Ursus C-362 de luxe. Co tu było luksusowego? Ano de.. wizy

2 godzin temu

Słowo „luksus” w realiach polskiego rolnictwa lat 80. brzmiało trochę jak „klimatyzacja w stodole”. A jednak – Ursus C-362 naprawdę był próbą stworzenia luksusowej wersji legendarnej „sześćdziesiątki”. Z tym jednak, iż nie dla nas. Nie dla ludu pracującego miast i wsi. No adekwatnie samej wsi.

Zacznijmy od początku. Produkowany w Zakładach Mechanicznych Ursus w latach 1980–1987, C-362 był próbą unowocześnienia dobrze znanej (i wiekowej już) konstrukcji, zanim na dobre zadomowiła się u nas seria licencyjna Massey Ferguson 255. To był moment przejściowy – między starą, pozetorowską szkołą a nową erą zachodnich standardów (wczesnych lat 70. oczywiście).

Tylko iż ten „luksus” wcale nie był projektowany z myślą o rolniku spod Łowicza czy Hrubieszowa. On miał pachnieć… dewizą.

Luksus a’la Ursus

Największą i najbardziej rzucającą się w oczy zmianą była kabina. To nie była już buda przykręcona do błotników, nie blaszany rezonator hałasu, tylko prawdziwa kabina:

  • montowana na elastycznych poduszkach,
  • wyraźnie lepiej wyciszona,
  • z ogrzewaniem i wentylacją,
  • z płaską podłogą,
  • z dźwignią zmiany biegów przeniesioną pod kierownicę lub na bok (zależnie od wersji).
Wystarczyło kilka zmienić, a ciągnik wyraźnie zyskał, fot. Adam Ładowski

Dla kogoś przesiadającego się z C-360 różnica była jak między Żukiem a osobówką. Dalej było głośno, dalej było twardo – ale już nie tak surowo.

Do tego dochodziło hydrostatyczne wspomaganie kierownicy (orbitrol). Kto w życiu manewrował C-360 z turem bez wspomagania, ten wie, iż po dniu pracy ręce wyglądały jak po siłowni. W C-362 kręciło się kierownicą lekko. I to był prawdziwy luksus – nie chrom, nie naklejki, tylko brak bólu barków.

Mechanika bez rewolucji – i dobrze

Pod maską nie było fajerwerków. I bardzo dobrze. Silnik to dobrze znany S-4003 – czterocylindrowy diesel o mocy około 52 KM (38,2 kW). Konstrukcja sprawdzona, części dostępne, naprawy możliwe „w obejściu”. Nie kombinowano z egzotyką. Ursus wiedział, iż siłą tej maszyny ma być komfort i eksportowy standard, a nie eksperymenty techniczne.

Ulepszono natomiast:

  • układ hamulcowy – hydrauliczny,
  • w późniejszych wersjach podnośnik – wzmocniony,
  • ogólną ergonomię stanowiska pracy.

Zmieniła się też maska – z zaokrąglonej na bardziej kanciastą, “nowocześniejszą”, jakby z mocniejszej osiemdziesiątki. Niby detal, ale wizualnie ciągnik przestał wyglądać jak konstrukcja z poprzedniej dekady.

C-360 vs C-362 – różnice w praktyce

Krótko mówiąc – C-362 był C-360 po kursie cywilizacyjnym. Dlaczego powstał? Odpowiedź jest prosta: dewizy, a adekwatnie – dolary.

Różnice pomiędzy zwykłą, a nowocześniejszą “sześćdziesiątką” były znaczne, ale tylko kosmetyczne, fot. Adam Ładowski

W latach 80. państwowym zakładom bardzo zależało na wpływach z eksportu. Polska gospodarka potrzebowała dewiz jak rolnik deszczu w maju. Każdy kontrakt zagraniczny oznaczał realne pieniądze, których nie dało się wydrukować w kraju.

Dlatego w Ursusie powstał ciągnik stricte eksportowy. Lepsza kabina, lepsze wyposażenie, wyższy standard bezpieczeństwa – wszystko po to, by zachodni odbiorca nie patrzył na niego jak na maszynę z innej epoki. To był towar na sprzedaż. I to sprzedaż w twardej walucie.

Taka maska wyrażnie upodabniała go do mocniejszej “osiemdziesiątki” i to mogło się podobać, fot. Adam Ładowski

A polski rolnik?

Tu zaczyna się mniej przyjemna część historii. W realiach gospodarki centralnie planowanej pierwszeństwo miał eksport. jeżeli kontrakt zagraniczny był podpisany – trzeba go było zrealizować. Polski rolnik mógł mieć państwowy talon, przydział, decyzję – i czekać miesiącami. Czasem latami. Tymczasem zagraniczny klient dostawał:

  • lepszą wersję,
  • szybciej,
  • w wyższym standardzie.

Brzmi niesprawiedliwie? Z dzisiejszej perspektywy – tak.
Z ówczesnej – dewizy były ważniejsze niż zadowolenie krajowego użytkownika.

Dlatego bywało tak, iż rolnik w Polsce odbierał po latach czekania podstawową C-360, podczas gdy gdzieś w Skandynawii czy Europie Zachodniej pracował C-362 de luxe – ciszej, wygodniej i lżej na kierownicy.

Kierownica pod innym katem, inna tablica zegarów, biegi w podłodze. Tak mogło być od początku, fot. Adam Ładowski

Czy to był prawdziwy luksus?

W porównaniu z zachodnimi konstrukcjami – niekoniecznie.
W porównaniu z C-360 – zdecydowanie tak. C-362 de luxe był pomostem między starą szkołą polskiej techniki a próbą dogonienia świata. Nie zdążył zrobić wielkiej kariery, bo niedługo później do gry weszły konstrukcje licencyjne i zupełnie nowe realia gospodarcze.

Made In Poland – to brzmiało dumnie na tabliczce znamionowej Ursusa C-362, fot. Adam Ładowski

Ale jeżeli ktoś w latach 80. wsiadł do C-362 po pracy w zwykłej „sześćdziesiątce”, to wiedział jedno: luksus w PRL nie polegał na skórzanych fotelach. Polegał na tym, iż po całym dniu pracy nie bolały ręce od kierownicy i nie dzwoniło w uszach.

I to był w tamtym czasie naprawdę spory postęp.

Idź do oryginalnego materiału