Podczas gdy oczy rolniczej Europy zwrócone są na protesty przeciwko umowie z krajami Ameryki Południowej (Mercosur), w kuluarach Brukseli początek 2026 roku przynosi przyspieszenie kolejnych negocjacji. Na stole leżą porozumienia z Indiami, Australią i Meksykiem. Dla polskiego rolnika oznacza to jedno: kumulację importu towarów produkowanych przy drastycznie niższych kosztach i standardach.
Przeczytaj również – Protesty rolnicze: Francuscy rolnicy ponownie blokują Paryż
Strategia „Towar za żywność”
W handlu międzynarodowym rolnictwo często służy jako „waluta przetargowa”. Bruksela dąży do otwarcia rynków azjatyckich i latynoamerykańskich dla europejskich maszyn, samochodów i usług cyfrowych. Ceną za te kontrakty są ustępstwa w dostępie do unijnego rynku żywności.
Gdzie uderzą kolejne umowy? (Prognoza na 2026)
- Mercosur: Faza ratyfikacji. najważniejsze zagrożenie dla polskiej wołowiny, drobiu i cukru.
- Indie: Szczyt UE–Indie w styczniu 2026 r. ma przynieść przełom w dostępie do rynku ryżu, cukru i tanich komponentów paszowych.
- Australia: Trwające negocjacje o zwiększenie kontyngentów na bezcłową wołowinę i baraninę.
Dlaczego polski producent stoi na straconej pozycji?
Problem nie leży w braku wydajności naszych gospodarstw, ale w podwójnych standardach. Podczas gdy polski rolnik jest krępowany wymogami Zielonego Ładu, unijny import będzie zasilany towarami z krajów, gdzie:
- Chemia bez limitów: W Brazylii czy Indiach przez cały czas stosuje się substancje czynne wycofane w UE lata temu.
- Stymulatory wzrostu: Produkcja mięsa w Ameryce Płd. często opiera się na antybiotykowych stymulatorach wzrostu, zakazanych w Polsce.
- Koszty produkcji: Brak unijnych norm socjalnych i środowiskowych sprawia, iż koszt wytworzenia tony wołowiny czy cukru za granicą jest o 30–50% niższy niż w Polsce.
Klucz do przetrwania: Zmniejszenie obciążeń, a nie tylko cła
Wielu ekspertów i organizacji rolniczych podkreśla, iż walka o same cła może nie wystarczyć. Rozwiązaniem, które realnie wyrównałoby szanse, byłoby zdecydowane zmniejszenie obciążeń nakładanych na unijnych rolników.
Jeśli UE chce otwierać rynek, musi pozwolić swoim producentom konkurować cenowo. Oznaczałoby to:
- Redukcję biurokracji: Uproszczenie sprawozdawczości i kontroli, które dziś pochłaniają czas i pieniądze.
- Zrewidowanie restrykcji klimatycznych: Złagodzenie wymagań dotyczących nawożenia i ochrony roślin, by koszty środków produkcji nie odbiegały tak drastycznie od reszty świata.
- Wsparcie energii i paliw: Obniżenie kosztów energii, która w Europie jest wielokrotnie droższa niż u konkurentów z Mercosur czy Azji.
Bez poluzowania gorsetu regulacyjnego, polskie gospodarstwa pozostaną „skansenem wysokich kosztów” w starciu z globalną, tanią masówką.
Druga strona medalu: Kto na tym zyska?
Dla zachowania uczciwości należy wskazać sektory, które w tych umowach upatrują ogromnych szans. Umowy wolnohandlowe to potężne wpływy do budżetu z innych gałęzi gospodarki:
- Polska branża motoryzacyjna i maszynowa: Zyska na zniesieniu ceł (sięgających dziś 35% w Mercosur). To szansa na kontrakty dla fabryk zlokalizowanych w naszym kraju.
- Przetwórstwo spożywcze „Premium”: Producenci słodyczy i serów dojrzewających zyskają dostęp do rosnącej klasy średniej w Indiach i Brazylii.
- Surowce dla technologii: Umowy (np. z Australią) gwarantują UE bezcłowy dostęp do litu i miedzi, niezbędnych do produkcji nowoczesnych maszyn rolniczych i elektroniki.
Podsumowanie: Interes ogółu vs bezpieczeństwo żywnościowe
Bruksela patrzy na umowy handlowe przez pryzmat globalnego PKB. Według wyliczeń Komisji Europejskiej, eksport do państw Mercosur wspiera już teraz ponad 29 tysięcy miejsc pracy w Polsce.
Jednak dla polskiej wsi bilans pozostaje niepokojący. jeżeli Unia nie wprowadzi klauzul lustrzanych (wymóg tych samych norm dla importu) lub drastycznie nie obniży kosztów narzucanych własnym rolnikom, otwarcie granic może zdemolować rodzimą produkcję zwierzęcą i roślinną.

2 godzin temu

















