Kolorowe opakowanie, hasło o zdrowiu, zielona łąka na grafice i obietnica „naturalności”. Dla konsumenta to często tylko zachęta do zakupu. Dla producenta nabiału może to być jednak pole minowe. Źle przygotowana etykieta mleka, jogurtu, sera czy masła może oznaczać nie tylko naruszenie przepisów, ale także poważny problem wizerunkowy i kontrolę ze strony organów nadzoru.
Etykieta nabiału pod lupą. Jeden napis może kosztować producenta bardzo dużoSpecjaliści Eurofins Polska zwracają uwagę, iż znakowanie produktów nabiałowych jest dziś jednym z najbardziej wrażliwych obszarów komunikacji z konsumentem. Na jednej etykiecie spotykają się obowiązki prawne, marketing i coraz większe oczekiwania kupujących.
Etykieta to nie reklama bez granic
Podstawową zasadą znakowania żywności jest rzetelność. Informacje na opakowaniu muszą być czytelne, prawdziwe i nie mogą wprowadzać konsumenta w błąd.
Kluczowe znaczenie ma tutaj unijne rozporządzenie nr 1169/2011. To ono określa, jakie dane muszą znaleźć się na produkcie spożywczym, w tym na nabiale. Producent nie może ograniczyć się do chwytliwej nazwy handlowej. Na etykiecie musi pojawić się adekwatna nazwa produktu, np. „mleko pasteryzowane”, „jogurt naturalny” czy „ser dojrzewający”.
Obowiązkowe są także m.in. informacje o składzie, alergenach, wartości odżywczej, masie netto, terminie przydatności do spożycia, warunkach przechowywania oraz danych producenta lub podmiotu odpowiedzialnego za produkt.
Mleko, alergeny i skład. Tu pomyłki są szczególnie ryzykowne
Nabiał należy do grupy produktów, w której kwestia alergenów ma podstawowe znaczenie. Mleko i produkty pochodne muszą być odpowiednio oznaczone, chyba iż sama nazwa produktu jednoznacznie wskazuje na obecność danego alergenu.
W wykazie składników alergeny powinny być wyróżnione, np. inną czcionką lub pogrubieniem. o ile wykazu składników nie ma, stosuje się oznaczenie „zawiera”, po którym podaje się nazwę alergenu.
Są jednak wyjątki. W przypadku niektórych produktów, takich jak ser, masło, fermentowane mleko czy śmietana, wykaz składników nie zawsze jest wymagany, o ile nie dodano do nich innych składników poza typowymi składnikami technologicznymi, takimi jak kultury drobnoustrojów, enzymy czy sól w serach innych niż świeże i topione.
Jogurt truskawkowy? Trzeba podać, ile jest truskawki
Jednym z częstych obowiązków jest tzw. QUID, czyli ilościowe określenie składnika. jeżeli producent eksponuje dany składnik w nazwie, opisie lub grafice, musi wskazać jego procentową zawartość.
Oznacza to, iż przy produkcie typu „jogurt truskawkowy” konsument powinien otrzymać informację, ile truskawek rzeczywiście znajduje się w produkcie. Nie wystarczy zdjęcie owoców i atrakcyjna nazwa.
Wyjątkiem mogą być składniki użyte w bardzo małych ilościach wyłącznie w celach aromatyczno-smakowych. W pozostałych przypadkach brak takiej informacji może zostać uznany za naruszenie przepisów.
„Wysoka zawartość białka” tylko wtedy, gdy produkt spełnia warunki
Na opakowaniach nabiału często pojawiają się hasła: „źródło wapnia”, „wysoka zawartość białka”, „niskotłuszczowy”. Takie komunikaty nie są dowolną reklamą. To oświadczenia żywieniowe, które podlegają rozporządzeniu 1924/2006.
Producent może ich użyć tylko wtedy, gdy produkt spełnia określone kryteria. Przykładowo komunikat „źródło wapnia” wymaga odpowiedniej zawartości tego składnika w produkcie.
Jeszcze bardziej restrykcyjne są oświadczenia zdrowotne. Hasło typu „wapń jest potrzebny do utrzymania zdrowych kości” może być stosowane wyłącznie wtedy, gdy znajduje się w unijnym wykazie zatwierdzonych oświadczeń zdrowotnych i jest użyte zgodnie z warunkami.
„Dla zdrowych kości” może być problemem
Producenci często próbują skracać komunikaty marketingowe, aby były bardziej chwytliwe. Tu zaczyna się ryzyko.
