Żubr przez lata był historią sukcesu polskiej ochrony przyrody. Dziś jednak w rejonie Puszczy Białowieskiej coraz częściej staje się symbolem problemu, którego nikt nie chce rozwiązać. Według danych Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska (GDOŚ) w 2024 roku w Polsce żyło 3060 żubrów. Blisko połowa tej populacji przebywała na terenie województwa podlaskiego. I to właśnie tam, co nie jest zaskoczeniem, wyrządzała najwięcej strat. W regionie zgłoszono 391 szkód wyrządzonych przez ten gatunek, podczas gdy w całym kraju było ich 530. Na odszkodowania w Podlaskiem poszły 4,2 mln zł, podczas gdy w całej Polsce – 4,88 mln zł
Podlasie płaci najwyższą cenę za rosnącą populację żubrów
Za tymi liczbami stoją oczywiście konkretne gospodarstwa. Jedno z nich prowadzi Hubert Ojdana z Nowoberezowa w gminie Hajnówka. Rolnik, którego rodzinne, 750-hektarowe gospodarstwo rolne skupia się mocno na produkcji świń, mówi wprost: problem przestał być lokalnym incydentem, a stał się zjawiskiem o skali, której nikt już nie kontroluje.
– Mamy największą w Europie, jak nie na świecie, populację żubra. A w powiecie hajnowskim, tutaj gdzie mam gospodarstwo, już w szczególności się zadomowiły. Nigdzie nie ma ich tyle – podkreśla rolnik. Oficjalnie w Puszczy Białowieskiej mówi się o 1200 osobnikach, ale nieoficjalnie, jak wskazuje Hubert Ojdana, liczba ta może sięgać choćby 2000.
Żubry wychodzą z puszczy i miesiącami żerują na polach
– Biologiczna pojemność puszczy jest przewidziana na 400 osobników. A więc patrząc chociażby na oficjalne dane, jest ich tam o trzy razy za dużo – ocenia rolnik. Nie zawsze jednak tak było. Przełom nastąpił około dekady temu wraz z sytuacją po gradacji kornika drukarza i pozostawieniem w puszczy dużej liczby martwych i powalonych drzew. W ocenie rolnika utrudniło to przemieszczanie się zwierzyny w lesie, a żubry zaczęły coraz częściej wychodzić na pola. Dziś, jak mówi, schemat jest stały: z puszczy wychodzą na koniec listopada, a wracają tam w kwietniu, a więc żerują na uprawach ładne kilka miesięcy. Jednak zdarza się też, iż nie wracają. Jeszcze w ubiegłym roku w okolicy miały zostać dwa stada, które nie wróciły do puszczy. Teraz – jak relacjonuje rolnik – takich stad jest już pięć, po 20–30 sztuk każde.
Rzepak i zboża pod presją. Rolnicy liczą coraz większe straty
W jego przypadku najbardziej cierpi rzepak ozimy. W tym roku roślina, którą obsiał 188 ha, jest dla żubrów jednym z najłatwiej dostępnych pokarmów. I dane to potwierdzają, bowiem straty w rzepaku szacuje na ok. 300 tys. zł rocznie.
– Jak rzepak w normalnych warunkach plonuje 4 tony na hektar, to po przejściu stada żubra 2 tony, a odszkodowanie liczone jest za ok. 500 kg – przedstawia wyliczenia. I to właśnie m.in. system rekompensat jest dziś jednym z najczęściej podnoszonych problemów. Rolnik zaznacza, iż samo szacowanie szkód przez pracowników RDOŚ odbywa się uczciwie, ale mechanizm wyliczania odszkodowań jest, jego zdaniem, analogiczny do czasów kiedy na polu było 5, a nie 500 żubrów. Mowa o rozporządzeniu z 2018 roku.
Odszkodowania są, ale system wyliczeń budzi coraz większy sprzeciw
– Plon wyliczany jest na podstawie średniej wojewódzkiej, którą dla rzepaku ozimego w 2025 roku oszacowano na 2,9 t/ha. A powinien być wyliczany na podstawie moich faktur sprzedażowych z poprzedniego roku – mówi Hubert Ojdana, wskazując na kolejny kazus. – Gdy w marcu zgłoszę szkodę, to przy oszacowanych np. 50% strat wypłacają mi 20% odszkodowania. W kwietniu z 50% strat wypłacają 40% odszkodowania, a już w maju – 60%. Sęk w tym, iż w marcu szkody są lepiej widoczne, niż w maju, kiedy rzepak zakwitnie. To nielogiczne.
– Plon wyliczany jest na podstawie średniej wojewódzkiej, którą dla rzepaku ozimego w 2025 roku oszacowano na 2,9 t/ha. A powinien być wyliczany na podstawie moich faktur sprzedażowych z poprzedniego roku – mówi Hubert Ojdana, wskazując na kolejny kazus. – Gdy w marcu zgłoszę szkodę, to przy oszacowanych np. 50% strat wypłacają mi 20% odszkodowania. W kwietniu z 50% strat wypłacają 40% odszkodowania, a już w maju – 60%. Sęk w tym, iż w marcu szkody są lepiej widoczne, niż w maju, kiedy rzepak zakwitnie. To nielogiczne.
Czy da się zatrzymać kryzys bez sięgania po odstrzał?
– Myślałbym o komercyjnym odstrzale żubra, prowadzonym pod ścisłym nadzorem specjalistów, z którego środki zasilałyby fundusz ochrony gatunku i odszkodowania dla rolników. W skrócie: żubry same by na siebie zarabiały – mówi rolnik, dodając: – Myśliwi zamiast wyjeżdżać do Afryki, żeby polować na tamtejsze zwierzęta, mogliby swoje fantazje zrealizować u nas. Trofea zabieraliby dla siebie, a pozyskane mięso po części mogłoby trafiać do restauracji, napędzając turystykę.
Źródło: Topagrar.pl

1 godzina temu















