Miastowy został rolnikiem. Zaczynał od 1 ha, dziś ma 5 ha własnych i 30 ha w dzierżawie

22 godzin temu

Oskar Pryczyniec, rolnik ze wsi Smoląg w gminie Bobowo w województwie pomorskim, mówi w rozmowie: “Rzuciliśmy wszystko. Wstałem rano po nocce i powiedziałem: mam tego dosyć i wyprowadzamy się na wieś”.

Dziś jego rolki na profilu “Farma Oskara” na TikToku i Facebooku oglądają tysiące osób. I nie zawsze są to filmy „ładne”. Czasem są chaotyczne, ostre, z emocjami i, jak sam przyznaje, z naturalnym językiem, który nie zawsze nadaje się do gazetowego druku.

– To jest wszystko naturalne. Kręcone od ręki, bez przygotowania.

Z miasta na wieś. Tak zaczęła się jego droga do rolnictwa

Zanim pojawiła się wieś, były kluby, gastronomia i scena muzyczna. Co więcej, scena muzyczna z artystami z całego świata i gwiazdami z Polski.

– Pracowałem całe życie w klubach, byłem DJ-em. Mam swój lokal w Gdańsku. W gastronomii jestem od 20 lat – opowiada Oskar.

Ale pandemia i zmęczenie miastem zrobiły swoje. Decyzja była impulsywna, wręcz filmowa.

Wstałem po nocce i powiedziałem do narzeczonej: Wyprowadzamy się na wieś. Tego dnia znalazłem gospodarstwo. Trzy godziny później byliśmy na miejscu. Tydzień później składaliśmy wniosek o kredyt – opowiada.

To nie była przeprowadzka, to była całkowita zmiana życia.

Smoląg, początki i pierwsze zderzenie ze wsią

Nowe życie nie zaczęło się w próżni. To była mała wieś Smoląg w gminie Bobowo na Pomorzu, około 100 mieszkańców, z czego realnie żyje mniej niż połowa.

– To najmniejsze społeczeństwo w powiecie. Trzech aktywnie gospodarujących rolników. Ja jestem tym trzecim – mówi.

Oskar opowiada, iż młodzi opuszczają wsie, kierując w stronę miasta. Gospodarstwa sukcesywnie znikają z mapy Polski.

– Zaraz nie będzie rolników w Polsce. A co za tym idzie? Będziemy żywić się żywnością pochodzenia niewiadomego. Kiedy wreszcie się obudzimy? – pyta.

Dodaje też bez złudzeń, iż jego początki na wsi nie były łatwe, a reakcja mieszkańców była pełna dystansu.

– Na początku patrzyli na nas jak na kosmitów. Tatuaże, długie włosy, miasto. Ale jak zobaczyli, iż naprawdę pracuję w polu, to się zmieniło.

Z czasem zmieniło się jednak coś więcej niż sama akceptacja.

– Jak przyjechałem, siano kosztowało 200 zł. Jak zobaczyli, iż jestem swój – 80 zł – mówi żartobliwie.

Konie, agroturystyka i rolnictwo budowane od 1 ha

Konie, agroturystyka i gospodarstwo
Dziś gospodarstwo to nie tylko ziemia. To przede wszystkim konie, 10 sztuk, i rozwijająca się agroturystyka.

Z koni i agroturystyki żyjemy. Kury i kozy są bardziej dla dzieci i gości – mówi.

W tle jest też pasja: podkuwanie koni i praca z nimi. Oskar uzupełnił również wykształcenie rolnicze, by w pełni móc poczuć się członkiem społeczności i swobodnie prowadzić gospodarstwo zgodnie z wymaganiami formalnymi i zawodowymi.

– Jestem podkuwaczem. Żona jest trenerem jazdy konnej. To jest nasze życie – opowiada.

Agroturystyka została już choćby nagrodzona, ale, jak podkreśla, nie wszystko pokazuje w internecie.

– Nie promuję tego miejsca na profilu. Nie chcę robić z tego reklamy. Wolę pokazywać wieś i rolnictwo, a nie biznes – zaznacza.

„Młody rolnik”? Zderzenie z systemem i mit dopłat

Mocny wątek całej rozmowy dotyczy systemu dopłat i tego, jak zderza się on z rzeczywistością.

Oskar nie ma złudzeń. O premie dla młodego rolnika występował w ubiegłym roku. Nie udało się.

– Program młody rolnik? Totalna kpina. Zostałem całkowicie wykluczony – mówi.

Dlaczego?

– Bo mam gospodarstwo dłużej niż 24 miesiące i działalność rolniczą. A ja dopiero to buduję od podstaw – dodaje.

I dodaje gorzko.

