Wspomnienie św. Izydora Oracza, patrona rolników, zwykle jest okazją do składania życzeń i podkreślania znaczenia pracy na roli. W tym roku część środowiska rolniczego odbiera jednak takie gesty zupełnie inaczej. W tle są niskie ceny skupu, problemy ze zbytem, wysokie koszty produkcji i narastające rozgoryczenie producentów.
Wroński ostro o sytuacji na wsi: „To żałoba, nie Święto Rolników”Do sprawy odniósł się Marcin Wroński ze Związku Zawodowego Rolnictwa Samoobrona. W mocnym komentarzu wskazał, iż obecna sytuacja wielu gospodarstw nie daje powodów do świętowania.
„To nie Święto Rolników, a żałoba”
Marcin Wroński zwrócił uwagę, iż minister rolnictwa z okazji wspomnienia św. Izydora Oracza nagrał życzenia dla rolników. Jego zdaniem, w obecnych realiach taki przekaz rozmija się z nastrojami panującymi na wsi.
„Dziś wspomnienie Świętego Izydora Oracza, patrona rolników. Z tej okazji minister rolnictwa nagrał życzenia. Trzeba przyznać, iż jak patrzy się na sytuację na polskiej wsi, to wykazał się wielką odwagą, bo to z czym mamy dziś do czynienia, to nie Święto Rolników, a żałoba” – napisał Marcin Wroński.
To głos, który dobrze oddaje narastające napięcie wśród producentów rolnych. Dla wielu gospodarstw ostatnie miesiące oznaczały nie tylko spadek dochodów, ale także realne straty wynikające z braku rynku zbytu.
Warzywa bez ceny, plantacje zaorane, plony zostawione na polach
Jednym z najmocniej dotkniętych sektorów są producenci warzyw. Wroński przypomina, iż w ostatnich miesiącach część gospodarstw próbowała ratować sytuację poprzez samozbiory. Tam, gdzie nie było chętnych na zakup, rolnicy stawali przed dramatycznym wyborem: ponosić kolejne koszty zbioru albo zostawić plon na polu.
W praktyce oznaczało to, iż część plantacji została zaorana, a część warzyw nie została zebrana, bo oferowane ceny nie pokrywały choćby kosztów pracy, transportu i przygotowania towaru do sprzedaży. To problem szczególnie dotkliwy w produkcji warzywniczej, gdzie nakłady są wysokie, a opłacalność mocno zależy od bieżącej podaży i sytuacji na rynku.
„Producenci warzyw ponieśli w ostatnich miesiącach ogromne straty. Najpierw w akcie desperacji organizowali samozbiory, część musiała zaorać swoje plantacje, niekiedy zostały niezebrane pod śniegiem, bo koszty zbioru przewyższały ceny oferowane w skupach, lub nie było chętnych na ich kupno” – wskazuje Wroński.
Ziemniaki zalegają, import jedzie dalej
Osobnym problemem pozostaje rynek ziemniaka. Nadwyżka towaru z ubiegłorocznych zbiorów sprawiła, iż część producentów nie była w stanie sprzedać ziemniaków choćby po bardzo niskich cenach. Dla gospodarstw oznacza to nie tylko utracony przychód, ale także koszty przechowywania i konieczność opróżnienia magazynów przed kolejnym sezonem.
Wroński zwraca uwagę, iż równolegle na polski rynek trafiają ziemniaki z innych krajów. Dla krajowych producentów to szczególnie bolesne, bo w sytuacji nadpodaży import dodatkowo zwiększa presję cenową.
„Równocześnie mieliśmy do czynienia z gigantycznym zalewem warzyw z zagranicy, wartym miliardy złotych. Producenci ziemniaków byli zmuszeni je utylizować, a ziemniaki z innych państw wjeżdżają do nas bez ograniczeń” – podkreśla przedstawiciel Samoobrony.
Spadki cen uderzają nie tylko w warzywników
Kryzys nie ogranicza się do jednego sektora. Wroński wymienia również mleko, trzodę chlewną, bydło, zboża i buraki cukrowe. W wielu gospodarstwach problem jest podobny: koszty produkcji pozostają wysokie, a ceny sprzedaży nie dają stabilnego dochodu.
Najbardziej odczuwalne jest to tam, gdzie rolnik ma duże nakłady na pasze, nawozy, energię, paliwo, środki ochrony roślin, obsługę kredytów i pracę najemną. Przy niskich cenach skupu choćby wysoka produkcja nie musi oznaczać opłacalności.
„Ceny mleka drastycznie spadły, podobnie jak ceny świń, czy bydła. Ceny zbóż pozostawiają wiele do życzenia, a buraki w ciągu 2 lat potaniały o kilkanaście euro na tonie. Tak można byłoby wymieniać bardzo długo” – ocenia Wroński.
Rolnicy wskazują na import i umowy handlowe
W tle rolniczych pretensji pozostaje również polityka handlowa. Część środowiska rolniczego od miesięcy wskazuje, iż produkty spoza Unii Europejskiej trafiają na rynek unijny i krajowy na warunkach, które nie zawsze są porównywalne z wymogami nakładanymi na europejskich producentów.
Rolnicy podnoszą, iż muszą spełniać restrykcyjne normy środowiskowe, jakościowe i produkcyjne, podczas gdy konkurencja z państw trzecich często funkcjonuje w innych realiach kosztowych. W efekcie krajowa produkcja przegrywa cenowo, choć jej standardy są wyższe.
„Do tego dochodzi drastyczny wzrost kosztów produkcji, a produkty z Ukrainy, Ameryki Południowej i innych części świata wypierają nasze z rynków zbytu i coraz częściej zalewają nasz rodzimy rynek. Nikt nie zatrzymał niekorzystnych dla nas umów handlowych” – pisze Marcin Wroński.
Mocne słowa pod adresem resortu
Najostrzejsza część komentarza dotyczy samego gestu składania życzeń. Zdaniem Wrońskiego, w obecnej sytuacji rolnicy oczekują nie okolicznościowych nagrań, ale konkretnych decyzji dotyczących rynku, importu, rekompensat i opłacalności produkcji.
„Dzisiejsze życzenia nie można choćby tratować w kategorii humoru, a zwykłej bezczelności i obłudy” – stwierdził Wroński.
To wypowiedź politycznie ostra, ale pokazująca poziom frustracji części środowiska rolniczego. Dla producentów najważniejsze są dziś nie deklaracje, ale odpowiedź na pytanie, jak państwo zamierza reagować na nadwyżki towaru, spadki cen i rosnącą presję importową.
Wieś oczekuje decyzji, nie symbolicznych gestów
Spór o życzenia z okazji wspomnienia patrona rolników jest w istocie sporem o ocenę sytuacji w rolnictwie. Z jednej strony są oficjalne komunikaty i symboliczne gesty. Z drugiej – gospodarstwa, które zmagają się z zalegającym towarem, stratami w produkcji, niskimi cenami i kosztami, których nie da się odłożyć na później.

1 godzina temu











