Jak z MTZ-a zrobić mini DT-a i po co? Historia pewnego ciągnika

1 dzień temu

Są na świecie maszyny, które powstały z potrzeby serca, kieszeni albo błota na polu. I są takie, które powstały „ku chwale”. W tym przypadku – ku chwale rewolucji i jej kolejnej rocznicy. Bo jeżeli już świętować, to najlepiej stalą, spawem i nowym modelem ciągnika. choćby jeżeli “nowym”, znaczy “innym”. Oto opowieść, jak z MTZ-a zrobiono mini DT-a.

Rzecz działa się na początku lat 70. XX wieku, w czasach, gdy rządził radosny socjalizm, a nie jakieś tam przyziemne myślenie gospodarcze. Plan pięcioletni musiał się zgadzać, produkcja miała rosnąć, a rolnik – czy chciał, czy nie – miał dostać nową maszynę.

Najlepiej taką, która wygląda poważnie i brzmi jak coś większego niż jest w rzeczywistości. I tak narodził się pomysł: skoro mamy kołowego bohatera w postaci MTZ-80, to może by tak zrobić z niego… miniaturowego DT-a?

Fabryka, która lubiła gąsienice

Za projekt odpowiadała Kiszyniowska Fabryka Ciągników, zlokalizowana w ówczesnej Mołdawskiej Socjalistycznej Republice Rad, czyli gdzieś między Rumunią a Ukrainą, tam gdzie robią dobre wina.

Zakład ten specjalizował się w ciągnikach gąsienicowych przeznaczonych głównie do upraw specjalistycznych – buraki, winorośl, chmiel. Nieoficjalnie miały jeszcze w razie czego ciągnąć armaty, ale wtedy nie wolno było o tym wspominać.

Tam, gdzie klasyczny kołowy MTZ czasem się ślizgał, a duży DT był jak słoń w szklarni istniała potrzeba czegoś mniejszego, fot. źródło Alexey8601, CC BY-SA 4.0 <https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0>, via Wikimedia Commons

Tam, gdzie klasyczny kołowy MTZ czasem się ślizgał, a duży DT był jak słoń w szklarni istniała potrzeba czegoś mniejszego. Zgrabniejszego, choć to akurat wyrażenie średnio tu pasuje w odniesieniu do tego ciągnika. A było to tak…

Kiedy w 1974 roku w Mińsku ruszyła produkcja modelu MTZ-80, w Kiszyniowie pomyślano: „A gdyby tak przenieść to, co dobre, na gąsienice?”. Jak pomyślano, tak zrobiono.

Studium przypadku: jak z kołowego zrobić gąsienicowego

Filozofia była prosta jak budowa cepa – i to dosłownie.
Z MTZ-80 przeniesiono najważniejsze podzespoły:

  • silnik,
  • sprzęgło,
  • skrzynię biegów (bez dodatkowej przekładni redukcyjnej),
  • tylny most (choć tu nieco pogrzebano zmieniając przełożenie koła zdawczego i półosie)

Pod maską pracował dobrze znany czterocylindrowy diesel D-240/D-241 o pojemności 4,75 l i mocy 70–75 KM przy 2100 obr./min. Czyli dokładnie to, co mechanik w kołchozie znał i potrafił naprawić młotkiem oraz kawałkiem drutu.

Reszta? To już była radosna twórczość gąsienicowa. Podwozie wydłużono i poszerzono względem poprzednika (T-54W), zmieniono kabinę i maskę silnika. Efekt? Maszyna, która wyglądała jak młodszy brat DT-75 – tylko iż na diecie.

Wnętrze ciągnika T-70 było bardzo surowe. Sterowanie odbywało się dźwigniami jak w dużych ciągnikach gąsienicowych, fot. źródło Александр Сигачёв, CC0, via Wikimedia Commons

Bo właśnie o to chodziło. T-70 miał być „mini DT-em”

Nie takim, co zrywa asfalt, ale takim, który:

  • zmieści się między rzędami buraków,
  • pojedzie po winnicy na zboczu,
  • nie zgniecie połowy plantacji przy nawrocie.