Ogólne hasła sugerujące korzyść zdrowotną, takie jak „dla zdrowych kości” czy „dobrze wpływa na zdrowie”, nie mogą funkcjonować samodzielnie. Musi im towarzyszyć konkretne, zatwierdzone oświadczenie zdrowotne odnoszące się do danego składnika, a nie ogólnie do całego produktu.
Prawo zakazuje również komunikatów sugerujących, iż niespożycie danego produktu może zaszkodzić zdrowiu. Niedozwolone są także odwołania do tempa odchudzania oraz rekomendacje pojedynczych lekarzy lub specjalistów, o ile nie spełniają wymagań prawa żywnościowego.
„Bez laktozy” bez pełnych unijnych zasad. Producenci muszą uważać
Szczególne miejsce zajmuje oznaczenie „bez laktozy”. Na poziomie Unii Europejskiej nie przyjęto dotąd szczegółowych przepisów określających warunki stosowania takich komunikatów dla żywności ogólnego spożycia.
W praktyce oznacza to konieczność zachowania dużej ostrożności. Dla produktów określanych jako bezlaktozowe przyjmuje się możliwie najniższą i najbezpieczniejszą wartość, równą granicy oznaczalności metody enzymatycznej. To 0,01 proc., czyli 10 mg laktozy na 100 g produktu.
Błędne lub zbyt swobodne użycie takiego oznaczenia może wprowadzać konsumentów w błąd, szczególnie osoby z nietolerancją laktozy.
„Probiotyczny” na etykiecie? To bardzo ryzykowne słowo
Problemem dla branży mleczarskiej pozostaje także określenie „probiotyczny”. W praktyce jest ono traktowane jako oświadczenie zdrowotne, a na poziomie Unii Europejskiej nie zatwierdzono oświadczeń zdrowotnych dla probiotyków.
Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności wielokrotnie odrzucał wnioski dotyczące bakterii jogurtowych, bakterii fermentacji mlekowej oraz szczepów z grup Lactobacillus czy Bifidobacterium. Powodem był m.in. brak jednoznacznych dowodów przyczynowo-skutkowych i duża zmienność szczepów.
Dla producentów oznacza to jedno: użycie słowa „probiotyczny” na etykiecie może wywołać poważne zastrzeżenia kontrolne.
Zielone liście, łąki i „szczęśliwe krowy”. Greenwashing pod lupą
Coraz większym problemem jest także tzw. greenwashing, czyli sugerowanie, iż produkt jest bardziej ekologiczny, niż wynika to z faktów.
W branży nabiałowej często pojawiają się hasła: „eko”, „przyjazny środowisku”, „z mleka od szczęśliwych krów” czy „zrównoważona produkcja”. o ile nie są poparte konkretnymi dowodami, certyfikatami lub rzeczywistą metodą produkcji, mogą zostać uznane za wprowadzające w błąd.
Ryzykowne są nie tylko słowa. Także grafiki przedstawiające zielone liście, pastwiska, naturę czy sielskie krajobrazy mogą budować fałszywe wrażenie ekologiczności produktu.
„Bez antybiotyków” może sugerować wyjątkowość, której nie ma
Na etykietach pojawiają się również hasła podkreślające cechy, które w rzeczywistości są standardem prawnym. Przykładem jest komunikat „bez antybiotyków”.
Takie oznaczenie może sugerować, iż produkt ma szczególną przewagę nad konkurencją, choć przepisy i tak zakazują obecności antybiotyków w mleku surowym. W świetle prawa żywnościowego przypisywanie produktowi wyjątkowej cechy, którą mają wszystkie produkty tego rodzaju, może być uznane za wprowadzanie konsumenta w błąd.
Jedna etykieta, wiele konsekwencji
Prawidłowe oznakowanie nabiału wymaga dziś nie tylko znajomości przepisów, ale także umiejętności ich praktycznej interpretacji. Dotyczy to szczególnie oświadczeń zdrowotnych, żywieniowych, środowiskowych oraz etykiet tłumaczonych na różne rynki.
Dlatego producenci coraz częściej korzystają z pomocy zewnętrznych ekspertów prawnych i laboratoryjnych. Jak wskazują specjaliści Eurofins Polska, połączenie analizy składu, badań laboratoryjnych i oceny prawnej komunikatów marketingowych pozwala ograniczyć ryzyko błędów.
Stawka jest wysoka. Etykieta ma sprzedawać, ale przede wszystkim musi mówić prawdę. W przypadku nabiału jedno nieprecyzyjne hasło może oznaczać nie tylko korektę opakowania, ale także utratę zaufania konsumentów i problemy z organami kontroli.

1 godzina temu













