słuchając takich teorii zastanawiam się, kto pani minister podpowiada takie rozwiązania?” – komentuje.
Jego zdaniem problem jest źle zdiagnozowany, a proponowane przepisy uderzają w efekt, a nie w przyczynę.
Pozostałości pestycydów? „To nie działa tak, jak się mówi”
Wroński zwraca uwagę na podstawową – jego zdaniem – nieścisłość w argumentacji resortu. Wyjaśnia, iż sama obecność lub brak pozostałości pestycydów nie wynika wyłącznie z tego, czy dana substancja jest dopuszczona, czy zakazana.
– „Już chyba 100 razy wyjaśniałem, kiedy mamy do czynienia z pozostałością pestycydu w roślinie. Wtedy, kiedy został on nieprawidłowo zastosowany, niezgodnie z etykietą” – podkreśla.
Dodaje, iż prawidłowo użyta substancja – choćby zakazana w UE – nie musi pozostawiać śladów w produkcie końcowym.
– „Pestycyd, który jest zakazany, a jest prawidłowo użyty, w finalnym produkcie nie będzie miał pozostałości” – zaznacza.
Porównuje to do działania leków u ludzi i zwierząt: są obecne w organizmie tylko przez określony czas, a nie trwale.
Prawo już dziś blokuje niebezpieczną żywność
Zdaniem Wrońskiego rząd pomija najważniejszy fakt: obecne przepisy unijne już teraz zabraniają importu produktów niespełniających norm.
– „Zgodnie z obowiązującymi przepisami nie mogą być wpuszczane produkty, które nie spełniają wymagań fitosanitarnych, w tym również mają pozostałości środków ochrony roślin” – przypomina.
W praktyce oznacza to, iż zapowiadane regulacje nie wprowadzają realnej zmiany systemowej, a jedynie powielają istniejące mechanizmy.
Kluczowy problem: brak równych standardów produkcji
W ocenie przedstawiciela rolników prawdziwe zagrożenie leży gdzie indziej – w nierównych warunkach produkcji między UE a krajami Mercosur.
– „Jedyną skuteczną metodą kontroli byłoby posiadanie przez tamte kraje takich samych standardów produkcji, potwierdzonych wiarygodnymi służbami” – podkreśla.
Co więcej, jak zaznacza, same państwa Mercosur przyznają, iż nie są w stanie spełnić europejskich wymagań ani skutecznie ich kontrolować.
To – według Wrońskiego – oznacza systemową lukę, której nie da się załatać prostymi zakazami na poziomie importu.
„Teatrzyk dla gawiedzi” – mocne podsumowanie
Stanowisko Wrońskiego jest jednoznaczne i ostre.
– „Te i inne propozycje to pozorowane działania, które nic nie zmienią – zwykły teatrzyk dla gawiedzi i mydlenie oczu konsumentom i rolnikom” – ocenia.
W jego opinii dyskusja o bezpieczeństwie żywności i ochronie rynku powinna koncentrować się na realnym wyrównaniu standardów produkcji, a nie na – jak to określa – „iluzorycznych” przepisach.
Rolnicy oczekują konkretów, nie deklaracji
Spór wokół Mercosur pokazuje szerszy problem: rolnicy coraz częściej kwestionują skuteczność politycznych deklaracji dotyczących ochrony rynku. W sytuacji rosnącej konkurencji z importem i presji kosztowej, oczekiwania wobec państwa są jasne – realne narzędzia, a nie symboliczne działania.
Głos Marcina Wrońskiego wpisuje się w narastającą frustrację środowiska rolniczego, które coraz wyraźniej domaga się nie tylko kontroli jakości, ale przede wszystkim uczciwych zasad gry na wspólnym rynku.

2 godzin temu