Mini DT – czyli filozofia epoki

W ZSRR obowiązywała zasada: po co projektować coś od zera, skoro można wykorzystać to, co już jest? Standaryzacja była praktyczna do bólu (pleców kierowcy). Im więcej wspólnych części, tym lepiej dla planu i dla magazynu.
T-70 był więc logicznym produktem epoki:

  • ta sama jednostka napędowa co w MTZ,
  • podobna przekładnia (8 biegów do przodu, 2 do tyłu),
  • znana hydraulika i WOM.

A jednocześnie:

  • masa 4000 kg,
  • prześwit 460 mm,
  • rozstaw toru gąsienic 1350 mm,
  • szerokość gąsienicy 200 mm,
  • rozstaw między zębatkami 1895 mm.

A w dodatku: Stosunek mocy do masy: 57 kg/KM. Siła uciągu: do 19,6 kN.
Prędkości? Od 1,36 do 11,36 km/h do przodu. Czyli nigdzie się nie spieszył – ale w burakach i tak nie ma autostrady.

Pod maską pracował dobrze znany czterocylindrowy diesel D-240/D-241 o pojemności 4,75 l i mocy 70–75 KM przy 2100 obr./min. Czyli dokładnie to, co rolnik znał i potrafił naprawić , fot. źródło www.techstory.ru

Wersje dla wszystkich – prawie jak w katalogu zachodnim
Powstało kilka odmian:

  • T-70A – do ogrodnictwa i ogólnego rolnictwa,
  • T-70S – buraczany specjalista (1975–1988),
  • T-70SM – zmodernizowany T-70S (od 1988),
  • T-70W – do winnic, przystosowany do stromych zboczy,
  • T-70W-Ch – do chmielu (pojęcia nie mam o różnicach)

W latach 1986–1990 fabryka produkowała średnio około 12 000 sztuk rocznie. To już nie była fanaberia ku chwale – to była poważna produkcja seryjna.

Po rozpadzie ZSRR zakład znalazł się w niepodległej Mołdawii i ciągnik produkowano aż do 2008 roku, kiedy firma ogłosiła upadłość. Próby reaktywacji pojawiły się jeszcze w 2014 roku w Kiszyniowie, ale – jak to często bywa z wielkimi planami – cisza w eterze.

A po co to wszystko?

Z perspektywy rolnika pytanie jest zasadne: po co robić gąsienicowy ciągnik 70-konny, skoro są większe i mocniejsze? Odpowiedź jest prosta: specjalizacja. T-70: miał mniejszy nacisk jednostkowy na glebę, lepszą trakcję w uprawach rzędowych, większą stabilność na stokach, mniejsze ugniatanie gleby.

Był kompromisem między ciężkim DT-75 a lekkim MTZ-80. A iż przy okazji dobrze wyglądał na defiladzie przemysłowej? Tym lepiej.

Czy to miało sens?

Z dzisiejszego punktu widzenia – tak. Technicznie to była bardzo rozsądna konstrukcja. Maksymalne wykorzystanie istniejących podzespołów, niskie koszty produkcji, prosta obsługa. Z punktu widzenia epoki? Jeszcze lepiej. Bo można było ogłosić: „Nowy model! Nowe osiągnięcie socjalistycznej myśli technicznej!”. A w praktyce? To był po prostu MTZ na gąsienicach. Tyle iż w wersji „mini DT”.

I może właśnie w tym tkwi jego urok. Bo czasem, żeby stworzyć coś nowego, wystarczy spojrzeć na starą maszynę i pomyśleć: „A gdyby tak odkręcić koła i przykręcić gąsienice?”.
W ZSRR to się nazywało postęp.
Dziś nazwalibyśmy to sprytną inżynierią kosztową. I taka to historia.

Idź do oryginalnego materiału