– Mam ziemię, rozwijam gospodarstwo, ale nie spełniam definicji młodego rolnika. Czyli kto nim jest? Tylko ten, kto przejmuje hektar po ojcu? – pyta.

W jego ocenie system premiuje dziedziczenie, a nie realne rozpoczynanie działalności.

– Rząd mówi o wsparciu młodych rolników, ale w praktyce to program dla rodzinnych przejęć gospodarstw – ocenia Oskar.

„Dopłaty to nie pieniądze do życia”
Oskar opowiada też o zderzeniu miejskiego wyobrażenia o dopłatach z rzeczywistością, które dotyczyło również jego osoby.

Ludzie z miasta myślą, iż dopłaty to są pieniądze do życia. A to nieprawda – mówi.

Jego zdaniem to system, który w praktyce wyrównuje koszty, a nie daje przewagi.

– Te dopłaty idą na nawozy i środki produkcji, które zdrożały pięciokrotnie. To nie jest żadne bogactwo – wyjaśnia.

– Jak mieszkałem w mieście, myślałem, iż koń robi obornik i to wystarczy. A to jest zupełnie inna rzeczywistość – dodaje.

Od 1 ha do 5 własnych i 30 w dzierżawie

Gospodarstwo Oskara i jego żony rośnie stopniowo.

Na początku było siedlisko i hektar. Teraz mamy niecałe 5 hektarów, a 30 jest dzierżawione – relacjonuje.

Sprzęt też powstawał etapami, często używany, remontowany samodzielnie.

Kupiłem starą sześćdziesiątkę. Wyremontowaliśmy ją sami. Wszystko robię własnymi siłami – opowiada.

Nie ma tu wielkiego kapitału inwestycyjnego, jest kredyt, praca i ryzyko.

– To są kredyty, miliony inwestycji. Bez tego nie da się ruszyć – mówi.

Miasto, wieś i rolnictwo bez filtra

Wieś kontra miasto: dwa światy, jeden problem
Oskar nie romantyzuje ani miasta, ani wsi.

W jednym i drugim brakuje ludzi do pracy. W rolnictwie i w gastronomii – podkreśla.

Porównuje też mentalność.

– W mieście ludzie myślą, iż rolnik nic nie robi i dostaje pieniądze. Na wsi ludzie myślą, iż w mieście jest lekko. A prawda jest taka, iż wszędzie jest ciężko.

Najbardziej uderza jednak jego obserwacja społeczna, o której sam się przekonał.

Rolnictwo to najbardziej znienawidzony zawód świata. Ludzie widzą ciągnik, który wjeżdża z pola na drogę i od razu jest frustracja – mówi.

Jego obecność w mediach społecznościowych nie jest przypadkowa. To świadoma strategia, choć bardzo surowa.

Pod nazwą „Farma Oskara” prowadzi profile na Facebooku, TikToku i Instagramie. Pokazuje tam bez upiększeń codzienność gospodarstwa – od sianokosów i pracy w polu, przez opiekę nad końmi, po awarie maszyn i problemy, z którymi mierzą się dziś rolnicy.

– Pokazuję wpadki. Setki moich wpadek. Utopiony ciągnik, złamane maszyny, błędy. Inni rolnicy się za to obrażają, ale to jest prawdziwe życie – opowiada.

I właśnie to przynosi zasięgi.

– Kontrowersje dają zasięgi. A ja pokazuję rolnictwo z innej strony – dodaje.

Rolnik, sołtys i pytanie o przyszłość wsi

Z czasem Oskar stał się częścią lokalnej społeczności, a co więcej, choćby jej liderem.

Zostałem sołtysem. Pierwszy raz w historii ktoś napływowy wygrał tak szybko – mówi.

Dla wielu mieszkańców to było zaskoczenie, ale też sygnał zmiany pokoleniowej.

– Jak zobaczyli, iż pracuję i nie robię imprez, to mnie zaakceptowali – żartuje.

Na koniec rozmowy zostaje temat najtrudniejszy: przyszłość.

– Będzie problem z paszą. Susza na torfowych łąkach jest ogromna – mówi Oskar.

I jeszcze bardziej pesymistyczna prognoza.

– Moim zdaniem małe gospodarstwa będą znikać. Zostaną tylko duże – ocenia.

Według niego rolnictwo w Polsce zmierza w stronę koncentracji.

3% społeczeństwa produkuje żywność. To spadnie do 1% – prognozuje.

Na koniec rozmowy Oskar dodaje, iż jego życie to totalna mieszanka między barem, a kowadłem. Raz w siodle, innym razem w traktorze.

A do miasta nigdy bym już nie wrócił – kończy opowieść.

Idź do oryginalnego materiału