Ursus C-45 – zmora operatorów. Dlaczego jest ich mniej, niż mogłoby się zachować?

12 godzin temu

Pierwszym polskim powojennym ciągnikiem, jaki opuścił warszawskie zakłady Ursus był model C-45. Przyznajmy szczerze, polski adekwatnie nie był, ale to wszyscy chyba wiedzą. Maszyna niezwykle solidna, wręcz toporna, ale do naszych czasów ostało ich się niewiele. Dlaczego? M.in. o to pytamy pana Janusza Pełkę, kolekcjonera i członka Stowarzyszenia Retro Łowiczanka.

Zniszczona II WŚ Polska potrzebowała szybkiej odbudowy, także rolnictwa, a najprostszą wówczas rzeczą było jeżeli chodzi o ciągniki skopiowanie tego, co na polskich ziemiach pozostało, czyli ciągników Lanz Bulldog. Tak właśnie narodził się Ursus C-45.

Ciągnik dla prawdziwych twardzieli

Ursus C-45, czyli „Bombaj”, to ciągnik który zmotoryzował powojenną polską wieś, ale jednocześnie zapisał się w pamięci jako konstrukcja skrajnie wymagająca. Jego obsługa była procesem fizycznie wycieńczającym i niebezpiecznym.

Procedura startowa, czyli uruchomienie zimnego silnika średnioprężnego wymagało podgrzewania gruszy żarowej lampą lutowniczą przez kilkanaście minut. Następnie po rozgrzaniu operator musiał wyjąć kierownicę wraz z kolumną i manualnie „rozbujać” potężny tłok. Błąd mógł skutkować odbiciem silnika w drugą stronę lub urazami.

Jeśli zaś chodzi o komfort pracy, to takie pojęcie wówczas nie istniało. Brak kabiny, ogromny hałas i wszechobecne wibracje sprawiały, iż wielogodzinna praca była skrajnie uciążliwa. Dziś z pewnością niewielu operatorów byłoby w stanie takie warunki pracy wytrzymać.

Dlaczego tak mało ich przetrwało?

Głównym powodem rzadkości występowania tych ciągników nie była ich awaryjność. Wręcz przeciwnie, uchodziły one za niemal niezniszczalne. Jak mówi Janusz Pełka ze Stowarzyszenia Retro Łowiczanka, właściciel dwóch Ursusów C-45, ciągniki te zniknęły z krajobrazu polskiej wsi m.in. przez postęp technologiczny, gdy pod koniec lat 50. pojawiły się lżejsze i łatwiejsze w obsłudze traktory (np. Ursus C-325, czy później Ursus C-4011).

Ciągniki te stały się po prostu technologicznym reliktem, a w przeniesieniu ich na złom nierzadko pomagali ich operatorzy (z PGR, bo adekwatnie tylko tam te ciągniki trafiały), zmęczeni pracą na nich i mający wizję pracy na nowszych i bardziej ergonomicznych ciągnikach, jakie były już wówczas dostępne.

Dlatego też pomimo wyprodukowania około 60 tysięcy egzemplarzy, do dziś przetrwało ich stosunkowo niewiele.

Idź do oryginalnego materiału